Jednak zen

Jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Wysiliłabym się na coś więcej, niż cytat ze Świetlickiego, ale mi się nie chce oraz wątpię w swoje zdolności w tym względzie. Znaczy w porównaniu, bo tak w ogóle, to nie.

Potrzebuję przestrzeni.

Spokoju.

Odpoczynku.

Ludzie mnie wkurwiają. Ale tak na maksa. Prawie wszyscy, prędzej lub później – później wynosi jakieś dwie godziny. Wcześniej wynosi jakieś dwa słowa. Może to nadmiar spotkań towarzyskich ostatnio, a może bałagan w głowie, który wymaga czasu i spokoju do ogarnięcia, ułożenia, uspokojenia.

Dochodzę do wniosku (nie pierwszy raz), że walka z samą sobą jest bez sensu. Nie chodzi o to, że zawsze się przegrywa, tylko o miotanie się, którego chyba jednak nie lubię tak bardzo, jak mi się czasem wydaje. Szarpanina męczy, nuży i denerwuje. Za to chwila, kiedy poddajesz się i po prostu płyniesz… niesamowita. Uwielbiam to uczucie. Zamiast zdenerwowania – uśmiech. Zamiast stresu – pogodne „let it be”.

Toteż izoluję się w miarę możliwości; dziś za parą słuchawek i „Notre Dame de Paris”, przy których złapałam taki chillout, że wysprzątałam mieszkanie i poczułam się po tym wypoczęta, zamiast zmęczona. W głowie pływają mi różne rzeczy, niech sobie tam będą, niech się przetaczają i siłują, aż się wreszcie same ułożą. Nie walczę z emocjami, są OK, są częścią mnie, nikomu nie wadzą.

Takie małe, tymczasowe zen.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

2 odpowiedzi do"Jednak zen"