Miesięczne archiwum: Listopad 2011

Kto mnie zapragnie?

Blondynka szuka etatu. Nie musi to być etat w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo mam działalność gospodarczą, chodzi raczej o stałą pracę za stałe pieniądze. Z wyzwaniami, nowymi doświadczeniami i kontaktem z branżą.

Najbardziej marzy mi się jakaś agencja interaktywna, ale nie będę zanadto wybrzydzać.

Polecam się łaskawej pamięci Państwa!
kontakt: lucrecja na gmailu :)

Koszmary

Północ. Cisza. Leżę i, wstrząsana kaszlem, próbuję zasnąć. Myśli błądzą sobie gdzieś, nie pilnowane. Nie wiedzieć kiedy i dlaczego zaczynam myśleć o wypadkach, ciężkich chorobach, śmierci i samotności.

Panie Boże, obiecaj mi, że on nigdy nie wpadnie pod samochód, nie zachoruje ciężko, nie dostanie zawału serca. Obiecaj, że nigdy nie będę trzymać jego głowy na kolanach, słuchając ostatnich przeprosin. Że nigdy nie obiorę telefonu z policji lub szpitala i nie usłyszę: „pani mąż miał wypadek”. Że nie wjadę pod tramwaj z nim na siedzeniu pasażera. Obiecaj mi, Tobie na jakiś czas uwierzę.

Nie, o dziwo nie miałam tej nocy koszmarów. Śniły mi się całkiem miłe rzeczy. Może dlatego, że usnęłam kurczowo trzymając za ramię mojego ciepłego, spokojnego, śpiącego zdrowym snem męża.

Nowy komputer, hell yeah

Kupiłam i mam. Nareszcie, bo moja ukochana czerwona Lulu jest wprawdzie nadal czerwona i ukochana, ale jednak nie była pomyślana jako główny komputer, no bo ileż można na tych dziesięciu calach. Oczy bolą. Co prawda nowy laptop też nie jest wielki, raptem 15,6”, ale jednak jest to znacząca różnica. Wzięłam go w leasing i jeszcze nie wiem, czy jestem fanką tego sposobu finansowania zakupów, ale w końcu kiedyś trzeba spróbować.

Sprytna sztuczka Della w tym modelu, który nabyłam, polega na tym, że można sobie dokupić kolorową pokrywę (jest sporo wzorów do wyboru) i mieć taki spersonalizowany. Oczywiście, że tak właśnie zrobię. Tymczasem cieszę się z normalnych rozmiarów ekranu, wygodnej klawiatury i faktu, że nic się nie wiesza. Oraz narzekam na Windowsa, bo już bardzo przywykłam do Ubuntu i polubiłam je :)

A teraz, tylko się nie śmiejcie, muszę wyznać, że każdy mój komputer ma imię. Nie lubię ich nazywać „komp luki” albo losowymi cyferkami. I teraz problem: jak nazwać nowego laptopa? Potrzebne mi imię męskie, może nawiązywać do mojego lub do nazwy modelu (Inspiron). Wymyślcie coś!

Takie tam pogaduchy

Time warp

Ja: – Jak ci się udaje codziennie rano wyjść z domu, kiedy ten kot cię łapie za nogi i płacze?
Kain: – Robię time warp co rano. Skok w lewo, krok w prawo, a potem kręcę biodrami i kot odpada.

Złote życie kawalera

Duszak: – Zobacz, ile tu stoi alkoholu.  Mieszkam sam, czasem wpadnie ktoś i robimy jedną butelkę, powiedzmy na czterech. Ale każdy przynosi jedną ze sobą.

Jakże mi przykro

Ja: – On mnie nie lubi.
D.: – Nie, on cię po prostu nie trybi. Burzysz jego idealną, szowinistyczną wizję świata.

