Miesięczne archiwum: Październik 2011

Jesień, jesień

Zgubiłam:
pęsetę (jedyną i dobrą)
pędzelek do malowania oczu (jedyny dobry)
gripex (ale znalazłam)
tubę z rozpuszczalnym wapnem dla alergików
i coś jeszcze, ale zapomniałam, co to było. Pewnie głowa.

Jesień jest piękna, kolory nasycone, a w powietrzu coś takiego, że mi całkiem urywa od mózgu. Dla mnie jesień zawsze była bardziej, nazwijmy to, inspirująca, niż wiosna. Tak więc nie powinnam się dziwić, że jakieś szaleństwa się dzieją (i wcale nie wszystkie ja robię, chciałabym podkreślić). Ot, październik, tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol, że tak poetą zarzucę.

Normalna sprawa, więc chill out, mała. A w razie czego zawsze można wezwać pomoc, są ludzie niezawodni, którzy przyjmą pierwsze uderzenie na swoją szeroką, męską klatę, naleją drinka, nakarmią, wysłuchają, opieprzą, kiedy trzeba. I, przy odrobinie szczęścia, nie skomplikują wszystkiego do reszty.

Pęsetkę i pędzel się odkupi, wapno też, a i cała zagubiona gdzieś po drodze reszta się odnajdzie. Poza tym przyjdzie mróz i zetnie także nasze wariactwa. A na wiosnę… na wiosnę wszystko będzie lepsze.

Pewność

Dziś nagle poczułam, że rozumiem ludzi, którzy tatuują sobie na ciele imię bliskiej osoby. To głupie, pewnie. Tatuaż trudniej usunąć, niż na przykład żonę (w sensie rozwodu, nie morderstwa). Kiedy wielka miłość się kończy, a ludzie okazują się tylko ludźmi albo nawet zwykłymi świniami, z wykłutym imieniem nie wiadomo, co zrobić. Trzeba wywabiać, dorysowywać jakieś cuda, masa jest z tym problemów.

A jednak dziś poczułam, że mogłabym sobie takie imię wytatuować. Po prostu nie wierzę w taki moment w moim życiu, kiedy on nie będzie dla mnie bardzo, bardzo ważny.

Kac pourlopowy

Jestem sentymentalną gęsią i zawsze, kiedy wracam z gór, mam łzy w oczach. Albo, kiedy bardzo się staram trzymać fason, mam je w zapasie, gotowe sypnąć się jak groch, kiedy tylko o tym pomyślę. Kiedy byłam mała, stałam w oknie pociągu i robiłam górom „pa, pa”. Teraz zakładam słuchawki, odwracam się do szyby i obracam w myślach to, co było miłe. Ale kac zostaje, dręczy mnie spleen i tęsknota, chcę wracać oraz zdaje mi się, że tam wszystko było Dobre, a tu wszystko jest Złe i Brzydkie.

Zamiast jednak nurzać się w rozpaczy, rzuciłam się od razu w wir pracy, która tak jakby w nosie ma moje humory. Ponieważ w autobusach i pociągach słabo grzeją, podpieram się gripexem. Na pulpicie komputera mam zdjęcie z Połoniny Wetlińskiej i zawsze, kiedy go włączam, robi mi się miło. Nocą śnią mi się Bieszczady. I tak to jakoś leci, ale coraz bardziej myślę, jak tu skombinować na następny raz dwa tygodnie, albo chociaż tydzień. Bo takie weekendowe wyjazdy, choć fajne, pozostawiają straszne poczucie niedosytu.

Bieszczady jesienią

Pojechaliśmy. Wolałam nie cieszyć się na zapas, bo wiadomo, jak to bywa. Ale jednak się udało. W czwartek po południu byliśmy w Wetlinie, a że do zachodu słońca zostało mało czasu, pozwiedzaliśmy sobie miejscowość (to znaczy: przeszliśmy szosą dwa kilometry, czyli prawie całą długość wsi, potem napiliśmy się grzańca w jednej z tamtejszych świetnych knajp i wróciliśmy). Nazajutrz za to miałam zamiar spełnić swoje marzenie: obejrzeć wschód słońca ze Smereka. Podania głosiły, że zobaczymy coś w tym rodzaju.

