Jak wrobić klienta w kredyt

Mój mąż spotkał dziś w Złotych Tarasach panią, która zaproponowała mu kartę „na jeden darmowy bilet we wszystkich Multikinach na terenie Polski, do końca roku”. Karta miała być bezpłatna, ale po uaktywnieniu – płatna 8 zł miesięcznie. WTF, 8 zł miesięcznie za jeden darmowy bilet w roku? No, ale lećmy dalej. Kain poinformował panią, że nie chodzi do kina zbyt często. Wówczas powiedziano mu, że jest to karta rabatowa i pokazano listę innych punktów, w których można dostać zniżkę. Zaaferowana panienka opowiadała mu o korzyściach płynących z posiadania wspomnianej karty, aż w pewnym momencie wymknęło jej się słówko: „kredytowa”.

Tak, proszę państwa, jeden z banków rozdaje karty kredytowe podstępem, z partyzanta, mówiąc potencjalnym klientom, że to karty rabatowe, które trzeba tylko aktywować przez telefon.

Nie było mnie przy tym, karty nie widziałam i nie wiem, czy jest na niej/przy niej jakaś informacja, co właściwie się nabyło. Może jest, a może informuje o tym inna panienka podczas rozmowy telefonicznej. Wiem tylko, że idą święta, ludzie mają obłęd nie tylko w oczach oraz za mało kasy, a jakiś bank próbuje wrabiać ich w kredyty w naprawdę wredny sposób. W tym samym centrum handlowym przedstawiciele Citi Banku rozdawali dziś  koperty z tajemniczą zawartością  – być może to ta sama akcja, a może nie. Ktokolwiek jednak miał taki genialny pomysł na pozyskanie nowych klientów, jest, moim skromnym zdaniem niebogatej posiadaczki dwóch kredytów i leasingu, zwykłym chujem.

41 myśli nt. „Jak wrobić klienta w kredyt

    1. Luca Autor wpisu

      Nie wiem – myślę, że mam za mało szczegółów, żeby to zrobić.

        1. Luca Autor wpisu

          Kain przypuszcza, że Citi, ale nie chcę rzucać oskarżeń, nie mając dowodów.

  1. Sykofanta

    No cóż, Ty pisujesz blogi, udając, że naprawdę polecasz jakieś kosmetyki i inne produkty, a inni wciskają kredyty. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Czy taka kampania mi się podoba – nie. Ale może ma dobre statystyki i jest trafiona z marketingowego i sprzedażowego punktu widzenia. Ja osobiście wolę inne formy marketingu, ale widać to produkt nie dla mnie, bo ja bym nawet rozmowy z tą panią nie zaczął. A nieuczciwe to staje się wtedy, gdy nie można dnia następnego szybko i sprawnie rozwiązać umowy o tę kartę. W innym wypadku nie widzę w tym nic złego. Każdy orze jak może.

    1. Luca Autor wpisu

      Sykofanto, skąd pomysł, że tak robię?

      Uważam, że niezależnie od tego, czy umowę można rozwiązać, czy nie, jest to bardzo nieuczciwa praktyka. To, że pracuję poniekąd w reklamie, nie zmienia mojego stanowiska, a może nawet je wzmacnia.

    2. R.B.

      Nie oszukujmy się, to od początku świadoma manipulacja. Jakiś spec od marketingu (w tym wypadku czytaj: skurwiel)wymyślił kolejną metodę zwabienia klienta w pułapkę. Podejrzewam, że słówko „kredytowa” nie „wymknęło się”. Było zaplanowane. w ten sposób klient „był poinformowany, że oferuje się kartę ktedytową”.
      Co do rozwiązania umowy następnego dnia – szczerze wątpię, aby było to mozliwe bez kosztów.
      Nieuczciwy marketing otacza nas od dawna. Robi się to bezczelnie wyjątkowo. Byłem świadkiem, jak starszej pani kasjerka w banku – przy wypłacaniu emerytury z konta – wmómiła kartę kredytową. Tłumacząc tylko i wyłacznie, że to taka karta „ułatwiająca wypłatę, bo nie trzeba stać w kolejce i podpisywać”. Informacji o kosztach nie było. O tym, że praktycznie to uruchomienie kredytu – zwanego dla niepoznaki „limitem” – też nie poinformowała.
      Etyka w tym biznesie zanikła dawno. A to właśnie nieetyczne, nieuczciwe, świadomie narażające klienta na stratę. Sorry, ale żadne zgrabne powiedzonka o oraniu tego nie zmienią.

