Miesięczne archiwum: Wrzesień 2012

Niedoczekanie

Nie umiem czekać, mówiłam już? Pewnie ze sto razy. Jeśli jedzenie – to ma być natychmiast, 20 minut szykowania obiadu wystawia moją cierpliwość na bardzo ciężką próbę. Jeśli zakupy, to kurierem, szybko, bo ja już chcę się nimi cieszyć! Jeśli miłość, to zaraz, już, na maksa i do końca, do bólu.

A jeśli nie? To cóż, pójdę i wezmę sobie coś innego, równie fajnego, za to natychmiast. Ostatecznie świat jest pełen dobrego jedzenia, pięknych rzeczy i wspaniałych mężczyzn. Tylko potem będę troszkę żałować, że jednak nie udało się zjeść obu dań.

Tymczasem są takie rzeczy, na które warto czekać. I czasami wiem, czuję to na pewno, gdzieś głęboko – że to tylko kwestia czasu i cierpliwości, pogodnego popatrzenia jak mija czas, a wyrafinowanie danie nabiera smaku i mocy. Że jeśli się na rok-dwa zamknę w tej cholernej wieży, to bajka skończy się tak, jak chcę (nawet, jeśli wszyscy mówią, że nie).  I będą fajerwerki, kwiaty, szampan z truskawkami i rejs jachtem w kierunku zachodzącego słońca.

Na myśl jednak o biernym czekaniu bierze mnie taka, pardon, kurwica, że zrywam się z miejsca i z wrzaskiem „a takiego wała!” rzucam się do walki o swoje, o nowe, inne, ekscytujące i dostępne od zaraz. Wyrywam życiu co się da, zgarniam dla siebie, konsumuję zachłannie, do wyrzygania, a potem od nowa. Jest wspaniale. Mam wszystko, o czym marzyłam i wiele z tego zdobyłam sama. Żyję w bajce, może nieortodoksyjnej, ale za to kolorowej i intensywnej.

Że czasem po czterech latach ryczę w poduszkę za tym, na co nie chciałam poczekać? Och, drobiazg. Każdemu się może zdarzyć.

Melancholijna poro, oczu oczarowanie

Jesień poznaje się po pierzchnących ustach i szorstkich dłoniach. Nagle, z dni na dzień, smaruję, wklepuję i nic. Pora na balsamy i cienkie rękawiczki, na krem do rąk w każdym pokoju i kupowanie kolejnych pomadek.

Jesień poznaje się też po chęci na gotowanie. Wczoraj spontanicznie ugotowałam wielki gar pomidorowej – do odgrzewania i picia w kubku po powrocie do domu. Nie ma nic lepszego na rozgrzanie ciała i ducha, niż kubek domowej zupy zaraz po przekroczeniu progu. Zrobiłam też gulasz na co najmniej dwa dni, rozgrzewający, z cynamonem, pyszny. A że ostatnio kocham kasze, ugotowałam do niego kaszę jęczmienną i aż się nie mogę doczekać dzisiejszego obiadu.

Jesień trzeba celebrować. Nie przeganiać, nie narzekać, nie tęsknić za latem. Trzeba piec ciasto, grzać wino, doprawiać herbatę imbirem i miodem, palić świece, zbierać kasztany i kupować puszyste swetry. Trzeba siadywać na kanapie, pod kocem, z książką i kubkiem czegoś dobrego. Trzeba kupić glog i nie oszczędzać go.

Wszystko to, a nawet jeszcze więcej, zamierzam robić pomiędzy pracą a szykowaniem różnych rzeczy dla małej. W planach między innymi pierwsza samodzielnie ugotowana zupa dyniowa. Dam Wam znać, jak wyszła ;) Chcę też pojechać w Bieszczady, odpocząć, powdychać pachnące powietrze, przewietrzyć umysł. Trzymajcie kciuki.

O tym nie piszą w książkach

Kiedy rodzi się dziecko, wszystko staje się podporządkowane temu dziecku. Bo jest małe, bo jest bezradne i zdane tylko na nas, a czekać nie będzie, ponieważ nawet tego jeszcze nie potrafi. Wszyscy o tym wiemy, jedni w teorii, inni z doświadczenia.

Tak naprawdę jednak cała zabawa zaczyna się wcześniej. Przynajmniej dla matki. Ciąża jest wymagająca. Ciąża ma swoje prawa i dostosujesz się do nich, czy tego chcesz, czy nie.

Nigdy nie jadłaś śniadań, nie cierpisz jeść rano – teraz wstajesz i jesz. Nie jesteś głodna, ale nauczyłaś się już dawno, że nie nakarmiona ciąża rzuci Cię na glebę w kwadrans po wyjściu z domu. Lubisz imprezy – niestety ciążę wkurza hałas, denerwują ludzie, a poza tym chodzi spać o 22.00. Masz jakieś plany – nie, żeby spektakularne: ogarnąć burdel w mieszkaniu, uprasować te małe ubranka. W połowie prasowania wdzięcznie osuwasz się na podłogę i możesz już tylko dyrygować mężem, który zresztą widzi te ciuchy pierwszy raz w życiu i nie odróżnia uprasowanych od nieuprasowanych, więc chowa do komody wszystkie naraz i potem sobie dziel, Kopciuszku. Chcesz iść do sklepu, kupić sobie choćby pieprzoną pastę do zębów. Ugotować obiad. Pospacerować. Ciąża rzuca Cię na łóżko, szlochającą ze złości, i nie zapomnij podłożyć poduszki pod nogi, bo rano nie wstaniesz.

