Miesięczne archiwum: Styczeń 2012

Zimowa depresja z kabaretem w tle

Wiem już, wiem, co mi dolega, czemu wciąż marudzę, czemu tak mi się chce spać i wszystko wydaje mi się do dupy. Poczytałam sobie moje własne notki, publikowane tutaj rok temu, na przełomie stycznia i lutego. Wychycha z nich jedna wielka, czarna dupa („kiedy wyjrzy jak dupa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy”). Deprecha, dół, ciemność, zimność, dodomudalekość i masakra. I oto w okolicach lutego pojawia się radosna nocia o tym, że wiosna, bo pączki na drzewach, zapach powietrza, coś tam coś tam.

Wniosek:
(„jeżeli kochać, jeżeli koochaać…!”)
mam najzwyklejszą na świecie zimową depresję (nie mylić z depresją w sensie choroby), klasyczną, coroczną, cykliczną. I co roku na nowo zastanawiam się, czego mi tak źle. Tuszę, iż następnym razem też zajrzę w archiwum, przeczytam ten wpis i się ogarnę.

#jestplan:
Sport, ruch, światło, w ostateczności  solarium – co jeszcze polecacie?

Nieprzerwane pasmo sukcesów

To był bardzo interesujący tydzień, co dowodzi, że Wasze życzenia urodzinowe spełniają się dokładnie i szybko. Już około wtorku poczułam się jak gąsienica z wierszyka dla dzieci, tego, w którym wylicza się, co kiedy zjadła.

W poniedziałek wyżarła jabłka kawałek,
we wtorek z dwu gruszkach wygryzła otworek… wróć, nie tak.

W poniedziałek mieliśmy przeciek gazu. Pogotowie gazowe, lekka panika, smród w mieszkaniu. Niebezpieczeństwa nie było, ale nic zabawnego.

We wtorek nie mieliśmy ciepłej wody, bo gaz był zakręcony. Kuchenki też nie mieliśmy, na szczęście był piekarnik.

W środę przyszedł spec i naprawił gaz, ale za to zaczęło kapać z rury.

W czwartek przestało kapać z rury, natomiast wybiegając spóźniona rano z domu i zapinając płaszcz już na podwórku odkryłam, że suwak nie działa (dzień wcześniej wymieniłam w nim maszynkę, znaczy ten element jezdny, i trochę nie pasowała). Było minus ileś i za późno, żeby wracać, a ja mam w obowiązkach służbowych spacery ;)

W piątek wiedziałam już, że zamek jednak działa, trzeba tylko odpowiednio starannie go zapinać, natomiast wybiegając spóźniona do pracy (tak, to u mnie częste, że wybiegam na ostatnią chwilę) znalazłam mój płaszcz na podłodze, mokry i śmierdzący kotami. Plamka i Duch nigdy nie robią takich rzeczy, nie wiem, co im nagle odbiło. Było minus 10 i poszłam w krótkiej kurtce. Detal, ale dla dopełnienia nastroju w bezpośrednim moim otoczeniu zdarzyło się uszkodzenie kostki oraz uraz szyi. Połowie rodziny wieczór upłynął na lokalizowaniu i dostarczaniu kołnierza ortopedycznego.

Co ciekawe, pasmo drobnych, ale irytujących wypadków zakończyło się wraz z tygodniem roboczym i weekend jak na razie jest, odpukać, bardzo przyjemny. Dopóki nie obejrzę się za siebie, na kuchnię, która po wczorajszym gotowaniu wygląda jak pole przegranej bitwy ;)

Z nudów to ja nie umrę

Czy wczoraj był dopiero poniedziałek?

