Prima aprilis, czyli jak zostaliśmy strollowani przez test ciążowy

Niektórzy wiedzą, ale pewnie nie wszyscy, że przyszły dziedzic rodu ujawnił się pierwszego kwietnia. Wizualizujcie sobie: dwie kreski na teście, 1.04 na kalendarzu. Fajny dowcip. Nie żebyśmy już wtedy zamierzali się chwalić, ale jednak trochę głupio… Powiedziałam mamie i siostrze. Siostra zadzwoniła nazajutrz, żeby spytać, czy to był żart. Nie był – podobno nie można być trochę w ciąży, ale zapewniam Was, że można być w niej BARDZO. Polega to na tym, że nie zdążysz spojrzeć na zegarek, a te dwie kreski prawie Ci wydłubują oczy.

Zasadniczo ta historia z pierwszym kwietnia bardzo do nas pasuje. Troll od małego, a nawet jeszcze w życiu płodowym. Albo jeszcze wcześniej, gdyż moje obliczenia wskazują, że potomka spłodziliśmy w Krakowie, w wiadomej (niektórym) komnacie wiadomej Rezydencji. Wyborny koncept, nieprawdaż?

4 myśli nt. „Prima aprilis, czyli jak zostaliśmy strollowani przez test ciążowy

  1. R.B.

    Siostra ujawniła się w dzień dziecka.
    Spłodzony na wyjeździe?? Też cos przypomina.

    Taka już u nas rodzinna tradycja.
    Pozdrawiam

      1. R.B.

        Nie powiem. ;-)

        A swoją drogą:
        „Dlaczego porzucać wygodna teorię, tylko dlatego, że błędna?”

Możliwość komentowania jest wyłączona.