      1. Sykofanta

        Wcale nigdzie nie twierdzę, że to fajne i etyczne. Powiedzonka o oraniu też tego nie zmieniają. Fakt tylko jest taki, że ktoś, kto wymyśla takie akcje ma taką samą pracę, jak wielu innych ludzi, też ciężką i też jest rozliczany z efektów. A to że naciąga… No cóż, większość współczesnego świata to naciąganie. Pani była prezydentowa Jolanta reklamuje jakąś pochodną rutinoscorbinu, twierdząc, że pomaga w przeziębieniu – nie istnieją dowody na to, że rutinoscorbin pomaga w przeziębieniu inaczej niż jako efekt placebo, więc reklama ta jest dla mnie równoznaczna z kłamstwem. Przy stoiskach z pieczywem albo półsyntetycznymi ciasteczkami Fronetti rozpyla się apetyczne zapachy wyrobów prosto z pieca, co jest już nawet nie kłamaniem i ściemnianiem, ale manipulacją i działaniem na podświadomość. Opakowania są najpierw projektowane tak, aby przyciągnęły nasz wzrok, a następnie za grube pieniądze opłaca się ich pozycjonowanie w sklepie, żeby leżały na wysokości naszego wzroku i w zasięgu rąk. Wszędzie dokoła natomiast oferuje nam się stery badziewia, zapewniając nas, że nie możemy bez nich żyć. I wiele, wiele osób to kupuje, nabiera się na ten chłam i na to wciskanie kitu, zawierza dobrej pani Krysi, bohaterce serialu, albo miłej młodej pani w aptece przekonującej jak zbawienny wpływ ma łykanie tabletek nie zawierających zasadniczo żadnych substancji czynnych poza witaminą C, która w syntetycznej postaci prawie się nie wchłania do organizmu. Ja nie będę różnicował tego, czy do zakupu gównianego produktu przekonuje mnie Jolanta, czy też zostanę wydymany przez panienkę, która nie do końca objaśni mi o co chodzi z kartą. Za każdym razem efekt jest dokładnie ten sam – ja mam mniej kasy, a jakaś firma więcej. Nie bardzo więc rozumiem, czemu akurat ten proceder jest tak straszny, skoro dymanie bez wazeliny odchodzi nieustannie na lewo i prawo.

        1. Luca Autor wpisu

          Hm, może dlatego, że jest różnica między kupieniem ciasteczka lub opakowania witaminy C, a nieświadomym podpisaniem umowy na kredyt w wysokości kilku tysięcy złotych + jakieś 25% haraczu? Nie wydaje Ci się?

          1. orlinos

            Luca: tyle, żew tym momencie ciężar dyskusji przenosi się z dylematu „nie wolno oszukiwać”, „wolno oszukiwać, jeżeli ma się akurat taką pracę”, na: „wolno oszukiwać, byle na niezbyt duże pieniądze”.

            Co rodzi dalsze pytania – od jakiej kwoty zaczyna się to „złe oszustwo”, a do której „no cóż, jest kapitalizm, mam taką pracę, trzeba było uważniej czytać warunki umowy”?

            Czy stan majątkowy ma znaczenie? Jeżeli okradnę (marketingowo, przecież bez napaści fizycznej) babcię z marną emeryturą, to na pewno wszyscy będą pełni oburzenia.

            A osobę bogatą? Ludzie zamożni zazwyczaj otaczani są przez setki sępów, oferujących różne, mniej lub bardziej potrzebne usługi. To coś złego? W końcu „i tak im nie zabraknie”.

            Niespecjalnie podoba mi się to, co mówisz, Sykofanto, ale obawiam się, że trochę racji w tym masz. Aczkolwiek ja niespecjalnie akceptuję styl myślenia: „to tylko praca”. Robiłem w życiu dobre i złe rzeczy, ale co za różnica, czy było to dla korzyści zawodowych, czy „prywatnych”?

