Miesięczne archiwum: Luty 2012

Ogłaszam wiosnę

Właściwie wiosnę ogłosiłam wczoraj, na fejsie i blipie. Jakieś dwadzieścia osób uznało za stosowne powiedzieć mi, że przecież pada śnieg i jest zima, a nie wiosna. A ona potrzebowała po prostu chwili na ogarnięcie się, skoro tak nagle usłyszała hasło do ataku. Et voilà.

Mam sukienkę, zakolanówki w paski, kolorowe kwiaty na stole (zasługa mojego nieocenionego męża, który podołał zadaniu kupienia bukietu na moje zamówienie), zapas papierowych ręczników do umycia okien (choć nie mam czasu ich umyć) i mam słońce, słońce, słońce w pokoju. I będę dziś spacerować oraz wąchać powietrze.

Wiosna.

Jednak zen

Jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Wysiliłabym się na coś więcej, niż cytat ze Świetlickiego, ale mi się nie chce oraz wątpię w swoje zdolności w tym względzie. Znaczy w porównaniu, bo tak w ogóle, to nie.

Potrzebuję przestrzeni.

Spokoju.

Odpoczynku.

Ludzie mnie wkurwiają. Ale tak na maksa. Prawie wszyscy, prędzej lub później – później wynosi jakieś dwie godziny. Wcześniej wynosi jakieś dwa słowa. Może to nadmiar spotkań towarzyskich ostatnio, a może bałagan w głowie, który wymaga czasu i spokoju do ogarnięcia, ułożenia, uspokojenia.

Dochodzę do wniosku (nie pierwszy raz), że walka z samą sobą jest bez sensu. Nie chodzi o to, że zawsze się przegrywa, tylko o miotanie się, którego chyba jednak nie lubię tak bardzo, jak mi się czasem wydaje. Szarpanina męczy, nuży i denerwuje. Za to chwila, kiedy poddajesz się i po prostu płyniesz… niesamowita. Uwielbiam to uczucie. Zamiast zdenerwowania – uśmiech. Zamiast stresu – pogodne „let it be”.

Toteż izoluję się w miarę możliwości; dziś za parą słuchawek i „Notre Dame de Paris”, przy których złapałam taki chillout, że wysprzątałam mieszkanie i poczułam się po tym wypoczęta, zamiast zmęczona. W głowie pływają mi różne rzeczy, niech sobie tam będą, niech się przetaczają i siłują, aż się wreszcie same ułożą. Nie walczę z emocjami, są OK, są częścią mnie, nikomu nie wadzą.

Takie małe, tymczasowe zen.

Abstynencja zmusza do kreatywności

Nie piję ostatnio alkoholu. Zaraz po tym, jak przestałam go pić, byłam zaproszona na trzy kolejne imprezy i ciekawa byłam, jak się będę czuła. Oczywiście już mi się zdarzało chadzać na imprezy i nie pić na nich, choć niezbyt często, bo nie jestem kierowcą ani kobietą w ciąży i były to bardzo sporadyczne przypadki zażywania antybiotyku albo po prostu poczucia, że ostatnio przesadziłam i organizm potrzebuje chwili odpoczynku. Teraz było zabawniej, bo się skumulowały okazje.

Jak wiadomo, głównym problemem w imprezowaniu na trzeźwo jest to, że reszta gości sobie nie żałuje i w pewnym momencie zwyczajnie wypada się z klimatu, traci trochę kontakt z imprezowiczami. Nie taki jednak diabeł straszny, zazwyczaj bowiem pora ta nastaje mniej więcej wtedy, kiedy i tak traciłabym kontakt z rzeczywistością, ponieważ około czwartej kolejki robię się senna. Okazuje się, że bawiąc się na trzeźwo robię się senna nieco później (to znaczy owszem, melatonina atakuje od 16.00, ale załatwiam ją kolejną kawą) i w efekcie jak w piątek wyszłam wieczorem, tak wróciłam w sobotę o piątej rano. A wczoraj poprawka, bo najpierw urodziny Siostry (było super, z żalem wychodziliśmy), a potem impreza znajomej, też świetna i też dość długa. Warto zauważyć, że gdybym na wszystkich piła – akurat u Siostry się raczej nie pije, ale załóżmy – prawdopodobnie leżałabym teraz w łóżku i niemrawo pojękiwała. A jestem nieco może zmęczona, ale czuję się świetnie.

Z czym mam problem, to z takimi momentami, kiedy siedzę sobie przy komputerze albo wracam do domu, albo jestem w knajpie i myślę: „napiłabym się czegoś dobrego”. Zamiast nalać sobie kieliszek wina, muszę kombinować i przyznam, że zupełnie nie mam pomysłów. Zazwyczaj piję herbatę, kawę i wodę. Lubię soki, ale to nie to. Ostatnio robiłam koktajl truskawkowo-mleczny, ale co jeszcze można? Podrzućcie mi jakieś pomysły na dobre i mało skomplikowane napoje. Mam blender (pozdro dla Izu!), ale nie chce mi się poświęcać dużo czasu na szykowanie, więc to muszą być proste rzeczy.

