Miesięczne archiwum: Kwiecień 2012

Zapomniałam

Ogólnie to jest tak, że mam, pardon, wyjebane. Wszystko mi jedno, póki nikt za bardzo ode mnie nie wymaga. Mogę leżeć na kanapie, mogę iść na spacer (ale powoli) mogą być jacyś ludzie, mogą nie być, mogę spać, mogę coś klikać. Interesuje mnie tylko spokój i odpoczynek, w związku z czym mój mózg uparcie ignoruje wszystko inne. Wypiera. Zapomina.

Jeśli miałam coś zrobić, do kogoś oddzwonić, umówić się, odmówić, załatwić, to sorry. Zapomniałam.

Poza tym powoli rozważam większą asertywność w kontaktach towarzyskich. Kiedyś na przykład postanowiłam niedziele spędzać w domu. Wychodzi różnie, ale głównie efekt jest taki, że umawiam się u siebie, a nie na mieście. Teraz zastanawiam się, czy nie byłoby zdrowiej tych niedziel w ogóle zostawić tylko dla siebie. Na odpoczynek (na przykład na wysprzątanie, wyszorowanie, wypastowanie, umycie i potem jeszcze manikiur, bo kto widział takie mieć ręce, jakbym w domu pracowała, prawda), więc na odpoczynek i nie wiem, pogapienie się w sufit, bez spiny, że jestem nieuczesana, w poplamionej sukience albo mi widać majtki. Albo bez planowania, o której obiad i czy nie wcześniej, bo ktoś przychodzi i przecież trzeba nakarmić, nie będziemy tak sami żreć gościowi na oczach. Albo że trzeba jeszcze zrobić zakupy, a ten ktoś spóźnia się dwie godziny i kiedy niby.

Druga rzecz to przekładanie spotkań, muszę nauczyć się odmawiać takiemu przekładaniu. Niby spoko, każdemu może coś wypaść, tylko ja mam zwykle tak: X. o 12, Y. o 15, 16-17 zakupy, Z. o 18, obiad nie wiadomo kiedy, odpoczynku wcale. I potem X się przekłada na 13.30 i jestem z całym planem w dupie. A potem sobie przypominam o czymś, o czym zapomniałam i jestem w dupie jeszcze bardziej. Wtedy się oczywiście strasznie wpieniam i już w ogóle wszystko jest beznadziejne. Dorzućcie moją upartą chęć, żeby być miłą dla każdego, z każdym się spotkać i żeby wszystkim było przyjemnie i macie kompletną wizję świruski z zapełnionym kalendarzem, którą każda zmiana o kwadrans przyprawia o palpitacje, że nie zdąży.

No, ale teraz mam wyjebane i chyba zacznę mówić NIE. Bo nie. Bo chcę poleżeć, popisać, poczytać, pospać. Bo chcę wyjechać, odpocząć.

Zresztą zapomniałam.

Jesteśmy piękni, młodzi i wartościowi (nawet, jeśli samotni)

Przeraża mnie to, że ludzie widzą siebie i innych głównie przez pryzmat związków lub ich braku. Ostatnio znajoma na imprezie opowiadała swojemu towarzyszowi o obecnych tam ludziach. Opowiadanie sprowadzało się zasadniczo do informacji, kto z kim jest zaręczony, zaślubiony lub na kogo leci. Pomyślałam, że to straszne. Jestem sobą, Lucą – blogerką, copywriterką, poetką, imprezową dziewczyną, jestem wieloma rzeczami i pasjami, a nie „żoną Caina”, on zaś jest szalenie interesującym człowiekiem poza tym, że moim mężem. Tymczasem skrócona, imprezowa informacja sprowadza się do tego, że jesteśmy razem. Booriing. *

