Miesięczne archiwum: Czerwiec 2012

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.

A rzeczywistość skrzeczy

Pierwszy miesiąc bez nianiowania jest o tyle ciężki, że nie ma kasy co tydzień, tylko będzie na koniec miesiąca. Więc z deczka nam się nie dopina budżet, a w dodatku zapłaciłam playowe rachunki na zły numer konta. I teraz mamy zablokowane telefony, bo oni to wprawdzie przeksięgowali (na mój wniosek, już po drugiej prośbie i siedmiu dniach roboczych), ale wtedy sobie przypomnieli o nowym rachunku i nie chcą odblokować. Dla równowagi faktura od jednego mojego klienta miała termin płatności coś z dobry tydzień temu. Nadto sprzedajemy stare telefony i monitor, ale nic nie dzieje się od razu, więc, póki co, trochę panika na tle finansowym.

Dobra wiadomość jest taka, że w pracy się chyba układa oraz że poza pracą też jestem proszona to tu, to tam o jakieś drobiazgi; jeśli więc wszystko ułoży się tak, jak to sobie wymyśliłam, to z czasem będzie nieźle. Trzymać kciuki można.

Pudełko na człowieka

No więc sytuacja wygląda tak, moi drodzy, że niespodziewane plus dwa kilo (z hakiem) i zupełnie niespodziewany brzuch, który pomału zaczyna mnie chyba wyprzedzać, zwłaszcza po obiedzie. I teraz nie mam co na siebie włożyć, to znaczy mam, oczywiście, jedenaście czerwonych sukienek, ale trochę niekompatybilnych z ostatnią tendencją pogodową. Dziś na przykład poszłabym sobie do Cudu Nad Wisłą, ale jak pomyślę, że w nocy ma być 8 stopni, a ja bez spodni, to mi od razu zimno. Wymiana szafy nie wchodzi w grę na razie. Ponoć ma być upalnie w weekend, ale doprawdy nie wiem, co pocznę, jak się znów ochłodzi.  Może będę chodzić zawinięta w kołdrę, względnie pled. Albo w spodniach Caina. Mówi, że pożyczy, dobry chłopak z niego.

Te dwa kilo wcześniej schudłam, choć jak na mój stan błogosławiony, wyjątkowo mało. Teraz niby ważę tyle, co przed ciążą, ale jest mnie JAKBY WIĘCEJ. Nawet nieźle mi z tym.

Notabene przestaje mnie dziwić, że rynek pracy w Polsce nie jest przyjazny dla ciężarnych. Nie bijcie, doczytajcie do końca. Otóż mój lekarz przy każdej wizycie pyta, czy mam zwolnienie z pracy. Nie mam. To chcę? Nie, dziękuję, zresztą mam działalność. Ale na pewno nie chcę? Może jednak? Pani położna, dowiedziawszy się, że zaczynam pracę (w sensie: bardziej normowaną, bo latania tu i tam naprawdę miałam już dość) zapytała: „Po co?! Nie bierze pani zwolnienia?” Wiele osób od razu zakłada, że pracuję tylko z domu lub że to na chwilę. Do cholery jasnej, ciąża to nie choroba, nawet w wieku 30 lat. Pewnie, że pierwsze tygodnie są dość parszywe, pewnie, że chce się spać i jeszcze parę detali trzeba przyjąć na klatę, ale jest to naturalny stan fizjologiczny, do którego organizm jest zazwyczaj świetnie przygotowany i naprawdę nie ma wokół czego robić afery. Tymczasem polskie społeczeństwo, jak mi się zdaje, najchętniej uwiązałoby ciężarną w domu, w roli inkubatora połączonego z odkurzaczem, pralką i zmywarką (bo, jak wiadomo, w domu się nic nie robi całymi dniami, tylko jak baba już w nim siedzi, to powinno być czysto). Jak już urodzi, to też niech z tym dzieciakiem w domu siedzi najlepiej.

A takiego (wiecie jakiego). Nie ze mną takie numery.

