Piszę tę notkę tylko po to, żeby miec pretekst do pozostania przy stole

Strasznie nie chce mi się wstać, a chyba obiecałam coś pozmywać. Wczoraj większość dnia byli goście, a mianowicie „moi” muzycy i niezawodna Helly. Robiliśmy zdjęcia do płyty. Jakoś tak nazbierało się kubków i talerzy, a następnie szlag trafił piecyk gazowy. To znaczy on od dawna stroił fochy, na przykład nie zapalał się, dopóki mu się nie pomachało. Albo nie podmuchało do środka. Ostatnio zaczęło się też z niego coś sypać przy każdym zapaleniu, coś stukało, a wreszcie okazało się, że woda jest jakby coraz chłodniejsza. Na wypadek, jakby tego było mało, wczoraj niewiele przed północą ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyliśmy bardzo niechętnie i okazało się, że sąsiadce z góry włączył się czujnik w łazience. Mówiła, że dymu, ale pewnie czadu jednak.

No, więc dziś rano zadzwoniłam do pewnego miłego pana od Junkersów, a następnie do właścicielki mieszkania. Wszystko udało się pięknie zgrać i pan przyszedł po południu. Rozkręcił piecyk, posprzątał w nim, chyba jakieś uszczelki wymienił, mało bałaganu narobił, mało pieniędzy wziął i nie chciał kawy. I teraz wszystko działa jak złoto, aż nam nieswojo, bo nie przywykliśmy do takiego luksusu, że piec się zapala od razu po odkręceniu kranu i na każde „buch!” nerwowo podskakujemy. Ale pewnie już od jutra nam się w dupach od dobrobytu przewróci i wszystko wróci do normy.

A teraz idę umyć chociaż patelnię. Jutro mam trochę czasu, to może Wam opowiem o wyjeździe nad morze ;)