Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

Motyle

Motyle w brzuchu – to bardzo trafne określenie tego, co się czuje, kiedy dziecko rośnie i zaczyna się wiercić. Coś tam bulgocze, coś się porusza i czasem nie wiem, czy burczy mi w brzuchu, czy to czyjś łokieć. Co bardziej zamaszyste ruchy Delfinka powodują podskakiwanie brzucha, lekkie uderzenia od środka czuję całkiem często. Natomiast kiedy ktoś położy na moim brzuchu dłoń, małe uspokaja się lub cofa. Kiedy jest to dłoń Caina, czuję, że dziecko staje się spokojne; zaczyna harcować natychmiast, kiedy on tę rękę zabierze, jakby gwałtownie się rozglądało, gdzie się podziało to miłe źródło ciepła. Czasem odpowie na zaczepkę, na lekkie stukanie. Z drugiej strony, niekiedy przepychamy się przez brzuch, bo chcę na przykład usunąć piętę z miejsca, w którym mnie ona uwiera – zazwyczaj pięta zostaje zabrana. Przypuszczam, że do czasu.

Jestem ogromnie zmęczona. Praca podstawowa i dodatkowa, szukanie mieszkania, pokazywanie naszego potencjalnym lokatorom, lekarze, spotkania i nie wiem, co jeszcze nie zostawiają mi czasu na odpoczynek ani na spacery, na które bardzo powinnam zacząć chodzić. Powinnam, bo mało się ruszam, nie dotleniam się, a nogi już zaczynają boleć od pracy siedzącej (początki choroby krążeniowej, jeszcze z pracy w sklepie). Spacer pomaga – w środę chodziłam półtorej godziny i wróciłam z bólem kręgosłupa, ale do rana  przeszedł bez śladu, a w nagrodę przez trzy kolejne dni nogi nie bolały mnie ani razu. Dopiero teraz zaczynają.

Tak więc trzeba znaleźć czas na spacery, na odpoczynek, na więcej snu, a także na porządne gotowanie, bo, powiedzmy sobie szczerze, jem byle co – głównie kanapki. Ale na początku tygodnia kupujemy sokowirówkę – będę robić soki z owoców i warzyw, zwłaszcza z buraków z natką pietruszki (żelazo). Podejrzewam, że to będzie dość ohydne, ale za to wiem, że skuteczne – moja siostra wyciągnęła się w ten sposób z anemii. Polecam każdemu.

Tymczasem od środy mam urlop, niezbyt długi, ale obiecujący, gdyż w czwartek zaczyna się Woodstock! Nie zamierzam się przesadnie przemęczać, być może nawet będę tylko leżeć, spacerować i jeść. Aha, no i robić zakupy. Przypomnijcie mi, że potrzebuję nowych, czarno-czerwonych kolczyków ;)

Proszę pani, to nie ciąża, to charakter

Kiedy już nauczyłam się odróżniać porywy serca od porywów mniej szlachetnych i na pewno dokładnie wiem, którym organem myślę, okazało się, że przede mną nowy level.

Charakter czy hormony?
Stres czy hormony?
Serce czy hormony?

Hormony czy niedobór magnezu?!

Ciężkie jest życie kobiety, jeżeli koniecznie upiera się przy samoświadomości, docieraniu do źródeł swoich zachowań, analizowaniu i wiedzy. W sumie nie wiem, czy naprawdę koniecznie potrzebna mi wiedza, czy w obecny nastrój wprawiają mnie bieżące problemy, zawiedzione nadzieje, burza hormonalna, niespełnione zachcianki czy może brak mikroelementów. Efekt jakby ten sam: chodzę podminowana, sama sobie nie ufam. Niespodziewanie się denerwuję, płaczę albo zamyślam. Mam napady namiętności, zapewne powinno się mnie zamknąć w domu, żebym nie szkodziła społeczeństwu i moralności publicznej. W ogóle – chodząca bomba.

Magnez kupiłam. Tyle mogę. Reszta jest męczeniem.

Chłopiec czy dziewczynka? Dziewczynka czy chłopiec?

Poszliśmy podejrzeć łobuza w brzuchu i przy okazji sprawdzić płeć.