Jak mi piszesz, tak cię widzę

Miałam kolegę. Dawno temu, jeszcze w czasach liceum. Kolega miał urok osobisty oraz wspólne ze mną pasje, więc dosyć się polubiliśmy. Rozmawialiśmy sobie o książkach, filmach, hobby. Zawsze face to face, nigdy na piśmie. Potem znajomość się urwała, bez żalu z żadnej strony.

I oto po latach kolega dodał mnie do znajomych na fejsie. Siłą rzeczy kontaktujemy się tylko pisemnie, zresztą raczej rzadko i symbolicznie. Ale skoro mam go w znajomych, to czytam niekiedy, co – a zwłaszcza JAK – pisze. I wiecie, to, co w rozmowach tylko troszkę mi przeszkadzało – jakaś domniemana różnica w wykształceniu (zresztą jakie to mogło być wykształcenie w tamtym czasie, ot, jedno z nas więcej w życiu czytało), w szybkości skojarzeń – na piśmie razi mnie tak strasznie, że nie mogę spokojnie go czytać. Bo jeśli ktoś popełni mały błąd gramatyczny w zdaniu lub nie załapie od razu jakiejś aluzji, to OK, każdy ma gorszy dzień i jakieś naleciałości językowe, różnimy się doświadczeniami, z różnymi obcowaliśmy dziełami i tak dalej. Ale jeśli ktoś ma blisko trzydzieści lat i nie potrafi poprawnie, bez błędów pisać, nie czyta tego, co sam wkleja na swój profil, robi trzy byki w jednym słowie i gardzi przy tym edytorem tekstu… Nie mówię już o tym jednym koledze, tylko o różnych dorosłych ludziach, których znam. Jeśli masz dysleksję, pracuj nad nią i używaj edytora tekstu. Jeśli kompletnie się na czymś nie znasz, to się nie wypowiadaj. Jeśli zrobisz błąd, to przeproś i zapamiętaj, że to był błąd właśnie. Jeśli masz zamiar rozmawiać z ludźmi przez internet, to naucz się poprawnej pisowni ich imion, używania wielkiej litery, okazywania odrobiny – takie niemodne słowo teraz będzie – szacunku do rozmówcy.

Bo jeśli piszesz niepoprawnie, niezrozumiale i olewczo, jeśli piszesz głupio – to ja, drogi interlokutorze, niestety uznam Cię za głupiego. To silniejsze ode mnie.

Rosół

Popełniłam, tak. Od południa do siedemnastej gotowałam ten rosół, a poprzedniego dnia wróciwszy do domu całkiem skonana po pracy gotowałam kurczaka z czymś tam, a po rosole jeszcze, czy raczej w trakcie, klopsiki z sosem i do tego kopytka (ale kopytka gotowe, ze sklepu, bez przesady). Następnie upiekłam muffinki i zrobiłam sałatkę i poczułam, że po całym dniu w kuchni już nigdy, nigdy nie weźmie mnie nagła ochota na ugotowanie czegoś dobrego.

Ale nazajutrz trzeba było połowę rosołu przerobić na pomidorową, i w ogóle ogarnąć te warzywa i mięsa z obu zup. No to ogarnęłam. A dziś, jak wróciłam z pracy, zrobiłam sos do makaronu. Nie bolało, ale też nie sprawiło mi to jakiejś wielkiej radości.

Czasem gotuje też Kain. Dobrze gotuje, trochę metodą prób i błędów, a więcej metodą przepisów z internetu, czasem moich przepisów z mojego kawałka internetu, co jest słodkie. Bardzo lubię, wróciwszy zmęczona, dostać pod nos talerz czegoś dobrego i ciepłego, mru. Przypuszczam, że każdy lubi. I chyba głównie dlatego, kiedy mam czas, robię te obiady, myśląc przy tym, a jakże, o moim kochanym mężu, który wróci z roboty głodny i zmarznięty, i oto dostanie pyszne, gorące, prosto na stół.

Ale zazwyczaj jednak nie mam czasu. Trochę szkoda. Rosół wyszedł niezły.