            1. synafia

              Obawiam się, że Sykofanta ma więcej niż trochę racji. Gospodarka się kręci, bo ludzie kupują. Żeby kupowali coraz więcej, trzeba im nieustannie wmawiać różne potrzeby. Np. żeby jedli to i tamto. Potem – żeby schudli, skoro już jedli, za pomocą tego i tamtego specyfiku. Tej i tamtej siłowni. Tej i tamtej kliniki. Wmawia nam się, że musimy koniecznie mieć kupę rzeczy, których wcale mieć nie musimy, że musimy być wszyscy jak jeden mąż młodzi, bogaci, piękni i szczęśliwi, choć wcale nie musimy, oraz że staniemy się tacy dzięki firmie X i producentowi Y. Przykro mi, ale jako konsumenci jesteśmy niczym więcej niż tucznikiem, a im więcej łykamy, tym bardziej bezwolni się stajemy.
              I jasne, oczywiście, że nie ma co się na to zgadzać. Ba, nie wolno wręcz. Ale jedyna możliwa moim zdaniem forma niezgody, to starać się w tym nie uczestniczyć na tyle, na ile to możliwe. Sobie głowę otworzyć. I powiedzieć „nie”. A wkurwiać się przy tym wcale nie trzeba, bo i po co. Od wkurwiania się zawały są potem i nerwice.

              1. Luca Autor wpisu

                A ja myślę, że trzeba też o tym pisac i mówić. Bo może kilkanaście osób przeczyta i pomyśli? I się nie da? Hm?

        2. R.B.

          Cóż, nikogo do pracy takiej, jak wymyślanie nieetycznych rozwiązań w marketingu, nie zmuszają. A to kolejny wykorzystywany schemat: cóż winna ta pani, to tylko jej praca. Cóż winien jej pracodawca, on tylko chce zarobić. W rezultacie takiego myślenia, wniosek jest absurdalny: skrzywdzeni są, winnych nie ma(????). Nielogiczne.
          Nie będę się zgadzał na społecznie (a tym bardziej indywidualnie) szkodliwe działania dla czyjegoś zysku. Nie będę przyjmował żadnych usprawiedliwień dla krętactwa. Zero tolerancji, i już.
          Może w wyniku tego umrę bardziej wkurwiony, ale przynajmniej mniej oszukany!

          1. Luca Autor wpisu

            Ja rozumiem, że panienka ze Złotych Tarasów ma niewdzięczną pracę, którą pewnie musi na razie mieć. Nie winię pracowników tzw. pierwszej linii i staram się być dla nich miła.

            Ale ktoś – mityczny ktoś – tę technikę sprzedaży wymyślił, a klient, czyli bank, się na nią zgodził. I jeśli będę kiedyś szukała nowego banku, to ten podejrzany o opisaną manipulację na pewno nie trafi na listę. Pewnie, że jedna ja, z moimi biednymi dochodami, nie robię żadnej różnicy. Myślę jednak, że nie tylko ja biorę pod uwagę etykę instytucji, której powierzam swoje pieniądze.

          2. Sykofanta

            Ok. Ja może trochę niezbyt jasno swoje myśli wyraziłem. Bo jak najbardziej uważam, że warto pisać i informować, tylko „Ktokolwiek jednak miał taki genialny pomysł na pozyskanie nowych klientów jest […] zwykłym chujem.” – to do mnie nie do końca przemawia i uważam, ale to moja prywatna opinia, że nie tędy droga. Bo jak już wspomniałem – co to znaczy etyczne zachowanie w marketingu. Jaka forma promocji jest, a jaka nie jest etyczna. Czy wszyscy, którzy wymyślają chwyty marketingowe to zwykłe chuje, czy tylko Ci, którzy naciągają na kredyt.

            Podzielam poglądy Orlinosa. Skoro mówimy o uczciwości, to naprawdę nie rozgraniczałbym działań nieuczciwych o niskiej inwazyjności finansowej i tych o wysokiej. Bo to dość nieuczciwe rozgraniczenia.

            I dodam tylko, że ja wcale nie uważam, że to wszystko jest fajne. Ja tylko zauważam, że tak jest. A jedyną formą obrony jest bycie świadomym i myślącym konsumentem. Jeżeli zdarzenie z kartą było tak przykre, może warto było dowiedzieć się, jaki to bank (na pewno, zapytane, udzieliłyby odpowiedzi) i zgłosić to do UOKiK? Tymczasem pozostaje nam nie podpisywać w ciemno umów, czytać opakowania i nie dać się nabrać na ładne zapachy i kolorowe wstążki.