Gorzej, że ludzie w ten sposób patrzą też na samych siebie. Jeśli ktoś jest singlem, najczęściej dobija go towarzystwo par, wkurza rozmawianie o ślubach znajomych, a nawet przygnębia spotykanie atrakcyjnych przedstawicieli płci preferowanej (bo przecież i tak nic z tego nie wyjdzie). Wielu znanych mi singli – singli nie z wyboru, a z braku szczęścia, bo ci z wyboru to inna historia – wydaje się żyć w przekonaniu, że skoro nikogo nie mają, to są beznadziejni, zapóźnieni w rozwoju życiowym, nieustatkowani i w ogóle skończą nadjedzeni przez owczarka alzackiego lub stado kotów. Inne sprawy, jak stabilizacja zawodowa, ciekawe zainteresowania, osiągnięcia na różnych polach, uroda, inteligencja, styl, wykształcenie i masa innych rzeczy wydają się kompletnie tracić znaczenie wobec faktu, że nie dzielą łoża, stołu i kredytu z drugim człowiekiem. Tak, jakby dopiero czyjaś stała obecność czyniła nas wartościowymi ludźmi, godnymi miłości.

Problem w tym, że jeśli poczucie swojego szczęścia i własnej wartości opieramy na obecności drugiego człowieka i jego do nas stosunku, to już na wstępie jesteśmy w czarnej dupie. Raz dlatego, że ludzie są zmienni i relacje są zmienne, toteż każdy gorszy moment w takiej relacji będzie nas od razu wbijał w poczucie beznadziei. A gorszy moment może pojawić się choćby tylko dlatego, że partner jest chory albo przemęczony. Nie ma to jak łapać doła za każdym razem, kiedy narzeczona ma grypę, PMS albo problemy w pracy, prawda?

Dwa – i tu rzucę nie dość, że banałem, to jeszcze górnolotnym, sorry – dwa, że jeśli nie kochasz sam siebie, to utrudniasz innym pokochanie cię. Jeśli nie umiesz uszczęśliwić siebie, tym bardziej nie uszczęśliwisz dwojga. Jeśli nie żywisz głębokiego szacunku i głębokiego uczucia sam do siebie, to podświadomie dasz w związku sygnały, że nie jesteś go wart. Nieco upraszczam, ale zasadniczo mam rację ;)

Zdaję sobie sprawę, że jak napiszę tutaj: „ludzie, nie róbcie tak”, to nie sprawię magicznie, że osoby, które tak czują, przestaną tak czuć. Ale powiem tak: nie znajdziecie w drugim człowieku tego, czego tak szukacie. Macie to w sobie, w środku, i kiedy już się do tego dokopiecie, druga osoba na pewno pomoże Wam to powiększyć, pomnożyć i rozdmuchać w wielki ogień. Ale nigdy nie polegajcie tylko na niej – polegajcie na sobie, bo nikt Was tak nie potrafi uszczęśliwić, jak Wy sami.


*Uwaga, tłumaczę się: absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zgłaszać pretensje do znajomej, którą w ogóle uwielbiam, ale ładnie mi pasowało do tematu. Koniec tłumaczenia się.

Jak sfrustrować czterolatkę

Kiedy miałam niespełna pięć lat, wylądowałam w szpitalu z zapaleniem wyrostka. Był to jeden z kilku razy, kiedy zeskoczyłam grabarzowi z łopaty – wszystkie w dzieciństwie lub wczesnej młodości, cudem się wywinęłam, bo operacja w ostatniej chwili. Po operacji poleżałam sobie trochę w tym szpitalu. Traumy żadnej mi to nie zostawiło, choć były to czasy wielkich sal na wiele osób i żadne tam cuda, że mama może być dzieckiem cały czas. Odwiedzali mnie za to często i przynosili stosy książek i kredek, ponieważ, oczywiście, moim problemem nr 1 była nuda (drugim była dieta, szczególnie, kiedy odmówiono mi buraczków na obiad; strzeliłam pięknego focha, bo lubię buraczki). Aha, no i nauczyli mnie bać się igły, do dziś się boję, choć przedtem moja mama, która uczyła się w studium pielęgniarskim, trenowała na mnie pobrania krwi – ku mojemu szczeremu zachwytowi.

Wracając do nudy i książek – czytałam już wtedy całkiem płynnie i w zasadzie mogłam godzinami leżeć w łóżku i oddawać się lekturze (też mi zostało). Niestety rodzina zrobiła mi głupi psikus: przynieśli kolorowankę z angielskimi podpisami.