Troszkę Was zarzuciłam przemyśleniami z ostatnich trzech miesięcy, bo mi się nazbierało, ale wierzcie mi, że to było i tak w dużym skrócie. I nie, nie wiem, jak doszłam od sukienek i pogody do sytuacji kobiet w Polsce ;) Natomiast, z innej beczki, chciałam zrobić taką małą sondę i zrobię ją na fejsie, więc zapraszam na fan page. Bo, choć póki co nic tu nie pisałam, to tak naprawdę strasznie się jaram nowym, nieznanym mi stanem i teraz już pisać będę, tylko nie wiem, czy tu, czy nowy blog założyć. Ciążowo-mamowy. Nie, nie bójcie się, nie będę wrzucać gołych fotek dziecka ani pisać w pierwszej osobie („Dziś moja mamusia dała mi mleczko późnej, niż zwykle, nie wiem, dlaczego. Bardzo płakałem, ale starałem się Jej nie denerwować, bo Ją baldzo kocham.” AUA.) Ot, muszę sobie gdzieś ulewać nieco emocji ;)

No, więc wbijajcie na fejsa i głosujcie, bo potem to Wy będziecie cierpieć.

Dziury w mózgu, ślimaki w górach

Koncentracja minus tysiąc. Zapominam wszystkiego. W którym wagonie siedzę. Jak się nazywał pewien profesor, o którym trzy godziny wcześniej pisałam. Że miałam zjeść, wypić, zażyć. Dziś zapomniałam nawet nazwę miejscowości pod ukraińską granicą, którą znam od dziecka. Nie powiem Wam, której, bo nadal nie pamiętam. Między 9 a 17 się spinam i głupoty staram się popełniać tylko na gruncie prywatnym, ale za to w dwójnasób. Naprawdę niesamowite, ile rzeczy można w ciągu jednego dnia zapomnieć albo zgubić. Na szczęście ludzie, którzy mnie otaczają, prostują rzeczywistość na czas, przynajmniej wtedy, kiedy robi się groźnie (na przykład kiedy źle sprawdziłam pociąg – JA!). Widocznie dziury w mózgu nie są zaraźliwe.

Weekend spędziłam w Beskidach. A. proponował wprawdzie Tatry, jako bardziej obudowane infrastrukturą turystyczną, ale choć z energią u mnie kiepsko, to nie dałam z siebie robić ostatecznej sieroty i poszliśmy na Radziejową. Trzyipółgodzinną trasę rozciągnęłam do pięciu, a powrót z trzech do czterech, ale i tak jestem z siebie dość zadowolona. Niestety wysiadam kondycyjnie, jestem zmęczona, zanim jeszcze zdążą mnie rozboleć nogi. Z drugiej strony nogi siedziały cicho te dwa dni w górach, ale za to dziś napieprzają jak głupie. Zakwasy chyba. Trzeba się więcej ruszać, bo skapcanieję na amen.

Było cudnie. Widok z okna w schronisku był o, taki:

Więcej fajnych zdjęć nie mam, bo trochę padało i nie chciałam moczyć telefonu. Ale wyobraźcie sobie takie wielkie, wysokie drzewa, gładkie pnie prawie do nieba, i po nich ściekające pionowe potoki. Wodospad na każdym drzewie, z każdej strony pnia. Niesamowity widok. Wyobraźcie sobie też rowerzystów górskich, całych w czarne kropki od błota, śpiewających głośno: „Nie boję się gdy ślisko jest!”. I jeszcze szlak, który wydaje się iść zupełnie gdzie indziej, niż naprawdę, i dopiero po kilkuset metrach odkrywasz, że chyba nie tak to miało być, cofasz się pod górę, nurkujesz w krzaki na niewyraźną ścieżkę (omijając dorodne winniczki), żeby za dziesiątym drzewem odkryć ZNAK na pniu. Obyś chodził po ciekawych szlakach. I to powietrze, chłodne, świeże, pachnące do upojenia. Chętnie bym zamieszkała w górach aż do zimy.

Możliwości

Co zrobić z kimś, kto coraz częściej się pojawiał
w snach, aż stał się najczęstszym w nich gościem? Obawiać
się tej częstotliwości? Tego przenikania
przez dwa przylegające do siebie naskórkami ciała

poruszane spokojnym oddechem? Bo toniesz.
Fale się zamykają. Zamókł proch ze spłonek,
wszystkie mosty przejęte, miasta oblężone,

drogami maszerują zwycięskie oddziały.
Śpisz, a on wpływa w ciebie, i jest w tobie cały,

z aparatem na zębach, owłosieniem łydek
i kruchymi biodrami. Szukać alternatyw?
Czy przyjąć, objąć, podjąć? Okryć eternitem?

Obracasz się na drugi bok, ale zostajesz,
choć wiesz, że jakieś zdanie albo partykuła
zawsze zdoła się wślizgnąć nieznanym fortelem
pomiędzy „żyli długo” a „żyli szczęśliwie”.

– Jacek Dehnel