            1. R.B.

              Niemożność ustalenia, co jest etyczne mnie raczej dziwi. To już nie umiemy odwołać się do swojego sumienia, do swojej wrażliwości, do zwykłej uczciwej oceny?
              Myślmy, zastanawiajmy się ZANIM coś zrobimy, coś zaplanujemy.
              Kryterium finansowe? To bzdura, ścieżka do stopniowego usankcjonowania nieuczciwości.
              Oszustwo jest oszustwem, (naciąganiem, wyłudzeniem, manipulacją – nazwa nieważna) nawet, jeśli naciągają nas na 1 grosz. Dezinformacja jest formą kłamstwa, elementem oszustwa.
              Marzy mi się powszechna niezgoda na takie postępowanie, ogólne społeczne potępienie.
              Od dziś, na propozycję podobną do opisywanej karty rabatowej będę odpowiadał „To oszustwo!” – całym natężeniem głosu, na jaki mnie stać. A pochwalę się, że to nadal oznacza słyszalność w połowie hali przeciętnego marketu. Biedne, sprzedające te karty panienki niech się zawczasu zaopatrzą w nauszniki. :-)

              1. synafia

                Nie ma się co dziwić – ocenianie etyczności zabiegu marketingowego na podstawie ceny produktu jest zwykłym relatywizowaniem. Nie ma znaczenia, czy ktoś chce sprzedać jogurt czy kredyt – chce to zrobić dla własnych zysków, nie dbając przy tym o to, czy konsument naprawdę potrzebuje danego produktu czy nie, czy jest mu on do życia niezbędny, czy rzeczywiście go niejako uszczęśliwi. Każda reklama odwołuje się do często nieuświadomionych mechanizmów psychologicznych, firmy wydają krocie na badania, jaki kolor i krój opakowania przyciągnie naszą uwagę, jak pozycjonować towary na półkach, jaka muzyka skłania nas do zakupów – zresztą, Sykofanta to wszystko napisał. Tak pojmowany marketing jest nieetyczny, ale jest, inny nie będzie. Bądźmy zatem poważni – miejmy oczy i głowy otwarte, dokonujmy świadomych wyborów, nie pędźmy jak owce. I to wystarczy, krzyczeć nie trzeba.

              2. Luca Autor wpisu

                Synafio, nie całkiem tak jest, jak mówisz. Marketing jako całość może i jest nieetyczny. Ale dezinformacja jest już niezgodna z prawem. Tu leży dla mnie podstawowa różnica między pozycjonowaniem jogurtu na półkach, a sprzedawaniem karty rabatowej, która jest kredytową. Oczywiście, że trzeba czytać umowy, jak napisała Królowa Nocy. Ja czytam. Ale starsza pani ze zmęczonym wzrokiem już pewnie nie bardzo.

              3. R.B.

                Czy marketing – jako całość – jest nieetyczny? Myślę, że może być etyczny. Pytanie, jak jest wtedy skuteczny?
                Ilość nowych produktów jest znikoma. Raczej chodzi o to, by sprzedać sto pierwszy rodzaj jogurtu, gdy sto dotychczasowych stoi już na półce. Trzeba pokazać, żę jest lepszy, tańszy itd. A jeśli nie jest? Jeśli w danej sytuacji wszystkie karty kredytowe są tak samo wygodne w użyciu, i tak samo oprocentowane? Jeśli do każdej dodawane są jakieś „prezenty”? Jeśli, w końcu, rynek jest już całkowicie wysycony?
                Praktycznie to zadanie w danych warunkach niewykonalne. Zmienia się więc warunki – narusza zasady. Wykracza poza ramy uczciwego traktowania klienta, czatuje na jego błędy.
                Drobny druk jest właśnie po to, aby ktoś go nie przeczytał. I myślę, że to właśnie jest nieuczciwe, ponieważ zaplanowane, świadomie zakładające skorzystanie z niewiedzy klienta, bazujące na łatwej do przewidzenia reakcji psychicznej.

