Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

Być albo nie być – poradnik dla niezdecydowanych

Minusy bycia w ciąży:

1. Na początku czujesz się… dobra, na początku nic nie wiesz i co najwyżej zastanawiasz się, czemu tak ci się chce spać albo dlaczego ulubiona kiełbasa już tak nie smakuje. Ale najdalej po dwóch miesiącach zaczynasz się czuć, jakbyś umarła i zapomnieli cię pochować, i tak się rozkładasz, próbując udawać, że wszystko gra.

2. Po jakimś czasie jest lepiej – czujesz się już tylko jak po ciężkiej grypie. Trochę buja, trochę słabo, trochę mdło, ale generalnie to gastrofaza i do przodu.

3. Senność 1000.

4. Koncentracja minus 100000000000000000.

5. Obcy ludzie się gapią na twój brzuch, a czasem chcą go macać (WON!)

6. Przeczulica. Ogromna, wielka przeczulica – za głośno, za mocno, za bardzo. Ciuchy uwierają i życie uwiera. Mnie bolało nawet zwykłe muśnięcie skóry, a hałas nadal męczy mnie w pięć minut.

7. Wszystkie ukochane ciuchy przestają się nadawać do noszenia.

8. Kondycja? Jaka kondycja?

9. Nic nie wolno. Nie biegaj, nie bierz leków, nie jedz tego, nie kąp się w gorącej wodzie, odejdź od tego grilla!

Plusy bycia w ciąży:

1. Cycki rosną.

2. Nikt nie śmie ci odmówić jedzenia, choćbyś mu wyciągała z paszczy. Bo mu myszy zjedzą, jak wiadomo.

3. Możesz mieć dowolne fanaberie. Ten jeden raz w życiu każda słabość, niechęć lub chęć będzie zrozumiana.

4. Możesz mówić i robić, co chcesz. I tak wszystko zwalą na hormony. Każde twoje szaleństwo jest kwitowane lekceważącym machnięciem ręką.

5. Musisz, po prostu musisz kupić sobie kilka nowych ubrań. No przecież nie będziesz chodzić nago.

6. Przestajesz się przejmować wyglądem. Masz fałdki? No masz, przecież jesteś w ciąży i możesz sobie mieć fałdkę, gdzie chcesz!

7. Generalnie masz, pardon, wyjebane. Ponieważ mózg ma ograniczoną pojemność, a chwilowo ma ważne rzeczy do ogarnięcia, wszystko, co nieistotne do przetrwania lub uzyskania komfortu, serdecznie cię wali. Cudowny stan.

8. Zasadniczo jest zabawnie. Pod warunkiem, że masz poczucie humoru na własny temat.

9. Ciąża całkiem często kończy się na tym, że posiadasz dziecko. Dziecka są fajne.

Nie

Jesteście nudni. Wszyscy. Wciąż te same pytania.

Nie, nie kopie.
Nie, nie czuję ruchów.
Nie, nie wiemy, jaka jest płeć dziecka.
Nie, nie mam w tym względzie żadnych preferencji. Będę kochać jak swoje.

Jakby coś się zmieniło, to na pewno Wam powiem – znacie mnie!

Prima aprilis, czyli jak zostaliśmy strollowani przez test ciążowy

Niektórzy wiedzą, ale pewnie nie wszyscy, że przyszły dziedzic rodu ujawnił się pierwszego kwietnia. Wizualizujcie sobie: dwie kreski na teście, 1.04 na kalendarzu. Fajny dowcip. Nie żebyśmy już wtedy zamierzali się chwalić, ale jednak trochę głupio… Powiedziałam mamie i siostrze. Siostra zadzwoniła nazajutrz, żeby spytać, czy to był żart. Nie był – podobno nie można być trochę w ciąży, ale zapewniam Was, że można być w niej BARDZO. Polega to na tym, że nie zdążysz spojrzeć na zegarek, a te dwie kreski prawie Ci wydłubują oczy.

Zasadniczo ta historia z pierwszym kwietnia bardzo do nas pasuje. Troll od małego, a nawet jeszcze w życiu płodowym. Albo jeszcze wcześniej, gdyż moje obliczenia wskazują, że potomka spłodziliśmy w Krakowie, w wiadomej (niektórym) komnacie wiadomej Rezydencji. Wyborny koncept, nieprawdaż?

Nie spać, pisać

Muszę pisać na blogu, powinnam się przymuszać, lekce sobie ważąc zmęczenie i senność. Muszę, bo na co dzień piszę hasła i krótkie posty, i myśl moja zaczyna zbyt często zawierać się w kilkudziesięciu znakach. A przecież nie tak miało być i wciąż nie tracę nadziei, że pewnego dnia, ot – usiądę i napiszę powieść. Niekiedy, jadąc autobusem, układam w głowie krótkie opowiadania o Pradze lub fragmenty sagi rodzinnej, czy raczej czegoś w rodzaju memuarów, co u nas (u nas w rodzinie) trochę na jedno wychodzi. Potem wysiadam i zajmuję się innymi sprawami. Po pracy mam zmęczone plecy, ręce i głowę, ale to żadne wytłumaczenie, skoro i tak siadam do fejsa, jak tylko zdejmę buty i naleję sobie wody.

Porzuciłam moich starych klientów, żeby nie pracować ponad 8 godzin dziennie. Dopuszczam tylko malutkie wyjątki po znajomości. Brzuch ma swoje prawa i domaga się ich nieubłaganie: jedzenie co dwie godziny, cień, sen. Mózg, gdy przeciążony, wyłącza się sam bez uprzedzenia. Trudno, widać musi; czuję się dobrze, nadspodziewanie dobrze jak na moją dość żałosną kondycję (od dziecka, ten typ tak ma), no ale jednak natura wie swoje i swoje robi, a ja nie należę do umartwiających się super-kobiet „ducha wyzionę, a wszystko zrobię”. Toteż za moimi plecami piętrzy się pół góry naczyń (połowę pozmywał Cain), odkurzacz siedzi w szafie i udaje, że go nie ma, torba podróżna jest prawie rozpakowana po weekendzie, ale prawie robi różnicę, wanna z lekka obrasta. Za to jeszcze ani razu nie zemdlałam, powoli tyję i jestem zadowolona z życia. W nagrodę za pierwszą pensję z nowej pracy kupiłam sobie komplet bielizny, niestety jest na styk. Cóż, za miesiąc będę musiała kupić następny ;)

Cain jest cudowny. Myślę, że powinno się go sklonować i rozdawać innym kobietom w ciąży w charakterze męża idealnego. Odkąd jestem mniej aktywna, przejmuje domowe sprawy, bierze na siebie rzeczy, przy których ja siadam i rozpaczam; kiedy trzeba, zmusza mnie do wzięcia się w garść, kiedy trzeba, pozwala wylać nadmiar emocji w mężowską klatę. Jest niebywale elastyczny i w przeciwieństwie do mnie nie planuje życia na zapas, lecz dopasowuje się do zastanej sytuacji. Doskonale rozumiem, dlaczego tak dobrze radzi sobie w każdej pracy. Naprawdę, ten człowiek ma skille, jakich nawet nie podejrzewałam.