Miesięczne archiwum: Sierpień 2012

Cognomen

Cognomen to przydomek, inaczej ksywka.  W przypadku, gdy nie wiadomo, jak dziecko będzie miało na imię – bo nie wiadomo, jakiej jest płci – człowiek jest nieco w kropce. Nie będę przecież ciągle mówić „dziecko”, tym bardziej, że rodzaj nijaki jest w ogóle bardzo ciężki w użyciu. Niewdzięczny jakiś taki ten rodzaj nijaki.

Toteż dopóki nie wiadomo, czy mamy Lilę, czy może Michała, dziecko bywa:

– Delfinem (bo robi bul, bul)
– Kociątkiem (Cain jest Kotem, więc rozumiecie)
–  Alienem
– Obcym
–  Dzieckiem Drogim
– niekiedy także Potworem lub Łobuzem.

Jak było z Waszymi? :)

Przeprowadzka tuż-tuż

Oficjalnie rozpoczęliśmy etap: „Przeprowadzka”, pakując pierwszy, mały kartonik. Kartonik jest częścią imponującego zestawu pudeł, dostarczonego przez Monikę (dzięki!). Spakowałam go zupełnie niechcący – segregowałam rzeczy z jednej szuflady na „zostają”, „wylatują” i „ewidentnie śmieci”. „Wylatujące” idą na razie do kąta, z którego być może uwolni je Bluszczyk, kochająca wszelkie graty, które przerabia na inne graty. A to, co zostało, bez sensu było chować z powrotem do szuflady, nie?

Poza tym dokonałam pięknej sztuczki, rozwiązując umowę z Aster zanim zadzwoniłam do nowego dostawcy. Nowym dostawcą miała być Multimedia, z którą podobno poprzedni lokatorzy, czy też jeszcze poprzedni, mieli podpisaną umowę. I otóż dzwonię dziś, żeby zamówić pana montera, a tu mi mówią, że niestety, nie dostarczamy pod podany adres.

No pięknie. A ja porzuciłam dawne Aster, zamiast zwyczajnie przejść do UPC, bo nie lubię drani za ich zupełnie niedzisiejszą mobilną obsługę klienta. Do telefonicznej obsługi nie można się dodzwonić, na maile odpowiadają po dwóch dniach, przelew do nich idzie sto lat, nie przyjmują potwierdzeń wpłaty mailem… No bzdura do kwadratu. Ale co robić, bez internetu żyć nie możemy ani pracować. Zadzwoniłam do UPC, z tym, że do działu sprzedaży, który, jak się okazuje, odbiera natychmiast, jest miły, kompetentny i pomocny. Zamówiłam usługę, tańszą, niż poprzednia i dwa razy lepszą. Monter przyjdzie w sobotę. Minus: przez miesiąc trzeba będzie płacić i za starą usługę, i za nową (ale z Multimedią byłoby to samo, po prostu okres wypowiedzenia w Aster trwa 45 dni). Plus: będzie internet. Dobry i nie masakrycznie drogi, z wi-fi w cenie, bez kombinowania.

Pakowanie Party w piątek, przeprowadzka w sobotę. Od pierwszego września winda, cisza za oknem i droga do pracy bez przesiadek. Dla mnie, bo Kain wręcz przeciwnie, zacznie się przesiadać.

Walka lekarzy w kisielu

Byłam na wizycie kontrolnej u tego pana, co mnie prowadzi. Ortopeda zalecał Apap lub Ibuprom i leżenie. Zabronił wszelkich ćwiczeń. Ten z kolei – kategorycznie zabronił Ibupromu oraz kazał uprawiać Nordic Walking lub pływanie krytym kraulem (nie umiem, pływam odkrytą żabką i tak, wiem, że nie ma czegoś takiego). Jest to pewien dylemacik, gdy twój specjalista od ciąży nie zgadza się z twoim specjalista od wad postawy.

