Nie mam głowy (ponownie)

Zaczęło się od tego, że przedwczoraj znowu złamało nam się łóżko. Wytrzymało jakieś trzy lata i właśnie przestało wytrzymywać. Zepsuciu uległ jeden dłuższy bok i trzeba było je rozkręcić, żeby położyć materac na podłodze. Materac bardzo ciężki, ze stelażem, Cain podniósł przy mojej niewielkiej pomocy i postawił pod ścianą. „Spadnie”, pomyślałam i wzięłam się za równie niemrawe pomaganie w rozkręcaniu ramy.

Jakoś pod koniec rozkręcania, kiedy Cain upychał deski pod szafą, a ja na klęczkach walczyłam z oporną śrubą, materac spadł. Płynnie zahaczył o lampę, na chwilę gasząc światło, po czym całym ciężarem walnął mnie w tył głowy.

Gwiazdy były piękne, powiadam Wam. A mój wrzask prawdopodobnie do nich dotarł.

No i teraz leżę. Nie jest tak źle, jak poprzednio (podlinkowałabym, ale piszę z komórki, więc sorry), ale wesoło też nie. Wczoraj było Beltane i dobra dusza zawiozła mnie na ognisko samochodem. Poleżałam przy tym ognisku ze dwie godziny i poczułam, że muszę natentychmiast znaleźć się w domu, we własnym łóżku, gdzie przespałam 11 godzin, choć przedtem drzemałam pół dnia. Dziś mieliśmy jechać na działkę, ale cóż. Leżę. W sobotę miałam być +1 na weselu, niestety nic z tego. Po drodze wściekł mi się wypad nad morze, liczę na cudowne ozdrowienie, ale czarno to widzę.

Tak oto spędzam wolny tydzień w mieście, między łóżkiem a kanapą, strasznie zła, znudzona i obolała. Dużo śpię. Śniło mi się dzisiaj, że rzuciłam się na mojego brata z pięściami i wulgarnymi słowy, ponieważ przeszkadzał mi pisać sonet o upalnej Warszawie.