„Ze mną nic ci nocą w lesie nie grozi”, powiedział niskim głosem. To mnie, oczywiście, ostatecznie przekonało. Wstaliśmy o czwartej, wyszliśmy o piątej w noc rozjaśnianą księżycem tuż po pełni. Księżyc świecił mocno i widzieliśmy swoje ostre cienie. Miały to być jedyne wyraźne cienie naszych sylwetek, jakie udało nam się zaobserwować podczas tego weekendu ;) O szóstej zaczął padać śnieg, a tuż po siódmej byliśmy na szczycie i podziwialiśmy widok na wschód:

Tak więc nie całkiem się udało, ale i tak byłam zachwycona. Pierwszy raz nocą na szlaku, pierwszy raz tak wcześnie na górze, w ogóle dużo pierwszych razów. Pierwszy też raz udało mi się być w górach o tej porze roku – wcelować w piękną i krótką bieszczadzką jesień. Opłaciło się:

Zeszliśmy przez Połoninę Wetlińską, a potem żółtym szlakiem do czarnego – którym też jeszcze nie szłam – do Osady. Piękna trasa, polecam. Zabawne było to, że na szosie byliśmy około południa. Zdarzało mi się o tej porze dopiero wychodzić w góry, ale nigdy wracać :)

Nazajutrz poszliśmy do mojego ukochanego Caryńskiego, a potem znów nową dla mnie trasą na Magurę Stuposiańską. To przepiękny, mało uczęszczany szlak, cały czas w lesie, ale wcale nie nudny, przeciwnie – bardzo różnorodny. Jest też słabo oznakowany i kilka razy łatwo było źle pójść. Nie chciałabym się tam znaleźć sama podczas gęstej mgły.

A potem złapaliśmy stopa do Ustrzyk Górnych, gdzie poszliśmy na piwo z moim bratem :) Dzień wcześniej odbyliśmy w Wetlinie spontaniczne, czteroosobowe blipiwo, tak więc potrzebę socjalizacji również mieliśmy w pełni zaspokojoną. Idealnego wieczoru dopełniło wino, już w Wetlinie, we dwoje, w cichej, pustej sali Chaty Wędrowca.

Zamiastem

Nie jadę w Bieszczady. Może za tydzień. Jadę zamiast tego do Krakowa, gdzie zamierzam spędzić trzy i pół dnia na spotkaniach, rozrywkach i pisaniu.

Chodzi mi po głowie zbiór opowiadań. Do napisania. Kilka tematów czeka tylko na chwilę, kiedy usiądę przy komputerze sama i z oceanem wolnego czasu. Jest szansa i są wielkie chęci, tak więc jestem dobrej myśli.

Natomiast zabawnie będzie, jeśli się okaże na przykład, że wcale nie umiem pisać nic dłuższego, niż artykuł sposorowany na dwa i pół tysiąca znaków ;)

Bezsenność, a więc Homer

„Bezsenność. A więc Homer. Naprężone żagle.
W okrętów katalogu jestem już połowie,
za stadem nieobjętym, za żurawi mrowiem,
co kiedyś nad Helladą przeciągnęły nagle.

Granice w obcej ziemi sznur żurawi kraje
osiada na królewskich głowach święta piana.
I dokąd tak płyniecie? Gdyby nie porwana
Helena, sama Troja po cóż wam, Achaje?

Ożywia wszystko miłość: morze i Homera.
I kogóż mam usłuchać? Milknie głos rapsoda
i wieszcząc wśród poszumu czarna morska woda
z hurgotem ociężałym ku wegłowiu wzbiera.”

– Osip Mandelsztam, przekład nie pamiętam, czyj

A tutaj przekład Rymkiewicza.