Miesięczne archiwum: Sierpień 2012

Wyspa bezludna

Wyspa bezludna potrzebna od zaraz. Sytuacja wygląda bowiem tak, że lada dzień kupię przez internet karabin i zacznę strzelać.

Czuję się bardzo zmęczona. Chciałabym zamknąć się w jakimś cichym, spokojnym miejscu i odpoczywać. Spać, jeść, leżeć, spacerować, czytać, spać, jeść. Dbać o siebie i niczym innym się nie martwić. Tymczasem normalny, zdrowy człowiek nie ma w życiu tak dobrze, więc chodzę do pracy – którą uwielbiam, ale umówmy się, że nie polega ona na popijaniu kawki i nic-nie-robieniu – wracam z pracy, robię pracę dodatkową, zajmuję się domem (za mało), zmianą mieszkania (jest lepiej, mamy ugadane nowe lokum i lokatora do starego), zakupami, chodzeniem do lekarza, spotykaniem się z ludźmi, odwiedzaniem poczty, nie wiem, czym jeszcze – no tymi wszystkimi rzeczami, które robi normalny człowiek codziennie. I jestem tym ogromnie zmęczona, każdy mały problem urasta do rangi ogromnej kłody pod nogami, w dodatku rzuconej złośliwie.

Ludzie denerwują mnie niepomiernie. Dziś zaczęło się od trzęsienia ziemi i było coraz ciekawiej. Poleciłam znajomego koleżance, która szuka lokatorów do mieszkania – umówił się i nie przyszedł. Więcej nie polecę. Napisał drugi znajomy, że chce się zobaczyć, ale żebym przyjechała do niego na zadupie, bo tak mu bardziej pasuje. No hello? Goście mieli przyjść, cały dzień poukładałam pod kątem tej wizyty, o umówionym czasie dzwonimy – nie przyjdą, w ogóle nie planowali dziś. Do optyka pojechałam, na drugi koniec miasta, wyprawę zbiorową z tego zrobiłam, bo kilkoro nas potrzebuje tej usługi – u optyka urlop. Poszłam do ulubionej restauracji, a tam jakaś obca, nieogarnięta kelnerka i jedzenie po raz pierwszy takie sobie.

No wszystko przeciwko mnie, sami widzicie.

W tej sytuacji każdą kolejną propozycję towarzyską witam najpierw okrzykiem „No kurwa! I co jeszcze? Ja nie mam czasu, nie mam siły, spierdalać!”, potem obwąchuję nieufnie, a następnie bardzo uprzejmie odpowiadam. Zwykle twierdząco, bo nie jestem asertywna, dopóki mnie ktoś naprawdę nie wkurwi. Wtedy też nie jestem asertywna, tylko niemiła.

Piłka

Rosnę. Grubnę. Czuję się duża i ociężała. Brzuch często boli, bo ciąża tak jakby nie leczy problemów trawiennych, a leków, które zwykle mnie ratują, staram się nie brać. Jestem zmęczona, słaba, zwłaszcza w upalne dni. Znów gorzej śpię – budzi mnie pęcherz i skurcze łydek. Biorę potas, magnez, żelazo, witaminę C i lecytynę, chyba, że zapomnę. Strasznie dużo, wiem.

Ten potas wcale nie pomaga, skurcze nóg mam straszne. Dziś obudziły mnie nad ranem, łydki bolały jeszcze trzy godziny później. Żelazo też chyba średnio się wchłania, pękają mi kąciki ust. Kupiłam sokowirówkę i miałam robić soki, ale, szczerze mówiąc, zniechęca mnie ilość roboty, która przy tym jest. A zwłaszcza zmywania po. Problemy z koncentracją też nie ustępują, niestety.

Mimo, że taka się czuję ciężka i widzę, że brzuch z dnia na dzień coraz większy, wciąż ważę mniej niż 60 kg. Bardzo dobrze, bo jeszcze kawał czasu przede mną. Jeśli pominąć zmęczenie, czuję się bardzo sexy i zmysłowo. To zasługa ludzi, którzy mi często mówią, że świetnie wyglądam w ciąży. Rzeczywiście, lustro też jest przychylne, choć chwilami tęsknię za moim płaskim brzuszkiem i filigranowymi kształtami. Nawet, jeśli w komplecie były małe cycki i mordka szczurka.

Ten straszny Woodstock

Przeczytałam dziś artykulik w Rzepie, który mnie zdenerwował, bo nie lubię, jak ludzie piszą o tym, czego nigdy na oczy nie widzieli (albo tylko przez chwilę) i przedstawiają fakty bez kontekstu. Przykład faktu bez kontekstu: Pan Wybranowski pisze, iż podczas festiwalu odnotowano „około 51 kradzieży” (ciekawe to „około”, swoją drogą). Pisze też, że przez pole przewinęło się 350 tys. osób (słyszałam gdzieś o 600 tysiącach, ale ok). Teraz zastanówmy się, ile kradzieży jest w ciągu 3 dni na przykład w Bydgoszczy (nieco ponad 350 tys. mieszkańców) – nie chce mi się sprawdzać, ale obstawiam, że TROCHĘ więcej.