W recepcji siedział bardzo miły i przystojny chłopiec, którego w związku z koniecznością innych badań musiałam, niestety, wprost zapytać, czy o tej porze można jeszcze uzyskać pojemniczek, pardon, na mocz. To było traumatyczne przeżycie. Szczęśliwie chłopiec zachował profesjonalny wyraz twarzy, bo jak nic bym się zarumieniła.

Pan doktor był inny, niż przy poprzednich okazjach. Pierwszy chyba ginekolog w moim życiu, którego nie trzymały się żarty i radosne bon mociki. Przeciwnie, był bardzo milczący i jakoś wolno mu szło mierzenie i liczenie. Okazało się też, że nie ma nagrywarki do CD i nie dostaniemy filmu z USG. Foszek.

Pod koniec tego milczącego badania postanowiłam delikatnie zapytać, czy może moglibyśmy określić płeć dziecka. Wtedy pan się trochę ożywił, ale powiedział – i pokazał – że dzieciątko wypięło się zadkiem i nic nie widać. Tak więc zostaliśmy strollowani po raz wtóry.

A te bulgoty i kopy w pępek od środka, które dostaję, to chyba z łokcia. Ale nie wiem na pewno.

A tak zmieniając temat: LuxDentic, który jest po sąsiedzku z LuxMedem i do którego wpadliśmy, żeby w ramach naszego abonamentu zapisać się do dentysty, nie ma nic wspólnego z grupą LuxMed. O czym miła pani w recepcji poinformowała nas, na szczęście, zanim się zdążyliśmy zapisać i, nie daj Boże, skorzystać.
Taka mała, niezamierzona niespodzianka, prawda.

Rubryka strat i zysków

Miało być o tym, co mnie zasmuca, ale skasowałam. Będzie za to o meblach.

Wywaliliśmy fotel, bo zdałam sobie sprawę, że od dawna służył wyłącznie kotom, co samo w sobie nie jest oczywiście grzechem, ale niestety służył im niekiedy jako zapasowa kuweta, kiedy ta podstawowa wydawała im się zbyt brudna. Albo kiedy coś je wkurzyło. Ponieważ poduszki ze sztucznej waty, czy co to tam było, można prać jednak tylko ograniczoną ilość razy i z czasem jest to coraz bardziej upierdliwe, parę dni temu wróciłam do domu, zobaczyłam plamę na fotelu, spojrzałam na zegarek (10 minut do wizyty potencjalnego najemcy), powiedziałam na głos do siebie: „Dość, kurwa” i zamiast do pralki, wrzuciłam pokrycie do kosza na śmieci. A nazajutrz rozkręciłam stelaż, wynieśliśmy go na śmietnik i tyle.

Po kawałku wywalamy też ramę od łóżka, tę, co pękła w maju i wtedy materac rozbił mi głowę. Rama leżała sobie w częściach na podłodze i na szafie, czekając, aż się ogarnę i sprawdzę, czy w IKEA nie mają tej jednej deski, która nam potrzebna. No to się ogarnęłam i zarządziłam wyrzucenie. Z czasem rozważę banicję materaca, bo mi sprężyny wchodzą w różne miejsca. Co prawda materac ma dziesięć lat gwarancji, ale oczywiście zgubiłam paragon (a jeśli go znajdę, to jak nic okaże się, że jest nie do odczytania po 3 latach) a poza tym szczerze mierzi mnie myśl o organizowaniu człowieka z samochodem, ładowaniu tej kobyły na dachowy bagażnik, wiezieniu do IKEA, wleczeniu do hali, żeby się na przykład dowiedzieć, że nie uwzględnią. Albo żebym za dwa tygodnie odebrała (i znowu żebranie po ludziach o podwózkę i siłę roboczą). Fuj.

Po stronie plusów mamy przyobiecane łóżeczko dla Delfinka, dwie komody na ubranka i wózek-parasolkę. Pewnie, że można kupić, ale skoro są?