Poszłam do pracy, wyszłam, pojechałam kupić wymarzone perfumy, przespacerowałam się w poszukiwaniu, umówiłam się z księgowym, umówiłam się na randkę z mężem, przełożyłam księgowego (nie, nie przez kolano, tylko na wtorek), popracowałam w domu, poszłam na kolację, do kina (gdzie się podział gentleman Holmes i kiedy zastąpił go ten – seksowny, nie powiem – dziwak z wiecznie obitą, brudną gębą?), wróciłam, stwierdziliśmy przeciek gazu, wezwaliśmy pogotowie gazowe (teraz nie mamy ciepłej wody ani kuchenki), poszliśmy spać, o trzeciej wstałam do wymiatającej pod łóżkiem koty, która nażarła się rafii z kwiatków, wyrzuciłam rafię, wróciłam do łóżka, śniło mi się, że mój kolega umrze, a przedtem napisze o tym powieść, obudził mnie sąsiad z wiertarą.

Mam proste potrzeby: chcę gorącej kąpieli i snu.

#po30

Nie wiem, jak to się stało – co roku powtarzam tę frazę – nie wiem, jak to się stało, ale mam trzydzieści lat. Ledwo co miałam osiem, potem przemknęło mi szesnaście i dwadzieścia dwa, a tu BUM – trzydziestka. Z hukiem, a co.

Najpierw zrobiłam tatuaż:

zdj: Hell Foto

A potem zrobiłam imprezę, od której trzęsły się ściany, a podłoga groziła zawaleniem. Przez kilka godzin mieszkanie było pełne cudownych ludzi, poprzebieranych w stroje w stylu lat trzydziestych. Kain był Popeyem. Patryk był żółwiem („W latach trzydziestych też były żółwie!”) :) Napoje wyskokowe lały się strumieniami (dosłownie, na parkiet też), muzyka grała, wszyscy rozmawiali, żartowali, śmiali się i poznawali ze sobą, bom nieco pomieszała towarzystwa, a pośrodku łóżka, między stosami kurtek i toreb, najspokojniej w świecie spał sobie mój roczny siostrzeniec. Kiedy będę miała dziecko, też chcę, żeby tak ładnie pozwalało rodzicom się bawić.

Jak przystało na staruchę jedną nogą w grobie, zostałam pogrzebana pod stosem prezentów i kwiatów. Pochwaliłabym się, jakie cudności dostałam, ale nieładnie się chwalić, więc tylko powiem, że księżniczka jest zachwycona! I jak tylko znajdę chwilę, pobiegnę nabyć wymarzone perfumy, a jak tylko ochłonę, zdecyduję się, czy pragnę lecieć szybowcem, czy może nurkować ;> Poza tym gdyby to, czego ludzie mi życzą i jakie przy tym prawią komplementy było prawdą, byłabym już co najmniej królową świata. Strasznie odpowiedzialna fucha.

Każdemu życzę takich okrągłych urodzin, a tym, co byli – ciałem lub duchem – dziękuję!

Corpus delicti

Weszłam wczoraj rano do łazienki i zobaczyłam na podłodze zielony listek.

– Chodź, pokażę ci kluczowy dowód w sprawie! – powiedziałam do Kaina.

Zajrzał.

– Czy to jest biedny Dżordż?!

– Tak.

Kain podniósł listek i udał się do salonu, gdzie zaprezentował dowód kotom.

– Kto to zrobił?

Plamka w błyskawicznym tempie wdrapała się na najwyższą półeczkę drapaka i, patrząc z góry, powiedziała: „- Jaa niee!” (głośno i wyraźnie, przysięgam, że to właśnie wymiauczała).

Duch tylko nerwowo oblizał nos. To chyba mamy winnego.

(Dziś za to narzygały pod stół i stłukły świeczkę, oszaleję.)

znudziłomisię

Nagła, przejmująca chęć, żeby rzucić wszystko i zacząć od nowa, daleko, robiąc zupełnie coś innego. Przewrócić życie do góry nogami. Otworzyć wymarzoną ponad 10 lat temu herbaciarnię, rozpocząć szaloną karierę w burlesce, wyjechać do Kenii sadzić kawę, cokolwiek. Spakować dwie walizki, ruszyć razem w daleką podróż, wysyłać pocztówki z końca świata. Tu zostawić to, co nuży, nudzi, męczy. Ahoj, przygodo.