Walentynki przyszły i poszły, a my nie mieliśmy czasu ich świętować. Kain ma dodatkową pracę i nie śpi po nocach, a ja cichcem planuję zamach bombowy. W szafie leży schowany prezent, niezjedzone sushi chyba zaraz zacznie mi się śnić po nocach, bo nie mieliśmy kiedy na nie pójść i w efekcie zanim zdążyłam obchodzić Walentynki, poszłam na imprezę antywalentynkową (znajomi robią co roku). I tak to.

Gorąca Trzydziestka

Anks zrobiła mi takie piękne zdjęcie na moich trzydziestych urodzinach:

Szczęściara z Vivaboxem

Stylizacja na lata trzydzieste i całkiem dwudziestopierwszowieczny prezent – Vivabox Extreme. Muszę wreszcie zarezerwować sobie ten lot szybowcem :)

W ogóle to muszę Wam powiedzieć, że w pewien sposób odzyskałam dla siebie własny blog. Bo ostatnio miałam takie ciśnienie, żeby pisać tutaj przede wszystkim ładnie i ciekawie, i żeby nikogo nie urazić, i żeby nie było nudno, a za to regularnie. Spinałam się i zmuszałam. A potem nagle przypomniałam sobie, że przecież to jest mój pierwszy blogasek, pamiętnik, założony dla najbliższych. Na początku chodziło o to, żeby znajomi mogli łatwo sprawdzić, co u mnie i o to, żebym nie musiała każdej historii opowiadać dziesięć razy. I jeszcze o to, żeby sublimować frustrację, bo ja, jak się sfrustruję, to muszę sobie o tym napisać.

Więc przypomniałam sobie o tym wszystkim i teraz zamierzam na luzie pisać nudne pitu-pitu o tym, co u mnie. A jak się komuś nie podoba i nudzi, to przepraszam bardzo, ale blogosfera duża, na pewno sobie znajdzie coś w zamian.

Wczoraj byłam na warsztatach dla blogerów, gdzie mi powiedziano, że wizerunek jest bardzo ważny. I jeszcze wiele ciekawych rzeczy innych mi powiedziano. Może napiszę o tym szerzej jutro, ale nie obiecuję, bo z czasem cienko.

Melatonina atakuje o zmroku

Jest całkiem znośnie. Wprawdzie słońce szlag trafił na rzecz chmur i śniegu, a żadne moje buty nie nadają się na śnieg, wprawdzie nadal szukam pracy i nadal mamy jakoś dziwnie mało kasy, ale wszystko to wydaje się znacznie łatwiejsze do ogarnięcia, kiedy mam arsenał środków na zimowego doła i nie waham się tego arsenału używać.

Staram się pamiętać o piciu dwóch-trzech kaw dziennie zamiast jednej (organizm musi wiedzieć, że jest dzień i nie śpimy) i o zjedzeniu czasem czegoś słodkiego (takim, jak ja, pomaga, zamiast usypiać). W solarium nadal nie byłam, bo uznałam, że było za zimno, ale mam to w zapasie jako doraźny środek na nagłe pogorszenie. Pamiętam o tym, że światło i ruch robią mi dobrze i nie oszczędzam ani jednego, ani drugiego. Nie oszczędzam też ciepła i mimo, że nie ma teraz takich mrozów, trochę się dogrzewamy pożyczonym, elektrycznym grzejnikiem. Zresztą mój nieoceniony brat odkrył, że aby w mieszkaniu było cieplej, wystarczy włączyć okap nad kuchenką – bo otóż z okapu wieje zimnem. Odwrócenie ciągu powietrza od razu poprawia sytuację.

Artykuły o sezonowym obniżeniu nastroju polecają rozpoczynanie dnia od zimnego prysznica, sportu i kawy. Aż taka twarda nie jestem, wciąż preferuję gorącą kąpiel i facebooka, tylko ta kawa się zgadza. I codziennie obserwuję u siebie zapał tudzież optymizm w ciągu dnia, natomiast dokładnie w chwili, kiedy zachodzi słońce, zaczynam się czuć jak zdmuchnięta świeczka. Melatonina atakuje o zmroku. Wczoraj dałam jej Burna i uciekła, ale przecież nie będę się tak truć codziennie. Dobrze chociaż, że zazwyczaj przyjmuję niewiele kofeiny i ona na mnie jeszcze trochę działa ;)

W ramach kolorowania zimy zaróżowiłam sobie włosy na nowo. Odcień jest inny, niż poprzednio i chyba mi się nie podoba, ale z trzech osób, które mnie od wczoraj widziały, trzy pochwaliły, więc niech już będzie.

Byle do wiosny.