P.S. U nas wszystko dobrze. Bardzo dobrze. Buziaki dla Was :)

A twoja stara pali w piecu

Urodziłam się w Warszawie i przemieszkałam na Ochocie, w budynku przedwojennym, z sufitem na wysokości prawie czterech metrów, ale z centralnym ogrzewaniem, dwa lata, zanim moi rodzice postanowili zbudować dom pod miastem. Dom budowali latem, a kiedy już zbudowali, mieli tam piec gazowy. Skrzynka gazowa była za domem i kiedyś ciotka nakryła mnie i mego przyjaciela na podpalaniu pobliskich suchych traw i próbach zgaszenia ognia piaskiem. Ogień był czarną magią, a piasek białą, i ta biała, jak to w życiu, nieco przegrywała, a płomień coraz bardziej zbliżał się do skrzynki, na którą nie zwracaliśmy najmniejszej uwagi , bo i po co – nikt nam nigdy nie mówił, że ona jest jakoś ważna. Burę uznaliśmy za grubo przesadzoną.

Następnie moi rodzice się rozwiedli (ale bez związku z gazową skrzynką) i znów mieszkałam w przedwojennym budynku, a potem w wielkiej płycie na Ursynowie, która do dziś wydaje mi się klaustrofobiczna, aczkolwiek, co cenne, również ma centralne ogrzewanie. Później z własnej woli przeprowadziłam się do kolejnej wielkiej płyty, znów na Ochotę. Teraz jestem dumną mieszkanką Pragi Południe, wreszcie ponownie w kamienicy z uczciwej cegły, choć do sufitu również nie jest daleko. I jest centralne ogrzewanie.

Jak widać, nigdy nie musiałam palić w piecu i, co istotniejsze, nigdy nie mieszkałam w okolicy, gdzie się domy ogrzewa piecami. W bezpośrednim sąsiedztwie nadal nie mam takich domów, ale są one niedaleko, na Gocławku, gdzie spędzam trzy-cztery dni tygodniowo, opiekując się dziećmi. I po raz pierwszy w moim prawie trzydziestoletnim życiu jesień pachnie dla mnie dymem z kominów. Dym ma piękny, dymny zapach, snuje się siwo i pachnie najbardziej wieczorami, kiedy już po ciemku wychodzę z pracy w chłodne powietrze. A najlepsze jest to, że mimo mojej miastowości, niewiedzy i zawsze oczywistego centralnego, od razu wiedziałam, co to za zapach. Zapach dymu z pieca, zapach jesieni, zapach dobrze ogrzanego domu i ciepłej cegły, który tak pięknie się miesza z wonią liści.

Nie mam – oczywiście –  bladego pojęcia, czym się pali w takim piecu. Czy najlepiej węglem? Ale może najdrożej i dlatego raczej pali się zbieranymi przez całe lato kawałkami drewna, papierami, sklejką z mebli i czym tam jeszcze? Sentyment i niewyrobiony piecowo węch mówią mi, że zapach, który czuję wieczorami na Gocławku, to palone drewno. Ale od sentymentu centralnie ogrzewanej panienki z Ochoty do historycznej prawdy starych praskich kamienic jest pewnie droga długa jak Saga o Ludziach Lodu. Może dlatego tak mnie rozśmieszyły posty A., który z piecami w sąsiedztwie ma do czynienia nieco dłużej: o, ten i ten. Jakby ktoś się zastanawiał, skąd mało sentymentalny tytuł.

Notabene teraz mam najlepiej, bo prócz centralnego mamy też wspólnotę mieszkaniową, co oznacza, że w pierwszy zimny dzień jesieni pani Zosia dzwoni do pani Basi i mówi: „Basieńko, zimno, może by tak włączyć kaloryfery?” To znaczy nie wiem, czy tak to było, ale grzali już od pierwszych wrześniowych chłodów. Za co im chwała.