Zakładam, że na lekach, które wolno brać w ciąży, lepiej zna się ginekolog i będę go słuchać. Zresztą i tak nie zażywam, noszę w torebce ot, tak, żeby były w razie czego. Tydzień temu wzięłam pierwszy i na razie ostatni (od kwietnia) Apap i mam nadzieję, że tak zostanie. Natomiast na samym kręgosłupie pewnie jednak lepiej zna się ortopeda oraz tylko on widział mój rentgen sprzed roku i wysłuchał dokładnie, co mi dolega (prócz ciężkawego brzucha, naturalnie). Pozwolę sobie więc słuchać ortopedy w sprawie ruchu lub bezruchu, a ginekologa w kwestii dozwolonych leków. Niemniej jest dość rozrywkowo.

W ogóle to jestem dziś niemal nowym człowiekiem, gdyż przespałam noc. Poprzednią próbowałam spać z nogami tak, jak kazał ortopeda – uniesionymi pod kątem 90 stopni. Bolało bardzo. Jeszcze poprzednią zwyczajnie, bez konstrukcji pod nogi, jedynie ze wspomagającymi jasieczkami pod brzuch i kolano. Bolało bardzo. Obie noce w zasadzie z głowy, budziłam się z bólu co dwie godziny. W końcu poszłam za przykładem Bluszczyka i zmniejszyłam konstrukcję poduchową, uzyskując kąt około 45 stopni. Strzał w dziesiątkę, proszę państwa. Obudziłam się tylko dwa razy: raz, bo SMS, a drugi raz na siku (nawet nie chcę wiedzieć, ile miejsca ma teraz dla siebie mój biedny, skulony w kątku pęcherz – a lepiej, tak jakby, nie będzie). Nie do wiary, jak dwie słabo przespane noce zmieniają człowiekowi proporcje.

Poza tym wszystkie badania dobre, glukoza ok, morfologia ok, wszystko ok. Ciśnienie w normie, czyli koszmarnie wysokie jak na mnie. Biorę na klatę. Oraz wysępiłam skierowanie na USG trójwymiarowe. Podglądać będziemy piętnastego września :)

Niewymiarowa

Kupowanie pasa ortopedycznego ciążowego jest, jak się okazuje, skomplikowane.

Taki pas wygląda jak tu. Sexy, nie?

Ten konkretny posiada dwa rozmiary: M i L. Niby L jak Luca, ale to tak nie działa, zaczaiłam się na M i wyczytałam, że pasuje na obwód 90-105 cm w talii. Jakiej talii?! Otóż po dokładnej analizie okazało się, że ową talię mierzy się pod brzuchem. Ciutek mi się obniżyła najwyraźniej.

Zmierzyłam i wyszło mi 90 cm, więc zamówiłam rozmiar M. Dziś przyjechał i co? I wisi na mnie z każdej strony. Regulacji brak, to jest taka plątanina elastycznych pasków, nawet obiecująca, ale niestety za duża. Pewnie, że jeszcze urosnę, ale potrzebny mi TERAZ.

Tak więc dupa zbita. Napisałam maila do sprzedawcy i czekam, co mi odpowie. A plecy bolą.

Kręgosłup – update

Wczoraj rano miałam zen, pracę z kanapy, umówionego neurologa za 2 tyg, ginekologa za tydzień, ból kręgosłupa i luz blues. Dwie godziny później –  panikę, łzy, przerażenie i telefon do przychodni, w której nikt nie odbierał.

Wszystko dzięki koleżankom, które same już rodziły i czują się w obowiązku nie tylko dmuchać na cudze zimne, ale stresować, straszyć i snuć czarne wizje. To był jeden z nielicznych momentów, kiedy uznałam, że internet to zło. Wielkie, groźne i czarne.