Fototerapia

Najczęściej rekomendowaną metodą na sezonowe zaburzenia nastroju jest fototerapia. Opowiadam siostrze, jak powinno się stosować fototerapię w domu:

Ja: – Taką lampę najlepiej jest włączać codziennie rano, najlepiej po ośmiu godzinach snu.
Siostra, mama trójki, w śmiech: – I pewnie jeszcze nieprzerwanego?
Ja: – No wiadomo. I potem, uważasz, włączasz ją na dwie godziny, które, jeśli dobrze zrozumiałam, też jeszcze śpisz.
Siostra w śmiech przez łzy. Ja również.

Po 10 godzinach snu codziennie to ja, proszę Państwa, nie mam żadnej depresji.

Tak tak, żyję

I nawet mi lepiej. Okropny mróz szedł ostatnio w parze z pięknym słońcem, co zdecydowanie poprawiło mi nastrój. Weekend był przemiły, bogaty w przyjemności i pozytywne zaskoczenia. Tydzień też mam dość lajtowy, bo nie muszę zbyt wcześnie wstawać – a wiadomo, jak kocham wczesne pobudki.

Odebrałam od szewca moje zimowe buty. Kupiłam je w listopadzie na Allegro, następnie wymieniłam na prawidłowy kolor i większy rozmiar, potem znów wymieniłam na właściwy kolor (bo nadal dostałam nie ten), potem okazały się dramatycznie za ciasne, ale jak pomyślałam o kosztach kolejnej przesyłki, to mi się zdecydowanie odechciało. Poleżały w szafie, wreszcie zaniosłam je do szewca do rozciągnięcia, odebrał Kain, buty nadal były za małe, zaniosłam. Przy okazji stwierdzam, że pierwszy szewc, który otworzy zakład czynny inaczej, niż 10-19, będzie też pierwszym bogatym szewcem. Przecież, do cholery, większość ludzi w tych godzinach pracuje lub właśnie wraca z pracy. Odebrałam, zmierzyłam, nadal są za ciasne, ale więcej się podobno nie da zrobić. Wygląda na to, że po prostu kupiłam fason do bani, taki, który ciśnie w palcach. Za to są ciepłe i piękne, więc trudno, pocierpię do wiosny ;)

Natomiast Kainowi kupiliśmy buty ładne, ciepłe i wygodne, niedzielne polowanie na wyprzedaże udało się bardzo. Do tego dwie pary spodni, które same w sobie wyglądają kompletnie nijako, a na nim jak milion dolców. I, w bonusie, super seksi stajli obcisłe, czarne niby-bojówki dla blondynki. W których ja też wyglądam jak milion dolców.

Co tam jeszcze z informacji niezwykle ważnych dla świata? Włosy obcięłam. Nowa różowa farbka w drodze. W sobotę jedziemy do Krakowa na wernisaż prac Asji, która, nie wiem, czy wspominałam, jest niezwykle zdolna i fajna. Polecam zarówno wernisaż, jak i rysunkowego bloga Asji, na którym są linki do innych jej blogów i w ogóle dużo funu.

Huśtawka

Góra-dół, góra-dół. Szybko albo wolno, koniecznie wysoko (a zaraz potem nisko, przy samej ziemi, najlepiej tak, żeby szorować brzuchem).
Nawet nie musi być często, długa przerwa wcale nie przeszkadza, nie psuje radości ponownego huśtania. Jak się okazuje.

„Przecież jestem kamiennie spokojna
od 26 lat
siedzę z długopisem w ręku
powolutku sublimuję ból

parkowe huśtawki nastrojów
zostawię innym
westchnienie zadartej spódnicy oddam za ciszę”

Cztery lata.

Wciąż jestem tą samą dziewczynką na huśtawce.

Głupią jak zrzucony but.

Zróbmy sobie ciepło w zbiorkomie!

No dobra, ciepło to przesada, ale trochę, troszeczkę cieplej możemy sobie zrobić. My, pasażerowie.

Warszawa, późny wieczór, siarczysty mróz. Na przystanek podjeżdża stary, prawie pusty, niedogrzany tramwaj. Otwierają się trzy pary drzwi, każdymi wysiada jedna osoba. Tramwaj stoi jeszcze dłuższą chwilę, zanim drzwi się automatycznie zamkną, a mróz z dworu radośnie wdziera się do środka. Każdy z wysiadających użył tak zwanego „ciepłego guzika”, otwierając drzwi tylko dla siebie. Gdyby te trzy osoby wysiadły jednymi drzwiami, tramwaj – TA DAM – nie wyziębiałby się tak szybko.

Spróbujcie tak zrobić – nie otwierać sobie osobnych drzwi, tylko wysiąść tymi, które już otworzył inny pasażer. Albo przed którymi na przystanku czekają inni, żeby wsiąść. Im więcej osób zechce stosować tę prostą regułę, tym więcej cennej energii zaoszczędzimy, przynosząc ulgę przemęczonym, starym grzejnikom w tramwajach i autobusach ;)

Bo na to, że miłościwie nas wożący wymienią na już cały tabor i jeszcze zaczną w nim porządnie grzać, raczej bym nie liczyła.