Jak to więc jest z tym Woodstockiem? Samo zło, narkotyki, satanistyczna muzyka, pijane siedemnastolatki i deficyt prezerwatyw? Kałuże błota i ścieków (sic!), o których pisze pan Wybranowski, a w nich odurzone marihuaną nieletnie dzieciaki uprawiające seks w rytm ostrej muzyki? Miałoby to w sobie wiele z nostalgii za latami 70. i epoką wolnej miłości, ale niestety. Prawda jest dużo nudniejsza.

Przystanek Woodstock to przede wszystkim ludzie. Bardzo dużo ludzi w jednym miejscu, od kilkuletnich brzdąców po wiek średni. Są rodziny z dziećmi, są rodzice dzieci już dorosłych, jest młodzież szkolna, studenci i pracujący ludzie po 30 (żeby daleko nie szukać, prawda). Są najprawdziwsze, ekstremalne punki, są podstarzali hipisi, są motocykliści, księża, działacze społeczni, artyści najrozmaitszej maści, turyści z Niemiec i spacerujące z torebeczkami stateczne panie z Kostrzyna. Młodych widzi się chyba najwięcej, co nie dziwi, bo trzeba mieć młodość i kondycję, żeby wytrzymać 3 lub więcej dni w palącym słońcu, w kolejkach po picie i jedzenie, i do umywalek, i do toalet, śpiąc w namiotach (niewiele śpiąc, bo koncerty do późna, a potem impreza trwa dalej). Ja już trochę nie mam i wróciłam zmęczona, choć wybraliśmy wersję de luxe, czyli ze spaniem 1,5 km od sceny i spontanicznymi samochodowymi wycieczkami a to nad jezioro, a to do Frankfurtu.

Foto: wosp.org.pl

Ci ludzie na festiwalu mają jedną cechę wspólną: przyjechali tu po to, żeby dobrze się bawić. Panuje atmosfera wszechogarniającej imprezy. Jeśli ktoś nie lubi imprez, owszem, może się poczuć rozczarowany. Muzyka gra zewsząd. Z dwóch scen i trzeciej u Krysznowców, z samochodów, z gitar i bębnów, z gardeł, Bóg wie skąd. Znajomi i obcy tłoczą się też zewsząd i zwykle mają piwo w ręce i we krwi. Mimo to poziom agresji jest znacznie niższy, niż pod przeciętnym monopolowym. Trzeźwi też się zdarzają, bo np. chcą oddać krew albo skoczyć na bungee, albo akurat religia im nie pozwala na regularną najebkę, albo pilnują dzieci, albo nikt im nie sprzedał piwa, bo nie mają dowodu (no, to akurat najłatwiej obejść, ale zaręczam, że sprawdzają). Nieobeznani sądzą, że przyjeżdża się tu dla koncertów, ale to wierutna bzdura. Przyjeżdża się dla atmosfery, dla tej wielkiej, trzydniowej imprezy z ludźmi, którym hasło „Miłość, przyjaźń, muzyka” coś naprawdę mówi, którzy są otwarci na innych, umieją się bawić, zagadają, pomogą w razie potrzeby. Tutaj można wszystko, a na pewno można więcej. Trzydziestoletni stateczni mężczyźni zjeżdżają na tyłku z górki (pozdrawiam mojego męża). Osobnicy w dowolnym wieku i dowolnej płci przebierają się za dowolne rzeczy (rycerz, Borat, anioł, królik, Supermen, pirat – królik był najlepszy). Najprawdziwsi Indianie łażą z jakimś totemem i  mówią w niezrozumiałym języku. Co kilkadziesiąt kroków stoi ktoś z tabliczką „Free hugs”. Są też tabliczki „Zbieram na…” – bilet do domu, piwo, kurs masażu, konia (!), cokolwiek. Zwykle udaje się uzbierać. Rok temu widziałam dwóch gołych panów, którzy najspokojniej w świecie minęli policjantów pilnujących ruchu na przejściu dla pieszych. Policjanci nie zareagowali. To jest Woodstock, golizna tu nikogo nie gorszy, a policja jest od pilnowania bezpieczeństwa na pasach. Opieprzają natomiast za przechodzenie na dziko.

Jeśli to wszystko brzmi dla kogoś skandalicznie, to faktycznie, nie powinien jechać na Woodstock. Chyba, że zamierza napisać o tym artykuł. Wtedy byłoby wskazane, żeby jednak się pofatygował, spędził ze dwa dni na miejscu, pogadał i popił z ludźmi, pojadł krysznowcowego żarcia, popatrzył na kolejki do oddawania krwi, zobaczył, jak koleś na drodze rysuje boskie portrety albo robi profesjonalny masaż i mówi: „Zapłacisz, ile uważasz” (i ludzie płacą, a nie, że łapią obrazek i w nogi). Niech spędzi z nami kilkadziesiąt godzin, a potem, proszę bardzo, niech pieprzy głupoty, ale poparte jakąś prawdziwą obserwacją. Bo tak to tylko niepotrzebnie denerwuje 600 tysięcy ludzi, którzy byli, widzieli, poczuli i, w przeciwieństwie do pana dziennikarza RP, wiedzą coś o Przystanku Woodstock.

A na rozluźnienie proponuję, żebyście w komentarzach pisali, co najfajniejszego Wam się przytrafiło na festiwalu :)