W rezultacie licznych pogróżek (to mogą być przedwczesne skurcze! aaa! lepiej sprawdź!) rozryczałam się na kanapie, wciąż z tym nieodbieranym telefonem w ręku i kompletną niemożnością podjęcia decyzji, co robić. Na szczęście dziecko ma ojca, który w razie potrzeby zbiera swoją psychicznie rozlazłą żonę z kanapy i podejmuje decyzję. W tym wypadku: „Idziemy do najbliższego LuxMedu” (na szczęście jakieś 200 metrów).

OK, założyłam kapelusz z wielkim rondem i poszłam. Panie w rejestracji znalazły mi, mimo braku terminów, ginekologa i ortopedę. Ginekolog z punktu uznał, że nic się nie dzieje, ale, uważniej spojrzawszy mi w oczy, zgodził się zajrzeć i gdzie indziej. Oględziny potwierdziły, że wszystko w najlepszym porządku.

W tym momencie mogłam już wracać do domu, bo z ulgi poczułam się nagle głodna, ale skoro już miałam ortopedę, to poczekałam jeszcze trochę pod gabinetem.

Ortopeda obejrzał mój rentgen sprzed roku czy dwóch. Zauważcie: byłam na tyle przytomna, żeby go znaleźć i zabrać z domu! Mam teraz sama do siebie taki szacun, że proszę siadać. Powiedział, że dwa lata temu jego własna żona przeżywała w ciąży mniej więcej to samo, w związku z czym przewertował całą literaturę fachową. Potem było z grubsza tak:

– Proszę leżeć z nogami w górę pod kątem 90 stopni.
– Ale ja muszę chodzić do pracy…
– To może zwolnienie?
– Ale ja mam działalność gospodarczą…
– A, to przechlapane. Proszę w takim razie leżeć tyle, ile pani może. Ograniczyć wszelką aktywność, jak tylko się da.

No ok. Poza tym zalecił leki przeciwbólowe (unikam, ale noszę w torebce) i ortopedyczny pas ciążowy, który nabyłam i czekam, aż przyślą. Dziś już pracuję z pracy i mam nadzieję, że mi się nie pogorszy, odpukać. Od neurologa się wypisałam, pójdę po ciąży, niech mnie leczy.

Dobrze znam swoje ciało. Wiem, co się z nim dzieje, gdzie, kiedy, a zazwyczaj także – dlaczego. Wierzę, że jak będę rodzić, to się zorientuję. Pozwoliłam się zdenerwować, pozwoliłam się doprowadzić do paniki, zamiast zaufać sama sobie. Co przeżyliśmy oboje – ja i Kain – to nasze.

Never again.

Dyskopatio, daj żyć

Wczorajsze obchodzenie rocznicy ślubu zaczęliśmy od porządków w domu (same się nie chciały zrobić, nie rozumiem, dlaczego). Po 40 minutach przy zlewie trochę mnie jakby rozbolały plecy, więc zaległam na kanapie. Skąd tego zmywania tyle, ja się pytam? Dziś znowu cała kuchnia zajebana (pardon, no ale właśnie tak) i tym razem stał nad zlewem Kain, ale kaman, żeby codziennie tyle garów? A nawet obiadu nie gotowaliśmy. Zmywarka jest teraz moim pragnieniem namber łan.

No ale wracając. Leżałam tak sobie, plecy bolały, a młode w brzuchu chyba uznało, że musi być symetrycznie, i kopało jak dzikie. Do tego doszedł rozpaczliwy ból głowy i NAGLE poczułam, że znikąd litości ni ulgi.

Cóż to jednak dla mnie. Poleżałam, poleżałam, potem zrobiłam się na bóstwo i poszliśmy na obiad. Pieszo, bo to jakieś 20 minut drogi, a ja wszak powinnam spacerować. Po paru krokach plecy zaczęły jakby nieco łupać, ale nic to, nie pierwszy raz w życiu. Dojdę do knajpy i sobie usiądę, będzie dobrze, pomyślałam, jednocześnie uważnie wsłuchując się w organizm i ustalając, co mnie właściwie boli i dlaczego – bo wrażenie było nieprzyjemne, peemesowe jakby i trochę tak w dole człowieka, więc nie bardzo fajnie. No i tak w połowie drogi, w połowie zapewniania Kaina, że to tylko kręgosłup i wszystko jest OK, nagle zacisnęłam zęby, zawisłam na nim i tak pozostałam na dłuższą chwilę.