Poza tym zrobiłam porządki w ciuchach i, o dziwo, okazało się, że w prawie połowę się mieszczę. Jeszcze. Te za małe wcisnęłam na najniższą półkę i zamierzam schylić się do niej jeszcze tylko raz – przy przeprowadzce, kiedy to wrzucę je do kartonu i nie wyjmę aż do zimy.

A jutro wieczorem podglądanie dziecka i może się dowiemy wreszcie, czy jest nią, czy nim. Stay tuned.

Delfinek

Obudziłam się dziś, gdy do pokoju wszedł Cain (nie, nie mamy osobnych sypialni jak cesarze – on często wstaje wcześniej, a potem przychodzi mnie obudzić) i położył się obok. Więc otworzyłam oczy i poczułam takie bul.. bul… bul… pod pępkiem. Coś jak bąble w gęstej cieczy (zupie, dajmy na to, albo roztopionej czekoladzie) albo jak pływające pod wodą delfiny. Nie bardzo wiem, co może zrobić dwudziestocentymetrowy człowiek, żeby spowodować tyle szumu, ale stawiam, że odpiernicza korkociągi albo inne turlanie. Fikołki może. Popływał tak sobie trochę i przestał.

Potem przyszła moja mama i przyniosła mi łapacz snów, który zrobiła. A delfinek znowu zwariował i zaczął wyczyniać harce. Może mu się spodobał łapacz, a może lubi moją mamę. Ale najpewniej odkrył nową zabawę i teraz będzie tak hopsał :)

I z kopa ją

Najpierw myślałam zwyczajnie, że ktoś mnie walnął. Tyle tylko, że leżałam w łóżku, koty były – wyjątkowo – w  drugim pokoju, mój mąż – wyjątkowo – trzymał ręce przy sobie ;) i jedynym, co mogło mnie walnąć, była kołdra. Otrzymawszy więc cios w okolice pępka powiedziałam: „oj”, po czym zdałam sobie sprawę, że przemoc ta ma źródło wewnątrz, a nie na zewnątrz :)

Przemoc była zresztą w pełni uzasadniona. Półleżałam bowiem, po czym nagle postanowiłam się unieść i dziecku w środku najwyraźniej jakieś mięśnie zburzyły spokój. Nie wiem, czy to było z nóżki, z główki, czy może z piąstki, ale było dobitne.

Następnie Cain położył mi rękę na brzuchu i zaczął czekać. Dziecię, nie niepokojone, raczej nie robi scen, więc zaczął naciskać palcami. Po chwili naciskania bardzo wyraźnie COŚ poczułam. Cain też poczuł i mówi, że przypomniały mu się wszystkie horrory na temat COSIA w środku.

No i tyle, poszliśmy spać. Więcej rewelacji nie było i nikt mnie już nie bił, natomiast generalnie od paru dni dziecię siedzi sobie po lewej stronie brzucha i mam taki krzywy. Nadto prawdopodobnie trzyma stopy gdzieś w okolicach mojego lewego jajnika. Pal diabli jajnik, ale człowiek ma tam również mięśnie, które dość często pracują, w związku z czym każda zmiana pozycji powoduje ucisk (zapewne) pięty gdzieś tam w środku. Mało zabawne, ale zaczynam się przyzwyczajać ;)

Dla odmiany – notka pozytywna

Ludzie mnie komplementują bez opamiętania. Bliscy i dalecy, obcy i znajomi – wszyscy zgodnie utrzymują, że świetnie wyglądam w ciąży. Co najmniej raz dziennie ktoś mi mówi, że ciąża mi służy i że promienieję.

Odpowiadam niezmiennie, tonem koniecznie afektowanym, że milość mnie opromienia.

Fakt, czuję się nieźle. Jestem szczęśliwa, a posiadanie najbardziej troskliwego i czułego męża na świecie na pewno nie szkodzi ;) Oczywiście, patrząc w lustro, oscyluję między „jest super” a „gdzie moja figura?!”. W chwilach optymizmu ogromnie się cieszę z komplementów, w chwilach pesymizmu – mam nadzieję, że to nie jest próba pocieszenia mnie i ukrycia, że, stara, nie jest najlepiej.

Ale nie ustawajcie ;)

Czy ja się denerwuję?