Znudziła mnie zabawa z dziećmi, znużyło szukanie pracy w zawodzie (tak, już), nie chce mi się już pisać blogów, rozmieniam się na drobne i męczy mnie to. Chcę odmiany, chcę czegoś nowego, świeżego, czegoś, co będzie mnie nakręcać do wstawania co rano z głową pełną pomysłów, z chęcią do działania, jakiej mi zazwyczaj brakuje. Nie dość, że jestem leniwa – robię wszystko, co należy, ale dlatego, że „tak trzeba”, a nie dlatego, że bardzo chcę – to jeszcze od dziecka mam tak zwany „słomiany zapał”. Liznęłam dzięki temu mnóstwa ciekawych rzeczy. Jako dziecko chodziłam na kursy tańca, gimnastykę artystyczną, aikido, kurs mnemotechniki, kółko teatralne, połykałam i natychmiast zapominałam tysiące książek, interesowałam się po kolei wszystkim, o czym akurat czytałam. W liceum uczono mnie czterech języków, sama dorzuciłam sobie piąty. Jako dorosła pracowałam w nocnym kiosku, w sklepie z kawą, w call center, jako fotomodelka, niania, organizowałam imprezy artystyczne, recytowałam wiersze na scenie, byłam płatną publicznością w telewizji, sprzedawałam perfumy i bieliznę, i nie pamiętam, co jeszcze. No i copywriter, oczywiście – to nadal lubię najbardziej i umiem najlepiej. W większości tych rzeczy byłam w miarę dobra, ale nigdy nie zostałam specjalistką. Niektóre zajęły mnie na tyle, żeby się nią stać i  nadal wiem o nich wiele. Zasadniczo jestem jednak zlepkiem dziwnych informacji, które mogą się niekiedy przydać, ale na co dzień są zupełnie zbędne, ja zaś od dawna nie pamiętam, skąd w ogóle je mam.

Rzeczy, które robię, szybko mnie nudzą. Trudno mi usiedzieć kilka godzin w jednym miejscu. Trudno mi robić to samo przez kilka miesięcy. Nie stymulowany, mózg zawiesza się i zaczyna pracować na autopilocie, a duch zaczyna się nerwowo rozglądać, którędy by tu zwiać. Gdyby można było co rok-dwa kompletnie zmieniać życie! Może wtedy marzyłabym o nudzie, tak, jak wtedy, gdy mam za dużo do zrobienia i zbyt wielu ludzi do spotkania. Tymczasem marzę o Wielkiej Odmianie na Lepsze.

Nie lubię być dorosła.

Nihil novi sub sole

W domu mały szpital – ja chorowałam dwa dni, a teraz Kain choruje. Jestem strasznie zła na to moje chorowanie, bo nie chodząc do pracy, nie zarabiam, a plany miałam ostre (patrz poprzednia notka). Choć i tak nieźle, że ogarnęłam się w dwa dni.

Tatuaż się goi. Myję go i smaruję pilnie co cztery godziny. W pracy pomagają mi małe łapki („A tejaź źdejmiemy kwiatek?”), a w domu duże. Zegarka nie muszę pilnować: jak zaczyna swędzieć, to nieomylny znak, że właśnie te cztery godziny mijają :) A w niedzielę przyjedzie do mnie Hell Photo i zrobi mi nowe zdjęcia pleców, ha!

Poza tym czytam Sapkowskiego pięćsetny raz, bo dostałam pod choinkę i mam wreszcie własny cykl wiedźmiński. Poza tym piszę „Wojnę płci” co drugi dzień, co pochłania sporo energii, ale i dostarcza satysfakcji – trochę jak sterowanie jakimś skomplikowanym urządzeniem, kiedy czasem udaje ci się osiągnąć dokładnie taki efekt, jak zamierzałeś, a czasem nie masz pojęcia, skąd sukces (znienacka). Poza tym rekonwalescencja i, jak zwykle, niewyspanie. I koty jakieś wyjątkowo miziaste.

Musi mróz wreszcie idzie.

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)