Miesięczne archiwum: Marzec 2012

Leczenia kotów c.d.

Duch niechętnie poddaje się zabiegom leczniczym, a konkretnie aplikacji kropli do oka dwa razy dziennie. Jakoś to jednak idzie i jak dotąd nikt nie stracił żadnej części ciała. Kupiliśmy mu nagródki, które oba koty dostają po każdym wpuszczaniu duchowych kropelek. Z nagródkami jest śmiesznie, bo chciałam mu znaleźć jakieś miękkie – miejsce po zębie początkowo go bolało i musiał jeść drugą stroną. Z miękkich smakołyków kocich są kabanosy, którymi Duch gardzi od zawsze, i nic więcej. Niby sprzedano mi jakieś kawałki tuńczyka czy inne nerki kurze z lekka obsuszone i niby one miały być miękkie, ale okazały się czymś w rodzaju mięsnych herbatników: twardych i niemożliwie się kruszących. Duch zjada je ewidentnie z grzeczności i wrodzonej kultury.

Kupiliśmy też potworom szczotkę drucianą i czeszemy. Z tej okazji stwierdziłam, że wyrażenie „czesać kota” nie posiada formy dokonanej. Nie istnieje coś takiego, jak „wyczesałem kota”, ponieważ jest to czynność nieskończona. Czesze się go i czesze, i czesze, a te kudły wciąż wyłażą.

Dla tych, co przegapili na blipie i fejsie, dodam jeszcze, że Duch wybił sobie ząb przy próbie podania tabletki. Ja z tej okazji straciłam trochę krwi, a tabletka przydatność do spożycia. Plameczka też nie była łaskawa połknąć lekarstwa na robaki. Następnego dnia dostały stosowny lek w paście, tez trochę na siłę, na szczęście trudniej ją wypluć. Za to wyrzygały elegancko, Plamka dwie godziny po podaniu, Duch pięć. Ciotka powiedziała, że spoko, nie trzeba powtarzać. UFF.

Ducha musimy umówić do stomatologa, mam namiary na jedną panią. Bo trzyletniemu kotu raczej zęby nie wypadają same z siebie.

Wyrzuty sumienia

W lutym była u nas Anks i zrobiła kolejne zdjęcie kota Ducha. To właśnie ta fotografia poniżej.
W komentarzu do zdjęcia ktoś napisał: „Czy ten kot ma zaćmę na oku, czy mi się wydaje?”

„Jasne, że ci się wydaje, światło tak pada, mój kot nie ma żadnej zaćmy!” – pomyślałam sobie i prawie zapomniałam o temacie.

Ale zaczęłam się Duchowi przyglądać. I przyglądać. I im bardziej się pod różnymi kątami przyglądałam, tym bardziej wydawało mi się, że może faktycznie coś z tym okiem ma. W końcu zadzwoniłam do Rudej Ciotki i umówiłam się na wizytę, ale bez pośpiechu, z założeniem, że jeśli kot ma zaćmę (w wieku trzech lat? dziwne, ale nie takie rzeczy się zdarzają), to tydzień raczej nic nie zmieni, zresztą cały czas nie byłam pewna, czy rzeczywiście coś z tym okiem jest nie tak.

No i Ciotka dziś przyszła, obejrzała i powiedziała, że kot miał uraz oka. Coś mu się wbiło, ukłuło, podrapało i teraz rogówka się goi. Może się wygoi całkiem, ale może tak zostanie.

Jak mogliśmy przeoczyć uraz oka u kota, który jest codziennie głaskany, przytulany, który śpi z nami, u którego widzimy każdą zmianę w zachowaniu? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że Duch zwykle przebywa u Caina na ramieniu, więc chłopaki, jeśli patrzą sobie w oczy, to z raczej dziwnej perspektywy. Do mnie rzadko przychodzi, a głaskany lubi być tyłem. Ale przecież to go musiało boleć, może próbował sięgać łapką, a my nic nie zauważyliśmy. Dopiero obcy człowiek na zdjęciu zobaczył.

Mam teraz straszne wyrzuty sumienia, choć oko najwyraźniej się goi. Dostaliśmy receptę na krople, mam nadzieję, że pozwoli je sobie aplikować i że rogówka zagoi się do końca. Nie wiemy, co się dokładnie wydarzyło: może podrapała go Plamka, może obgryzał granatowiec, a ten mu się odgryzł – nie mam pojęcia.

Ale mam wyrzuty.

Anksfoto

Zakład

Zaczęłam dziś opowiadanie, które w śmiałym zamyśle ma być częścią książki i przynieść mi sławę oraz fortunę. Ponieważ mam ogromny problem z długimi formami, przy czym „długa” oznacza dla mnie więcej, niż cztery akapity, w bólach stworzyłam jedną stronę. Czyta się miło, ale to oczywiście dopiero sam początek, a ja już jestem trochę zmęczona wątkiem.