Jestem – nie śmiejcie się – dość cierpliwym człowiekiem. Wiele rozumiem, nie tracę gruntu pod nogami z byle powodu, nie robię awantur o późne powroty z jednego piwa lub nie odebrany telefon. Zdaję sobie sprawę, że ludzie – generalnie – bywają zajęci, zmęczeni, chorzy, wyjechani, nie w nastroju itd. Nauczyłam się także z wiekiem, i nie bez oporu krnąbrnego ducha, że niektórzy są mniej wylewni niż inni, że nie każdy lubi pisać długie maile i że milczenie nie musi oznaczać olewania.

ALE.

Nie znoszę obietnic bez pokrycia. Nienawidzę niedotrzymanych terminów. Szczerze gardzę pustymi słowami od osób bliskich. Oczekuję słowności, szczerości i – raz na jakiś czas – podtrzymywania więzi. Cenię także inicjatywę, gdyż nie najlepiej czuję się w roli osoby proszącej o spotkanie.

I kiedy – taki przykład z głowy – umawiam się z kimś, kto nie przychodzi, przekłada, nie odbiera telefonu godzinami, i kiedy taka sytuacja się powtarza, to nawet największe pokłady życzliwości nie są w stanie mnie ułagodzić. Gdyż pierwszą i ostatnią myślą jest, niestety, ta, iż jestem ustawicznie olewana. A o byciu olewaną wolę być poinformowana wprost. Poważnie: stokroć wolę: „sorry, bejbe, było miło, ale wystarczy”, niż głodne kawałki pod ogólnym hasłem „zadzwonię”. I naprawdę bywają sytuacje, gdy nawet największy bagaż wspólnych doświadczeń, beczka soli i jakieś tam wzajemne zaufanie wymiękają w zestawieniu ze zwykłą niesłownością.

W takich chwilach robię się zła, bardzo zła, i myślę sobie same najgorsze rzeczy. A im więcej czasu mija, tym bardziej się wściekam, typowo męskie więc liczenie, że mi przejdzie, rzadko odnosi skutek. W zasadzie nie istnieje sposób na uniknięcie awantury lub tzw. focha – foch jest wersją „nie mam ochoty być miła, ale nie będę się przecież drzeć jak wariatka, więc zmilczę”.

Można mi wynagrodzić (nie „obiecać”, wynagrodzić). Można przeprosić. Można czym prędzej zmienić zachowanie lub zaskoczyć mnie czymś miłym. Można zapewniać o swoich uczuciach, to dość miłe. No i, przede wszystkim, można nie powtarzać błędów.

Można też powiedzieć: „nie rób scen, jesteśmy tylko znajomymi” i tym samym radykalnie mieć z głowy mnie i moje oczekiwania.

Recydywistka

Nieuleczalny sentyment. Nawracająca słabość. Jestem recydywistką, jestem długodystansowcem, choć to ostatnie, o co bym się podejrzewała. Sytuacje, emocje, namiętności – zamiast pojawiać się nowe, wracają, powtarzają się, te same (choć oczywiście nie takie same, rzeka płynie), te same, do nie-znudzenia. I ta sama osoba, to samo spojrzenie zapiera dech po raz dziesiąty, setny, tysięczny.

Między świtem a mgłą, między ucieczką a powrotem, między spacerem a milczeniem – jestem, wracam, trwam. Czasem nie wiem, dlaczego – zazwyczaj nie wiem, dlaczego! – widać tak po prostu musi być, a może w którymś momencie wybrałam właśnie to i właśnie tak. I zostałam.

Halo, dzień dobry

Wymacałam dzisiaj jakiś kawałek człowieka. Zdaje mi się, że nie posiadam mięśni tak twardych i o takim kształcie, szczególnie tuż nad pęcherzem (a kysz, leżenie na pęcherzu nie jest fajne). Trudno jednak precyzyjnie określić, co to było i jaka część ciała – głowa może? – gdyż cały człowiek mierzy teraz coś tak z 18 cm.

Zafascynowana macałam, i macałam, i macałam, aż w końcu człowiek się zirytował tym szturchaniem i schował się gdzieś głębiej.

I tyle było kontaktu.