Jezu, ile ja się nawkurzałam nad tym angielskim. No bo tak: książka jest, czytać umiem, litery znajome – i ni w ząb nie rozumiem. Mój mózg dokonywał wysiłków, codziennie na nowo zaglądałam do tej cholernej kolorowanki, z nadzieją, że coś mi się pomyliło i dziś przeczytam bez problemu. Koncepcja języków obcych nie była mi znana. Wreszcie jakaś starsza dziewczynka powiedziała, że to po angielsku i mi przetłumaczyła (choć sens był raczej oczywisty, ot, podpisy pod obrazkami), ale w żaden sposób nie ukoiło to moich zszarganych czteroletnich nerwów. Fakt, że nie mogę czegoś przeczytać, był po prostu nie do przyjęcia.

Byłaby piękna pointa, gdybym mogła napisać, że zaraz potem rzuciłam się do nauki języków, ale jakoś w 86 nie oferowano przedszkolakom lekcji angielskiego, a potem mi przeszło. Talentu do języków nie mam i staram się nie czytać na głos w językach obcych, choć liznęłam dobrych kilku. Na widok duńskiego albo węgierskiego doznaję podobnego uczucia, co wtedy, ale teraz doskonale wiem, dlaczego tak się dzieje i że jeśli chcę, mogę się nauczyć. Jednak tamto okropne wrażenie pamiętam do dziś :)

Poemiks

Poemiks to taki rodzaj komiksu, składający się zazwyczaj z jednego obrazka i tekstu poetyckiego. Jak wspominałam, planujemy z Asją całą serię.

Z przyjemnością zatem prezentuję pierwszy z nich:



Tekst mój, rysunek Asji na podstawie zdjęcia Anks.

Aby śledzić rozwój projektu, najlepiej polubić linkowany wyżej profil Asji. A tu, jeśli chcecie, napiszcie mi, co o tym sądzicie.

Wesołych świąt!

Przedwiośnie

Senność 100.

Tylko bym spała albo czytała. Zimno mi i duszno na raz. I zmiany ciśnienia dają mi po głowie, słabo mi się robi co i rusz.
Jako rasowa drama queen odczuwam wielką pokusę, żeby oznajmić, żem słaba i wziąć sobie z tydzień wolnego. Ale trzeba się wziąć w garść i zarabiać kasę, zwłaszcza, że w weekend narobiliśmy zakupów. To znaczy przede wszystkim zamówiłam Cainowi tablet, taki do rysowania. Nie żeby rysował, ale od myszki komputerowej robi mu się rasowy nadgarstek programisty, już ma jedną rączkę bardziej. Od tabletu mu się poprawia, więc kupiliśmy Bamboo i czekamy na dostawę. Jakoś mimochodem i przy okazji kupiłam mu też kolczyk w kształcie macki, no po prostu sam mi wpadł do wirtualnego koszyka, przysięgam.

Dla siebie zaś wylicytowałam wiosenny płaszczyk, czerwony w czarne grochy. Mam do kompletu taką samą parasolkę i tylko kalosze biało-czarne w komiks, ale może jakoś to będzie. A jak nie, to kupię jeszcze czerwone buty, no bo co robić ;)

Z przyjemności niematerialnych – piszę trochę wierszy, ostatnio w szablonie sms-a, jedną ręką, w pięć minut dzielących park od domu. Wysłałam Asji, a ona mówi, że kocha i że zrobimy poemiks. Będzie pięknie.

Nie lubię

Nie lubię pierwszego kwietnia. To znaczy lubię to, że jest to pierwszy dzień miesiąca, który z całą pewnością jest miesiącem wiosennym, zaraz zrobi się ciepło, zakwitną drzewa i w ogóle. Ale nie lubię Prima Aprilisu.

Człowiek cały dzień, już od północy, chodzi czujny. Z głową w ramionach. Z każdej strony spodziewa się ciosu. Znajomi, rodzina, radio, telewizja, internet – kłamią jak z nut, to znaczy bardziej, niż zwykle, prawda. Niczym się nie można na serio podekscytować, ucieszyć, zmartwić,  bo każda informacja może się jutro okazać wkrętem.  W szkole nienawidziłam durnych dowcipów innych dzieci, a dziś, jako dorosła, chodzę po internecie ma paluszkach. Fuj.

Nie wiem, może po prostu nie lubię żartów, nie mam poczucia humoru i w ogóle jestem drętwa.

Tak, to na pewno to.