                Krzyczał nie będę. Przecież to też było do przewidzenia, i ochroniarz już czeka :-)

              4. Sykofanta

                Luco, ale przecież te panie nie dezinformowały klientów. Dezinformacja byłaby wtedy, gdy podawały one nieprawdziwe informacje o produkcie, a tego nie robią. One po prostu nie podają wszystkich informacji. Niemniej można i należy zadawać im pytania. Jeśli zapytasz, czy to karta kredytowa, a one powiedzą, że nie – wtedy będzie to dezinformacja. W przeciwnym razie to manipulacja faktami. Nie jest to etyczne i uczciwe, ale na pewno nie zabronione.

              5. Luca Autor wpisu

                Dezinformacją jest również ukrywanie faktów, nie tylko kłamstwo wprost.

            2. Sykofanta

              Luco, zgoda, o ile ukrywają te fakty w taki sposób, że nie możesz do nich dotrzeć. Tymczasem nie mówienie od razu o wszystkim nie jest dezinformacją. Czyli: jeśli zapytasz „Czy to karta kredytowa?”, a pani odpowie „To jest karta rabatowa” – będzie to dezinformacja. Ale jeśli pani odpowie na Twoje pytanie wprost, to nie ma tu żadnej dezinformacji. Nigdzie nie jest powiedziane, że musi mówić od razu, co to jest. Bo dezinformacja to podawania fałszywych faktów i tym samym wprowadzenie kogoś w błąd. Mogę się też zgodzić, że wprowadzanie kogoś w błąd przez ukrywanie faktów lub unika nie odpowiedzi. Ale sądzę (pewności mieć nie mogę), że te panie udzielają szczegółowych informacji o specyfice produkty, gdy się je o to zapytać. Jeśli tego nie robią, to faktycznie jest to poważne naruszenie i należy to zgłosić do UOKiKu. Jak je spotkam, to aż z ciekawości sprawdzę.

              1. R.B.

                Metody dezinformacji rozwijają się także. Stan prawny jest znany, wiadomo jakich sformułowań ma używać sprzedający, aby zgłoszenie do UOKiKu nie było uzasadnione. Dlatego CELOWO stosuje się dość subtelne ukrywanie prawdy. Wybacz, ale klient MA wiedzieć, że oferuje mu się kartę kredytową, nawet jeśli NIE ZAPYTA.

                Powtarzam – liczy się intencja, cel akcji. A celem jest zwiększenie sprzedaży kart kredytowych poprzez zaoferowanie ich jako „kart rabatowych”. Bilet do kina ma to uprowdopodobnić, a poza tym skierować uwagę klienta na co innego, właśnie ABY NIE ZAPYTAŁ.

                Nazwa, albo wręcz wygląd produktu jest często wykorzystywana w nieuczciwym marketingu. Np. Wyrób o jakiejś mylącej nazwie „Miksełko”, w opakowaniu prawie identycznym jak znane od lat masło. Powiesz, że przeciesz napisane. Ale cel jasny – wykorzystanie atrakcyjności innego produktu.

                Żyjemy w sytuacji niepotykanego dotąd zjawiska ekonomicznego – totalnej nadwyżki podaży. Powinien więc to byc tzw. „Rynek klienta”. Jesteśmy jednak świadkiem odwrócenia praw rynku. Metodami marketingu utrzymuje się „Rynek producenta” – a raczej sprzedawcy. Już dawno celem rynku nie jest zysk z zaspokojenia potrzeb. Można już chyba mówić o zysku budowanym przez WYMUSZONĄ konsumpcję oferowanych produktów. Klient (konsument, kupujący) jest w pozycji słabszej niż oferent, choć to jego pieniądz tworzy zysk, a więc utrzymuje cały rynek.
                Trochę to może nieskładne, ale nie jestem z zawodu ekonomistą (pomimo dyplomu ze szkoły pomaturalnej).

                Brońmy słabszego – jako konsumenci jesteśmy skazani na eskalację takich zjawisk.

              2. orlinos

                (Hm, nie jestem pewien czemu, ale pod niektórymi komentarzami nie ma linku „Odpowiedz”?)

                Mam taki mały pomysł na przetestowanie kwestii „informacja czy dezinformacja?”