Do knajpy jednakowoż dotarłam, usiadłam wygodnie i mi się poprawiło. Dziś natomiast na wszelki wypadek spędziłam dzień głównie siedząc lub leżąc. Mój boski mąż wymasował mnie trochę. Wyjścia ograniczyłam do pięciominutowego spaceru po wodę oligoceńską (nosił Kain), obiad zamówiliśmy przez telefon, porządków palcem nie tknęłam.

A cholerny kręgosłup boli.

Podłożę się jeszcze Siotrze, gdyż nikt tak nie pomoże dyskopatce w ciąży, jak druga dyskopatka, a nawet matka-dyskopatka. Jeśli jednak nie uratują mnie jej arystokratyczne dłonie (obrączka A. wchodzi mi na mały palec tak prawie do połowy), przyjdzie mi potoczyć się do lekarza i przyznać do przypadłości. A potem, obawiam się, to już tylko sobie poleżę. Niestety na leżąco gorzej się pracuje, a już w ogóle najgorzej pakuje graty – przeprowadzka za dwa tygodnie.

Czarny scenariusz, wiem i może trochę desperuję na zapas, ale rozumiecie. Jak się ma krzywe WSZYSTKO (podobno zaczęło się od biodra i to już za życia płodowego), skoliozę ze zwyrodnieniami, dyskopatię i rwę kulszową, to się człowiek uczy dmuchać na zimne. Do tej pory dramat był tylko raz – jak się nieco przedźwigałam za czasów pracy w sklepie. Wtedy leżałam w łóżku dwa tygodnie – uczciwie! –  na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych, a potem wreszcie mnie skierowano na jakąś rehabilitację. Dali mi zestaw ćwiczeń, ale w ciąży ich nie wykonuję, bo nie wiem, czy wolno. Krążki mi latają w tę i wewtę swobodnie, jak chcą – dawno przywykłam. Póki jakiś nie przeskoczy z nagła, jest ok. Rwa daje żyć, lekko mnie tylko czasem tyłek boli z jednej strony (na zmianę, po równo).

Teraz chyba kręgosłup uznał, że mu ciężko. Trudno się dziwić. Ważę niewiele, zwłaszcza jak na szósty miesiąc, ale przyrost wagi jakoś chyba nie poszedł w parze z przyrostem mięśni pleców. I oto proteścik. Tak więc trzymajcie kciuki, proszę Was bardzo, bo nie uśmiecha mi się taka zabawa przez kolejne trzy miesiące.

Z innej beczki – istnieje spore grono, które na wiadomość, że po porodzie zamierzam pracować nadal, tyle, że z domu, reaguje pogodnym śmiechem. Walcie się, moi kochani, no chyba, że rzucicie parę tysiączków miesięcznie oraz zapewnicie autouzupełnianie wiedzy z branży wraz z bezproblemowym powrotem na rynek.

A z jeszcze innej – bardzo bym chciała czuć się w tej ciąży tak, jak wyglądam! Bardzo.

Dwa lata

Właśnie mija nam druga rocznica ślubu, a ja się zastanawiam, kiedy to się stało. Dopiero się poznaliśmy, dopiero zaczęliśmy spotykać – a tu siup, jedno mieszkanie, drugie, zaraz trzecie, ślub, dziecko (no, prawie), koty, kredyty. Poważna sprawa, zupełnie, jakbyśmy byli dorośli.

Tymczasem my jesteśmy wciąż tymi samymi wariatami: z niechęcią do spraw nazbyt poważnych, leniwi, dość beztroscy; prawdopodobnie zginęlibyśmy, gdyby nie łut szczęścia na każdym kroku.

