Miesięczne archiwum: Wrzesień 2011

Katzen

– A kotom nie nalałaś wina?
– Wiesz, za to można dostać karę. Grzywnę. Za znęcanie się nad zwierzętami.
– E tam, znęcanie się to dopiero, jak będą miały kaca.

Dieta. Za jakie grzechy?

Po wielu próbach i badaniach mój lekarz ginekolog uznał, że nie mam problemów ginekologicznych, tylko gastryczne i zalecił dietę. Mam się, przede wszystkim, odżywiać regularnie. Już to widzę, z moim nieregularnym trybem życia, wstawaniem o różnych porach (od 7 do 12), głównym posiłkiem wieczorem (też różnie, między 18 a 23) i zmiennymi godzinami pracy. Nie narzekam, lubię swój tryb życia, za to nie lubię myśleć o tym, że oto nadejszła pora posiłku i niech się wali, ja muszę spożyć swoje płatki lub gotowane warzywa.

Mam też unikać niektórych produktów, między innymi pieczywa. Ja nie wiem, co to za pomysł walnięty, nie jeść chleba. Lubię chleb.

Ogólnie trochę mnie to przeraża, ale zaraz ruszę googlać za jadłospisem idealnym dla moich wnętrzności. Podobno po jakichś dwóch miesiącach takiej zabawy będzie wiadomo, czy to pomaga. No, jeśli ma mnie przestać ciągle boleć brzuch i okolice, to może warto. Ale lepiej trzymajcie kciuki za moją, ha ha, wytrwałość i cierpliwość.

Aha, zaproponował mi też leki psychotropowe (na PMS i na dyskomfort) oraz zasugerował, iż nie mam w sobie wewnętrznej zgody na… jakby to elegancko ująć… radości małżeństwa. Podobno na to wyglądam.

I jeszcze taki dialog mieliśmy (jedna wizyta i tyle szczęścia):
– Panie doktorze, a czy ten lek może reagować z alkoholem?
– Tak: można zwrócić.
Nie o takiej reakcji myślałam, ale dzięki za informację ;)

Bałagan

Rozmawiam. Dużo rozmawiam. Z przyjaciółmi i sama ze sobą. Im więcej rozmawiam, tym bardziej sama nie wiem, co myślę. A już szczególnie – jak postępować. Nie dlatego, iżby moi przyjaciele raczyli mnie sprzecznymi radami, nie, są oni jak najdalsi od dawania rad. Po prostu mam w głowie bałagan, który zamiast się zmniejszać, powiększa się.

Sporo pracuję. Piszę, niańczę, na maile odpowiadam czasem w autobusie albo na szybko rano, jeszcze z łóżka. Zbieram kasztany. Narzekam, że nie mam się w co ubrać – jedenaście czerwonych sukienek to był niezły zestaw, ale na lato. Poza tym mam #rurzowe włosy, więc mi się te sukienki gryzą. Nie, żebym się tym jakoś bardzo przejmowała. Włosy powodują poza tym zabawne sytuacje na ulicy. Prawie wszystkie dziewczynki poniżej 10 lat odwracają się za mną, a potem z wyraźną zazdrością wołają do mamy/taty/koleżanki: „Zobacz, ona ma różowe włosy!”. Starsze panie też się oglądają, ale tylko zaciskają usta.

Na momenty desperacji założyłam sobie emo-zupę. Generalnie jednak jestem zajęta, a kiedy przestaję być zajęta, jestem zmęczona. I trochę żyję myślą o październikowym wyjeździe w góry, które, jak wiadomo, są remedium na wszystko. Jeszcze tylko 10 dni.

Nie jestem w tym dobra

Zaciśnij zęby, popraw makijaż. Nic się nie stało, nic się nie stało, to przejściowe, wszystko się ułoży, odzyskasz to, na czym tak ci zależy. Nie przerywaj pracy. Nie zatrzymuj świata. Sprzątać, zarabiać pieniądze, spotykać się z ludźmi trzeba nadal, jak przedtem. Porozmawiaj z kimś bliskim, napij się wina, daj sobie chwilę, a potem weź się w garść. Podnieś głowę, uśmiechnij się, trzeba się uśmiechać.

Niczego nie da się rozwiązać ani nikogo przywiązać za pomocą kajdanek i kaloryfera. Miodem się muchy wabi, czy jakoś tak. A octu nikt nie lubi. Więc popraw oko, uprasuj sukienkę, dopij melisę i czekaj.

Czekaj.


 

Luzuj poślady

Nie potrafię wyluzować. Nie umiem olewać, wykładać lachy, chrzanić i mieć w nosie. Ani we wręcz przeciwnie. Nie jestem w stanie zluzować pośladów, bimbać na coś (kto jeszcze dziś mówi: „bimbać”?) oraz, ogólnie, nie przejmować się.

Mógłby mnie ktoś nauczyć? Przyjmę szybki kurs chilloutu oraz nie dawania faka. Albowiem, jak mówi poeta, ze wszystkich rzeczy, które można mieć na świecie, najbardziej chciałabym mieć wyjebane.

Najpełniejsza pełnia

Miły, sentymentalny piątek. Sobota od rana nerwowa, ale burzę się najpierw wyciszyło, a następnie zapiło na fantastycznych urodzinach Harrego (sto lat, Braciszku!). Niedziela hałaśliwa, pełna dzieci, ciasta i słońca (sto lat także dla Najmłodszej!), a na koniec owiana ciepłym wiatrem z południa, uświetniona wschodem księżyca w pełni i odrobiną alkoholu na hamaku, w ulubionej knajpie.

Dziś odpoczywam. Pozałatwiałam parę spraw na mieście, popracowałam, kupiłam, ugotowałam. Siedzę sama w domu i przypominam sobie, jak mi tego brakowało przez ostatnich kilka tygodni. Cisza, spokój, czas. I mogę sobie nosić ciepłe skarpetki do sukienki, bo i tak nikt nie widzi ;)

Tu też wrzucę, a co.

Kupiłam Kainowi „Czekoladową łyżeczkę”: w dużą kostkę czekolady wbita jest drewniana łyżeczka, całość wkłada się do gorącego mleka i powstaje czekolada na gorąco. Ta na zdjęciu, biała, jest okropnie słodka. Następnym razem użyjemy podwójnej ilości mleka!

Zdjęcia obrabiał oczywiście sam model.

Wrzesień, czyli notka z porannego autobusu

Nie piszę, bo średnio mam kiedy i średnio mam o czym. Układam sobie plan zajęć na najbliższe tygodnie, trochę mniej napięty, niż myślałam,ale to dobrze, będzie czas na szukanie nowych zleceń. Zaczynam ciekawy projekt na facebooku, jeśli przyniesie takie efekty, jak zakładam, to będę z siebie bardzo dumna. Przymierzam się do kolejnego zawodowego wyzwania, czegoś nowego – uwielbiam robić nowe projekty, niepodobne do żadnego z poprzednich. Poza tym zastanawiam się nad założeniem firmowego bloga, ale boję się, że będę go zaniedbywać.

Co jeszcze? Parę ważnych planów i rewolucji wewnętrznych, parę postanowień i mentalne przygotowania do jesieni. I czekam, aż kasztany się sypną :-)