                Pójdę sobie do banku, tzn. podjadę wynajętym w tym celu Lexusem, w drogim garniturze itp. i poproszę o kredyt. Z przedstawionych przeze mnie dokumentów będzie wynikało, że jestem bardzo bogatym człowiekiem. A to, że bardzo drobnym druczkiem będzie na nich napisane „dokumenty tylko do zabawy, nieprawdziwe!” – cóż, mikroskop dużo nie kosztuje, jeżeli komuś nie będzie chciało się sprawdzać – jego strata.

                Przed sądem stwierdzę: „Ojej, ojej, nieuczciwy klient. A nikt nigdy nie powiedział wam, że trzeba przeczytać to, co się podpisuje?”.

                Strasznie jestem ciekaw, ile czasu zajmie prawnikom banku udowodnienie mi, że jednak nie mam racji, bo myślę, że to będą sekundy. ;-)

                Ale na poważnie – pomijając kwestię UOKiKu, jest to idealny przykład sprawy do obsmarowania kogoś w Sieci (przyjmując oczywiście, że byłyby przedstawione jakieś dowody, ulotki, czy nawet nagranie głosu z rozmowy z osobą oferującą „karty rabatowe”.

                Bo można długo i bezowocnie deliberować, czy to tylko pudrowanie prawdy, czy już nielegalne ukrywanie faktów i doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia majątkiem itp. Z punktu widzenia wielu klientów – skoro jakaś firma stosuje dziwaczne i podejrzane praktyki, to należy ich obchodzić szerokim łukiem. Bo może i w innych sytuacjach podają niepełne informacje lub kręcą.

                „Oni” mają reklamę, „my” mamy antyreklamę.

              3. orlinos

                R.B. – konsument zwykle stoi w pozycji słabszego, to oczywiste. Chociaż możemy na szczęście się łączyć, w jedności siła. I w prawnikach.

                Pracowałem przez kilka miesięcy w USA (głównie szorując kible i obsługując kibiców na stadione, że tak się polansuję) – bardzo mi się podobało tam, że widać „od środka” każdej firmy, jak chłopaki trzęsą ze strachu pośladami, bo się boją pozwu ze strony klienta.

                Oczywiście, jest ostry marketing (bardziej agresywny, niż u nas), ale jest też świadomość tego, co dzieje się, gdy się przekroczy reguły chociaż odrobinkę. Nikt nie powie „ojej, trzeba było uważać”, tylko „pozwoli Pan, że wręczę wizytówkę mojej kancelarii. Z przyjemnością wywalczę dla Pana parę milionów odszkodowania, za zaledwie 1/3 tej kwoty”.

                Ma to swoje wady, oczywiście, ale temperuje co głupsze zapędy.

                Co do rynku klienta/sprzedawcy. O rany, spróbuję się nie rozpisywać, bo to chyba strasznie złożone.

                Bo z jednej strony – klient dzisiaj może wiele. Iść do organizacji konsumenckiej, pozwać (również zbiorowo), obsmarować firmę na blogu czy w gazecie, zrobić akcję „sprzeciwu” itp. Tutaj mamy wiele możliwości obrony.

                Z drugiej – nawet, gdy ktoś czyta napisy małą czcionką itp. – to jednak jest to, o czym piszesz, kreowanie kompletnie właściwie niepotrzebnych potrzeb. Tworzenie problemów tam, gdzie ich do tej pory nie było – dlatego białe kobiety opalają się lub smarują opalaczami, bo „bladość jest obleśna”, a reszta ludzkości robi co może, żeby mieć cerę mlecznobiałą.

                Z tym też powoli podejmuje się walkę. Czytam parę blogów pisanych przez kobiety zajmujące się głównie kwestiami współczesnego wizerunku kobiet w mediach i jego oddziaływania na decyzje ludzi – i patrzę, co proponują jako rozwiązania.

                Część rozwiązań ma charakter niejako pozytywny – różne alternatywne ruchy „antyfotoszopowe”, antyzakupowe, specjalne strony do prezentowania wdzięków dla „pań plus size” (z których połowa wygląda równie „tragicznie” jak modelki Playboya sprzed 20 lat. Na Boga, to mają być „grube pasztety”?!). I tak dalej, oczywiście nie ogarniam nawet promila tego zjawiska.