Tak to ze mną jest, że efekty swoich prac i pomysłów chciałabym widzieć od razu, już, natychmiast. Gdybym mogła napisać książkę tak szybko, jak ją wymyśliłam, przenieść na papier obrazy, które mam w głowie w takim tempie, w jakim one powstają – nawet nie obrazy, nawet i słowa. Pisze się tak powoli, a myśli tak szybko. Ta dysproporcja ogromnie mnie zniechęca, bo ja składam zdania natychmiast, rzadko muszę nad nimi myśleć, więc proces pisania jest dla mnie tak wolny i nużący, jakby ktoś kazał Wam cały dzień chodzić stópkami albo obierać ziemniaki w nieprzerwanym, zwolnionym tempie (jeden na godzinę), albo mówić po jednej głosce. Trudno mi, pisząc, utrzymać w głowie następne zdania i akapity, które już był wymyślone, gotowe i które rozwiewają się w dym w czasie, gdy ja zapisuję poprzednie.

Może to tylko problem z koncentracją, niestety towarzyszy mi on od zawsze. Z tego samego powodu nie potrafię się uczyć z książek oraz nie uprawiam sportu. To jest nuuudne, trzeba robić tę samą rzecz długo, nie da się jednocześnie robić czegoś innego i jeszcze (w przypadku uczenia się) trzeba przy tym być skoncentrowanym. I jeszcze filmów na jutubie nie oglądam, też z tego powodu. Raz na jakiś czas ktoś mi przysyła filmik („widziałaś to?”), a mi palec usycha od razu, jak mam kliknąć w „play”, bo wiem, że będę musiała porzucić wszystko, co robię – czyli pisanie i czytanie na raz fejsa, blipa, bloga, granie, rozmawianie, słuchanie muzyki i gotowanie – żeby przez kilka minut patrzeć w jedno miejsce, bez przełączania, bo stracę połowę akcji przecież. I jeszcze swoją muzę będę musiała wyłączyć, fuj.

Więc zaczęłam opowiadanie i od razu okazało się, że dukam je po akapicie, przerywając czym popadnie, i że przez pół dnia napisałam stronę.  Ale założyłam się z Bagherrą, która ma podobny problem (tylko już 6 stron) o to, która pierwsza dobije do setki. Przegrana robi wygranej masaż całego ciała, więc nie ma lekko. Żeby uniknąć wspólnej, spektakularnej przegranej, ustaliłyśmy dwumiesięczny termin i zakaz informowania się o postępach. Że niby cały czas będę myśleć: „A może ona ma już 90 stron i zaraz będę popylać na to jej zadupie z olejkiem do masażu?! Niedoczekanie!”

No, tak więc trzymajcie kciuki, a jak będziecie dobrze trzymać, to dostaniecie próbkę. Tekstu, nie masażu ;)

anksfoto

Akcja-reakcja

Jeśli dojrzałość oznacza umiejętność ponoszenia konsekwencji swoich decyzji, to chyba niepostrzeżenie stałam się dorosła. I to dość dawno temu.

Nie tylko przyjmuję konsekwencje swoich czynów bez awantury, ale wręcz lubię je ponosić. Uspokaja mnie świadomość, że nic nie dzieje się bez przyczyny i nic nie dzieje się bez skutku. Kac następnego dnia po pijaństwie jest dla mnie dowodem, że świat nadal działa i wszystko się kręci tak, jak powinno. Dość wcześnie nauczyłam się, że jak nie zrobię sobie kanapki, to nie zjem, jak nie odłożę czegoś na miejsce, to potem nie znajdę, a jak kogoś urażę, to potem i mi będzie przykro. Akcja-reakcja, działanie-skutek. Proste, dobre, kojące.

Oczywiście niektóre konsekwencje nie są tak proste i niektóre trudniej jest przewidzieć. Nie szkodzi. Narozrabiałam – obrywam, okej, nie ma problemu. Byłam miła i fajna – dostaję od życia miły upominek, to też na szczęście zwykle działa. (Co prawda Alq mówi, że każdy dobry uczynek zostanie sprawiedliwie ukarany, no ale wiadomo, czynnik ludzki zawsze wprowadza zawirowania. Nie zmienia to ogólnej zasady.)

Tak więc dziewczęta i chłopcy, którzy w obliczu konsekwencji szeroko otwierają niewinne oczęta i miauczą: „Ale ja nie chciałaam!” lub obrażają się na świat, śmieszą mnie trochę, a trochę przerażają. Hej, ludzie, naprawdę fajnie jest zrozumieć, że wszystko ma skutek i że tak właśnie powinno być.

W sumie, gdyby nagle któregoś dnia kac się nie pojawił, zaczęłabym się płochliwie rozglądać: gdzie ta kara, z której strony mnie pierdolnie i z jak dużymi odsetkami.

