Miesięczne archiwum: Maj 2012

Krótki loncik

Jakoś mnie ostatnio wszystko wkurza, a najbardziej ludzie. Szybko się wpieniam i długo uspokajam. Zwalam na hormony, ale chyba napiszę niedługo sążnistą notkę o szanowaniu cudzego czasu (aż dziwne, że jeszcze nie było, a może była, ale zapomniałam?) To z pewnością przez to, że czuję się lepiej, niż ostatnio, dzięki czemu mam siłę się wkurzać. Muszę znaleźć jakiś sposób na powrót do pięknego stanu mania wyjebane.

Miałam jechać w góry w ten weekend, ale jadę w przyszły. To się nigdy nie udaje w pierwszym terminie ;) Poza tym od wtorku zaczynam pracę; mam miesiąc na udowodnienie, że jestem boska. Na szczęście jestem, więc z pewnością wszystko będzie dobrze!

Allegro, chleb i igrzyska (tylko bez igrzysk)

Trzech ogrodników przyszło i poszło, znów są upały, a ja kocham  upały. Sukienka, butelka wody do torebki i już. Torebkę kupiłam sobie nową, specjalnie mniejszą, niż zawsze, żeby sama siebie zmusić do niedźwigania. Zwyczajnie nie da się tam zapakować komputera, dwóch książek i Bóg wie, czego jeszcze, więc nie pakuję. Mimo to trzeciego dnia podszewka rozdarła się od brzegu do brzegu i teraz zupełnie nową torebunię mam podartą, spiętą agrafką. Foszek trochę. Oczywiście nie chce mi się reklamować, bo przecież MUSIAŁABYM IŚĆ NA POCZTĘ. Nienawidzę chodzić na pocztę.

(Tu bohaterka przypomniała sobie o niewystawionej fakturze, z którą też trzeba pójść na pocztę lub pojechać do centrum.)

Zamówiłam też kilka nowych bluzek i wszystkie są za duże. Ale nie ma mniejszych. Oraz cholerne Diablo 3 dla Caina. To prawda, nienawidzę gier. To prawda, szlag mnie trafia i nóż w kieszeni się otwiera, kiedy on siedzi, zabija te potwory, przeklina i nie kładzie się spać. Ale kocham go, kurde, więc kupiłam. I co? Ano, oczywiście, gra nie przyszła. Zabrakło.

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Poza tym testuję maszynę do pieczenia chleba. Przez tydzień się strasznie jarałam, a teraz się trochę zmęczyłam, pewnie dlatego, że ostatnie próby były zupełnie nieudane. Ale fajnie mieć domowy chleb, poza tym napiszę dobry tekst i dostanę kieszonkowe, więc nie ma co narzekać. Liczę, że może współpraca się rozwinie i testów będzie więcej :)

Wysyłam też portfolio to tu, to tam, piszę zadania rekrutacyjne, spotykam się i jakoś nic. Nie wiem, czym to się skończy, ale nie poddaję się (od listopada). Sprawa rozbija się o budżety firm (choć, doprawdy, znam proporcją), o brak decyzji, o nie takie doświadczenie – różnie. Trzymajcie kciuki i podrzucajcie nadal, jak coś macie, bo choć najchętniej zamknęłabym się w leśnym domku z werandą i hamakiem i tam pisała książki (albo nie), to jednak żyć trzeba.

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Carpe diem

„Ty masz takie ciekawe życie. Też tak chcę. Tyle historii, ludzi, znajomości, facetów, przeżyć. Ja mam nudne, nic ciekawego. A tobie się wszystko udaje.” Nie wiem, czy mam ciekawe życie, ale lubię je.

Nigdy nie byłam ostrożna, nigdy nie słuchałam „nie”. Zakazy budzą we mnie bunt, nakazy – chęć zrobienia odwrotnie. Normy poddaję próbom, zasady wolę tworzyć, niż ich przestrzegać. Nie cofam się. Walczę do upadłego (najbardziej o miłość, do ostatniej krwi, zębami i pazurami).

Nigdy nie hamował mnie lęk. Boję się często, ale nie pamiętam, żeby mnie to kiedyś powstrzymało. Podobnie jak zdrowy rozsądek; owszem, posiadam, używam, ale nie dla zasady, tylko dla własnego bezpieczeństwa. Kalkuluję ryzyko i biorę je na klatę. Zaboli? Okej. Coś za coś. Było warto. To jak kac po imprezie: on musi być, jest wliczony w cenę, przecież wiedziałam, żeby tyle nie pić. Żałuję tej śliwowicy na weselu? Za grosz.

Nigdy nie żałuję. Gdybym miała powtórzyć swoje życie jeszcze raz, prawdopodobnie popełniłabym dokładnie te same błędy, co do jednego. One mnie ukształtowały, nauczyły wielu rzeczy i – co tu kryć – zazwyczaj sprawiały mi niesamowitą frajdę. One są najlepszymi historiami, które opowiadam, są moim doświadczeniem i moim szaleństwem młodości, hołubię je jak pierwsze pocałunki (nie, pierwsze pocałunki nie były ani w połowie tak ekscytujące).