                Z drugiej pojawiają się rozwiązania „negatywne”, jak choćby organizacje monitorujące wypowiedzi na tematy kluczowe w mediach, organizacje kontrolujące treści reklamowe itp.

                To już mi się podoba nieco mniej, bo pachnie cenzurą – z drugiej strony, jeżeli dotyczy to głównie sfery publicznej, to czemu nie („zakazane” reklamy można w końcu zawsze znaleźć w sieci).

                W ten sposób próbuje się kształtować w jakiś sposób skrajnie medialną rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Jeżeli wiemy, że wystawianie nas na stosy pokus nam szkodzi (bo potem kupujemy jak te głupki zbędne śmieci), to możemy modyfikować tę rzeczywistość tak, żeby nam w kółko nie pluła w twarz tymi pokusami.

                W dużym stopniu zależy to niestety od nas. Czytałem niedawno książkę, w której były omawiane m.in. mechanizmy, które powodują, że kobiety oglądające wizerunki modelek mają przez jakiś niższą samoocenę. A ich mężczyźni w analogicznej sytuacji patrzą na nie surowszym okiem.

                Czyli prosta sprawa – powiedzieć redaktorom pism, żeby zamieszczali realistyczne wizerunki, tak? No nie, bo z innych badań wynika, że wolimy jednak bajkę, a nie prawdę, chociaż świadomie możemy mówić coś innego.

                Przenosząc to na marketing i reklamę w ogóle – lubimy ponarzekać na tych złych marketoidów, ale jednak sami się czasem prosimy o takie traktowanie. ;-)

              4. Sykofanta

                Ależ R.B., ja się w 100% z Tobą zgadzam. Tylko ani prawnie, ani językowo nie jest to dezinformacja. Jest to zaciemnianie prawdy i mieszanie ludziom w głowach. I nawet nie wiesz, jak bardzo zgadzam się z tym, że mamy nadkonsumpcję i sztuczne wywoływanie popytu. Ale nadal – w umowie masz na pewno napisane, że to karta kredytowa. Przeczytasz umowę przed podpisaniem, to wiesz. Niemniej na pewno warto byłoby zastanowić się nad zaostrzeniem przepisów dotyczących dopuszczalnych form promocji.

              5. R.B.

                No właśnie. Mamy doskonały przykład. Jak zakazać dezinformacji, jeśli dwie przypadkowe osoby mają różny pogląd na jej definicję? A co dopiero, jeśli będzie to dwu prawników!
                Skuteczność określenia niedopuszczalnych form promocji oceniam więc słabo. Niestety, na każdy miecz jest tarcza. Każdy zakaz można ominąć – głosno wypowiedziane „K” plus „wybipana” reszta jest zrozumiała – a czy ktos użył całego przekleństwa?
                Jak pisze Orlinos – można uciec w sieć, w sferę regulacji innego prawa (a kto zabronichińskiej firmie?) itd.
                Z pewnym przerażeniem pomyślałem, że nawet można uciec w inną etykę, typową dla skrajnie różnego obszaru kulturowego (no dobra, znowu Chiny!).
                Przed tym się nie ucieknie.

                Pozdrawiam, i kończę swoja opinię.

              6. Luca Autor wpisu

                Orli: mam włączone pięcio(chyba)poziomowe zakorzenianie komentarzy, bo wydawało mi się, że więcej spowoduje chaos tak merytoryczny, jak i wizualny. Ale jeśli komentujący mają inne zdanie – powiedzcie, włączę siedmiopoziomowe czy jeszcze jakieś.

                Bardzo mi się podoba ta cała dyskusja. Jeśli ktoś z Was będzie miał okazję i ochotę spotkać te panie (i panów, bo są też panowie) i dowiedzieć się czegoś więcej o tej karcie, to fajnie by było. Ja tylko dodam, że z tego, co słyszałam od Caina, przy otrzymaniu karty (nie tej oferowanej w kinie, tylko na stoisku piętro niżej, ale sądzę, że to była wspólna akcja) wypełniało się jedynie krótki formularz. Z kolei pani z kina mówiła o aktywacji karty przez internet. Sądzę więc, że samą umowę podpisuje się na końcu, przez kuriera na przykład, być może już po uruchomieniu usługi. Jeśli tak jest, to podejrzewam, że trudno się potem z tego wycofać metodą „bo ja jednak nie chcę po przeczytaniu umowy”. Prawdopodobne bowiem, że jeżeli klient dostał już bilet do kina i jakiś rabat, to musiałby ponieść jakieś koszty. Oczywiście nie znam się na tym i nie analizowałam sprawy zbyt dokładnie, moge tylko przypuszczać.