Na Pragie, kochana, na Pragie

Na warszawskiej Pradze mieszkam od niespełna roku i trochę przez przypadek. Pamiętam, że kiedyś dziwiłam się Duszakowi, iż kupuje tu mieszkanie, bo czemu Praga, taka niemiła okolica, problemowa, niebezpieczna. Mówił, że kocha Pragę i już nigdzie indziej mieszkać nie zamierza. No i proszę – przeprowadziłam się tutaj i mnie też trafiło. Jestem z Pragi i koniec.

„Ja nie wiem, dziecko, co ty tak tę Pragę uwielbiasz” – mówi mama. Ja też nie wiem, ale im dłużej tu mieszkam, tym więcej widzę rzeczy niesamowitych i rozbrajających :) O niektórych piszę na blipie pod tagiem #pragawita – jak na przykład o bardzo pijanym panu, który w tramwaju pytał, czy dojedzie pod Wileński i jedna pani mu odparła, że nie, musi się przesiąść. Facet posłusznie przesiadł się na koniec wagonu.

Albo o sprzedawcy w sklepie monopolowym, do którego wstąpiliśmy po mleko i który uraczył nas miejscową mądrością: „Dzielnica Grochowa najlepiej wychowa”. Wychodząc co rano z domu i mijając ostrożnie nowe szklane konfetti na chodniku trochę wątpię w tę praską prawdę, ale to nie jedyne smaczki dzielnicy. Ot, idę sobie wieczorem z pracy do domu, na Gocławku idę chodniczkiem, a z przeciwka dwóch młodzieńców. Kurwią niemiłosiernie, o robocie sobie opowiadają. Mijamy się, oni szurają nogami, „Dobry wieczór!” mówią, i idą dalej. Albo facet w tramwaju kicha, a obca pani mu życzy „Na zdrowie”.

Albo, też w tramwaju, siedzą dwie damy w średnim wieku i rozmawiają. O ile mogę się zorientować, tematem są stare praskie kamienice i ich stan – po adresach, nazwiskach właścicieli i lokatorów, z sentymentem i żalem. „O ile mogę się zorientować” – bo choć panie mówią po polsku i bez wulgaryzmów i choć jestem rodowitą warszawianką, rozumiem tylko połowę słów, reszta to dla mnie czarna praska magia.

Najpiękniejszy weekend

Spędziłam piątek i sobotę z cudownymi, cudownymi ludźmi. Z ludźmi, których lubię, których uwielbiam i których kocham. W sobotę nad ranem rozsadzało mnie z emocji, w porze śniadania czułość wylewała mi się uszami, wieczorem śmiałam się z zachwytu, a o północy płakałam ze szczęścia.

Mam najcudowniejszego Budowniczego Okrętów na świecie.

Mam ciepły wiatr z południa.

Mam wiele więcej jeszcze, mam całe pudełka niespodziewanych cudów.

Chciałabym Wam – Wy już wiecie, komu – dać choć połowę tego, co otrzymuję.

Ludzie są niesamowici

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zdumiewać. Co i rusz obiecuję sobie, że już nic mnie nie zdziwi i wciąż zdarza się coś, o czym niby wiedziałam, że podobno czasem niektórzy tak potrafią, ale żeby w moim otoczeniu? Niee, niemożliwe. A jednak.

Przekrój jest ogromny, od małych świństewek po wielkie, ohydne świństwa i od małych przysług po wielkie, niezwykłe niespodzianki. Każda z tych rzeczy wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Większość świństw nie przydarza się mi osobiście – ja żyję w raju i jeśli cierpię, to na nadmiar miłości ;) Wielkie zemsty zawistnych ludzi jakoś mnie omijają (odpukać) albo szczęśliwie wypieram je ze świadomości. Kiepsko natomiast idzie mi wypieranie, jeśli idzie o moich bliskich – jeśli ktoś kopie dołki pod ludźmi, których kocham, to wściekam się tak, że ręce mi się trzęsą, zęby same się zaciskają i dziękuję Bogu & Akademii, że nie mam pozwolenia na broń. Wczoraj z tej wściekłości wyszorowałam wielkie, poczwórne okno w mieszkaniu. Miałam pisać, ale nie byłam w stanie. Teraz świat za oknem wydaje się być bliżej; nie jestem pewna, czy o to mi chodziło.

Wiedza, że siedziało się przy jednym stole i piło piwo z ludźmi zdolnymi do rzeczy podłych sprawia, iż odczuwa się niesmak nie tylko do tych ludzi, ale trochę też do siebie. Choć przecież nie mogło się wiedzieć, że akurat oni mają szczególne talenty. Jednych się jakoś od pierwszego wejrzenia nie polubiło, innych darzyło się sympatią, a teraz jakoś niezręcznie i mdło. Cóż, mówi się „spadaj” i żyje się dalej.

Dla równowagi są też przyjemne zaskoczenia, nieoczekiwane upominki od prawie obcych ludzi, nowe, miłe znajomości lub stare, pozornie dawno zakopane, ale znienacka rozkwitające.

Widać tak to już jest: wiosną roztapiają się psie kupy, ale za to słońce świeci jaśniej.