Dlatego dziś zamiast oficjalnego zdjęcia ślubnego wrzucę foty z okresu, kiedy się poznaliśmy (czyli z listopada 2008 r.). O, proszę:

Czy coś się zmieniło? Chyba nie bardzo :)

Kryzys

Jeżeli istnieje kryzys szóstego miesiąca, to ja go właśnie mam. To znaczy nie wiem na pewno, czy to szósty miesiąc, bo zgubiłam rachubę. Jak nie liczę – od końca, od początku i od USG – nic mi się nie zgadza. Ale załóżmy.

Kiedy moja siostra była w ciąży z bliźniakami, Najmłodsza, wówczas bodaj siedmioletnia, chodziła za nią i powtarzała: „Jesteś gruba jak kula ziemska. Jesteś wielka jak kosmos!” Nie była i ja też nie jestem, ale tak się czuję. Brzuch wydaje mi się wielki i ciężki. Skóra napina się i boli. Po jedzeniu jest najgorzej, dziecko plus obiad to już za wiele na jeden brzuch. Zaczynam mieć problemy ze schylaniem się, zawiązaniem butów, podniesieniem czegoś z podłogi – a jeszcze większe ze wstaniem potem. Prócz brzucha i biustu prawie nie przytyłam, ważę ok. 58 kg i czuję, że brak mi przeciwwagi do tej piłki z przodu.

Jestem ciągle zmęczona, czuję się kiepsko. Wkurzają mnie dysputy o tym, że kobiety w ciąży „robią z siebie święte krowy” – to naprawdę nie jest łatwy i przyjemny stan, a ja akurat mam szczęście być zdrowa, dobrze się odżywiać, mieć pracę siedzącą i dużo pomocy na co dzień. Wyobrażam sobie, że dziewczyny z ciążową cukrzycą, anemią, niedowagą, słabą kasą na jedzenie czy np. mające pod opieką starsze dzieci muszą czuć się naprawdę źle. A procent zagrożonych lub po prostu późnych ciąż mamy taki, że powinno się na te dziewczyny chuchać i dmuchać – w interesie polskiego przyrostu naturalnego. Niestety, takie rzeczy tylko w Erze.

Wracając do szóstego miesiąca (czy który to tam jest) – jeszcze KAWAŁ CZASU, a ja już mam dość. Dziecię kopie, wierci się i generalnie robi obcego. Mało śpi – jeśli tak mu zostanie, to nie wróżę sobie świetlanej kariery, zwłaszcza zawodowej. Od września będzie lepiej, bo zamienimy trzecie piętro bez windy na szóste, ale z windą, a ja długi dojazd do pracy autobusem i tramwajem zamienię na kwadrans w metrze. Póki co – miejcie do mnie cierpliwość ;)

Chillout

Obudziłam się dziś wyspana i z myślą: „Cóż za piękny dzień – nie mamy nic w planach!”
A po chwili: „Hmm, to może by tak odwiedzić Bluszczyka?”

Więc odwiedziliśmy Bluszczyka, obejrzeliśmy piękną Zofię (dwutygodniowe dzieci bywają brzydkie, ale Zosia daje radę), wróciliśmy, ogarnęliśmy, zrobiłam krewetki z penne i sałatą (niebo w gębie!), na które zaprosiliśmy Pandę, potem wpadł brat Kaina i w efekcie robiłam dziś dużo rzeczy i widziałam dużo ludzi, ale wciąż jestem zrelaksowana. Może dlatego, że to nie było odhaczanie kolejnych punktów tygodniowego programu, tylko spontan. A może po prostu dlatego, że rano wstałam z łóżka dopiero wtedy, kiedy naprawdę miałam ochotę wstać (rzadko mi się to zdarza, w najlepszym razie wygania mnie głód, bo muszę strasznie często jeść :/).

Tak więc lepiej mi i to dowodzi ostatecznie, że jedyne, co mi dolega, to zwykłe zmęczenie. Ostatecznie – „Co pani chce, w ciąży pani jest!” ;)