              7. Sykofanta

                @ R.B.
                Ja dezinformację definiuję tak, jak jest to zapisane w słowniku.

                Z prawnikami też bym nie przesadzał – często po prostu myli się interpretację przepisów (czyli całych, większych ustępów) i definicje pojęć. Każda ustawa zaopatrzona jest w podstawowe definicja, a jeśli pojawiają się tam inne, niezdefiniowane kluczowe terminy – odesłanie do innej ustawy zawierającej takie definicje. Zazwyczaj (choć oczywiście nie zawsze) te definicje są dość jasne i zrozumiałe. Interpretacja przepisów faktycznie bywa różnorodna i to jest bardzo przykre. Szkoda, że w polskim prawie nie istnieje zasada precedensu.

                @ Luca
                Mnie też się ogromnie ta dyskusja podoba. :D

  2. Dźwiedziu

    Też bym stawiał na Citi. Karta kredytowa z rabatami jest przez nich usilnie reklamowana. A sprawa ewidentnie prosi się o zgłoszenie do UOKIK.

  3. Królowa Nocy

    Ojej, ojej, nieuczciwy bank. A nikt nigdy nie powiedział wam, że trzeba przeczytać to, co się podpisuje? Tej karty nie można dostać bez podpisania papieru, gdzie jest wszystko wyjaśnione, zawsze należy czytać, a nie słuchać tego, co mówią.

    1. orlinos

      Królowa Nocy: ale zazwyczaj istnieją też różne przepisy dot. nieuczciwych praktyk w handlu czy klauzul niedozwolonych. Nie ma pełnej dowolności. Nawet na wojnie obowiązują konwencje, a co dopiero w handlu.

      Jeżeli ja podpiszę coś jak idiota, bez czytania, to wszyscy mi powiedzą „trzeba było czytać, jest wolny rynek, ciołku!”. Ok, zgoda, to ma sens, trzeba odpowiadać za to, co się robi…

      …ale jak uda mi się naciągnąć banki na gigantyczne kwoty i doprowadzić je na skraj bankructwa, to ich prezesi popędzą do rządu, postękać o konieczności „ratowania sektora bankowego”.

      Skoro nawet w USA Duże i Poważne Banki mogą się wesoło bawić cudzymi pieniędzmi i nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności, to dlaczego mamy tak surowo oceniać przeciętnego obywatela? Babcia ze słabym wzrokiem ma być mądrzejsza od szefów gigantycznych banków?

      1. Sykofanta

        Ja się zgadzam z obydwoma opiniami. Też uważam, że jak ktoś nie czyta, to sam sobie winien (trochę to jak gra o przetrwanie – kiedyś trzeba było się przed drapieżnikami ukryć, a teraz trzeba umowy produktowe czytać uważnie). Niemniej widzę potrzebę ochrony osób mniej świadomych konsumencko. Bo babci ma nie tylko słaby wzrok, ale też zapewne nie zrozumie połowy nowomowy, jaką została sporządzona umowa. Banki mają swój własny język (i wcale nie mam na myśli technicznych zwrotów finansowych) i jeśli się w nim choć trochę nie orientujesz, to możesz w ogóle nie pojąć, co tam jest napisane. Dlatego dodatkowo trzeba pytać aż do znudzenia. Czasem zresztą pani na promocji przestaje tak gorliwie oferować produkt, gdy zaczyna się być dociekliwym.

        1. Luca Autor wpisu

          Nie wierzę sama sobie, ale podpisuję się pod Twoim komentarzem obiema rękami :)

  4. synafia

    @Luca: Pisać i mówić pewnie – sama przecież piszę i mówię, czyż nie? Uważam jednak, że wściekanie się na „kogoś, kto to wymyślił” nic nie zmienia – zmiany można dokonać tylko w swojej głowie, ot co. A to można robić na spokojnie i bez zbędnych emocji, bo te nam samym szkodzą przede wszystkim.

Możliwość komentowania jest wyłączona.