Jestem jak Polak z dowcipu: „Ja nie skoczę?” Ja nie wejdę do górskiego potoku jesienią, ja nie wyznam miłości, ja nie polecę szybowcem? Ja nie pójdę na imprezę, bo przeziębienie? No halo, tam może mnie ominąć najlepsza zabawa życia – nigdy nie wiadomo!

Więc – jeśli zazdrościsz – rusz się. Przestań się bać. Wyjdź z domu. Zrób to, i to też, i tamto. Szybko, szybko! Bo minie, odleci, wyjedzie. Nie czekaj, działaj.

Jako nastolatka przeczytałam taki cytat. Nie znam autora:
„Za dwadzieścia lat będziesz żałował wielu rzeczy, których nie zrobiłeś, bardziej, niż tych, które zrobiłeś. Rzuć cumy. Wypłyń z bezpiecznego portu, chwytaj wiatr w rozwinięte żagle. Poszukuj. Śnij. Odkrywaj.”

Piszę tę notkę tylko po to, żeby miec pretekst do pozostania przy stole

Strasznie nie chce mi się wstać, a chyba obiecałam coś pozmywać. Wczoraj większość dnia byli goście, a mianowicie „moi” muzycy i niezawodna Helly. Robiliśmy zdjęcia do płyty. Jakoś tak nazbierało się kubków i talerzy, a następnie szlag trafił piecyk gazowy. To znaczy on od dawna stroił fochy, na przykład nie zapalał się, dopóki mu się nie pomachało. Albo nie podmuchało do środka. Ostatnio zaczęło się też z niego coś sypać przy każdym zapaleniu, coś stukało, a wreszcie okazało się, że woda jest jakby coraz chłodniejsza. Na wypadek, jakby tego było mało, wczoraj niewiele przed północą ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyliśmy bardzo niechętnie i okazało się, że sąsiadce z góry włączył się czujnik w łazience. Mówiła, że dymu, ale pewnie czadu jednak.

No, więc dziś rano zadzwoniłam do pewnego miłego pana od Junkersów, a następnie do właścicielki mieszkania. Wszystko udało się pięknie zgrać i pan przyszedł po południu. Rozkręcił piecyk, posprzątał w nim, chyba jakieś uszczelki wymienił, mało bałaganu narobił, mało pieniędzy wziął i nie chciał kawy. I teraz wszystko działa jak złoto, aż nam nieswojo, bo nie przywykliśmy do takiego luksusu, że piec się zapala od razu po odkręceniu kranu i na każde „buch!” nerwowo podskakujemy. Ale pewnie już od jutra nam się w dupach od dobrobytu przewróci i wszystko wróci do normy.

A teraz idę umyć chociaż patelnię. Jutro mam trochę czasu, to może Wam opowiem o wyjeździe nad morze ;)

Nie mam głowy (ponownie)

Zaczęło się od tego, że przedwczoraj znowu złamało nam się łóżko. Wytrzymało jakieś trzy lata i właśnie przestało wytrzymywać. Zepsuciu uległ jeden dłuższy bok i trzeba było je rozkręcić, żeby położyć materac na podłodze. Materac bardzo ciężki, ze stelażem, Cain podniósł przy mojej niewielkiej pomocy i postawił pod ścianą. „Spadnie”, pomyślałam i wzięłam się za równie niemrawe pomaganie w rozkręcaniu ramy.

Jakoś pod koniec rozkręcania, kiedy Cain upychał deski pod szafą, a ja na klęczkach walczyłam z oporną śrubą, materac spadł. Płynnie zahaczył o lampę, na chwilę gasząc światło, po czym całym ciężarem walnął mnie w tył głowy.

Gwiazdy były piękne, powiadam Wam. A mój wrzask prawdopodobnie do nich dotarł.

No i teraz leżę. Nie jest tak źle, jak poprzednio (podlinkowałabym, ale piszę z komórki, więc sorry), ale wesoło też nie. Wczoraj było Beltane i dobra dusza zawiozła mnie na ognisko samochodem. Poleżałam przy tym ognisku ze dwie godziny i poczułam, że muszę natentychmiast znaleźć się w domu, we własnym łóżku, gdzie przespałam 11 godzin, choć przedtem drzemałam pół dnia. Dziś mieliśmy jechać na działkę, ale cóż. Leżę. W sobotę miałam być +1 na weselu, niestety nic z tego. Po drodze wściekł mi się wypad nad morze, liczę na cudowne ozdrowienie, ale czarno to widzę.

Tak oto spędzam wolny tydzień w mieście, między łóżkiem a kanapą, strasznie zła, znudzona i obolała. Dużo śpię. Śniło mi się dzisiaj, że rzuciłam się na mojego brata z pięściami i wulgarnymi słowy, ponieważ przeszkadzał mi pisać sonet o upalnej Warszawie.