Zawsze spałaś jak suseł, w każdej pozycji i dowolnym miejscu. Teraz przez pół nocy żonglujesz poduszkami, mężem i sobą. Na prawym boku niedobrze, bo dziecko ma tam pięty i już trenuje skakanie po łóżku rodziców (niedoczekanie). Oraz duszno. Na lewym ujdzie, acz teraz wbija się w materac dupką. Bez kitu, ta dziewczyna wszędzie ma jakieś kanty. Na plecach spoko, pod warunkiem, że okno jest otwarte, poduszki pod nogami i że szybko zaśniesz, zanim kot Ci wlezie na brzuch i zacznie przepychanki z młodą.

To są drobiazgi, ale z tych drobiazgów składa się cały Twój dzień, każdy, a także każda noc. Wszystko, co robisz, podporządkowane jest brzuchowi i tylko jemu. Każda rozmowa z ludźmi zaczyna się od tematu ciąży lub nań schodzi. 10 na 10 osób, widząc Cię, pyta: „Jak się czujesz?” lub wprost: „Jak brzuch?” Nie masz już pracy, związku, rodziny, planów na weekend – masz tylko ciążę. Mam wrażenie, że gdybym w dowolnym miejscu publicznym krzyknęła, że mój dom się pali, ludzie chórem odparliby: „A jak brzuch?”. Gdzieś tam, pod brzuchem, jesteś Ty, jeszcze niedawno człowiek z osobowością i sexapilem. Siedzisz i wyglądasz przez żebra z nikłą nadzieją, że ktoś Cię tam wypatrzy.

Wściekła i smutna, zaczynasz się złościć na ciążę, co oczywiście natychmiast powoduje wyrzuty sumienia. Toteż, targana sprzecznymi emocjami, których nie wybiegasz, nie zapijesz i nie… no, mniejsza z tym, no więc targana tymi emocjami robisz nocną dramę z godzinnym płaczem, świadoma, że hasło „nikt mnie nie kocha” nie brzmi poważnie w sytuacji, gdy oto jesteś ukochaną, hołubioną żoną i matką.

Nie szkodzi, wszystko i tak zostanie zrzucone na konto burzy hormonalnej. Na szczęście bowiem kobiety w ciąży nie mają problemów: one mają tylko wahania nastroju.

Wyjście z szafy

Delfin okazuje się być dziewczynką.

Poszliśmy dziś na USG 3D, czy tam 4D, nie wiem, bo w przychodni raz mówią tak, a raz inaczej. Zasadniczo plan był taki, że zobaczymy na ekranie twarz naszego dziecka i wzruszymy się niemożebnie.

Taak.

Ujęć w tym 3D i w kolorze mamy może ze trzy. Na każdym widnieje coś w rodzaju niezidentyfikowanej tkanki, podobnej jakby do ośmiornicy, która się dziwnie rusza i ogólnie przywodzi na myśl tanie horrory. Za to w 2D zupełnie znienacka od pierwszego ujęcia odkryliśmy, że będziemy mieli dziewczynkę. Co poniekąd obrazuje, cośmy w czasie badania obejrzeli i – z grubsza – gdzie Lila miała nasze starania o ładne  zdjęcie.

W sumie nic dziwnego: pannica szalała wczoraj jeszcze długo po drugiej w nocy, niemiłosiernie kopiąc w bok próbującą usnąć matkę. O ósmej, kiedy wstawałam, robiła to samo. W międzyczasie może spała, nie wiem, bo nie uważałam, zajęta niejakim Morfeuszem. Toteż o 10.00, akurat na czas badania, zapadła w słodki sen (à propos słodkiego, zjadłam batonik przed badaniem, ale glukoza też nie pomogła) i na wszelkie próby obudzenia reagowała głębszym wciskaniem twarzy w poduszkę z moich bebechów. Skłoniona wreszcie do pokazania kawałka buzi, zrobiła facepalm pępowiną – przysięgam, był to widok godny uwagi, niestety nie udało się go ładnie ująć na filmie. Full profeska, zasłoniła wszystko tym sznurkiem.

Było to, nie przeczę, urocze i ubogacające przeżycie, szczególnie w połączeniu z komentarzami lekarza wykonującego badanie. Wszyscy byliśmy dość ubawieni i żartowaliśmy sobie na całego. Po 15 czy 20 minutach daliśmy dziecku spokój (obudziła się w drodze powrotnej, rzecz oczywista).

No, ale taką tam jedną foteczkę udało mi się wyciągnąć z tego filmu – proszę, oto portret:

Ciążo, daj żyć

Kryzysik.

Jestem WIELKA. Znaczy OK, wiem, że przytyłam od początku tylko 7 kg, ale jestem wielka. Składam się z wielkiego, okrągłego brzucha, który codziennie staje się większy, choć niekoniecznie bardziej okrągły, gdyż okresowo posiada wypustki, na przykład w miejscu pięty. Nie mojej pięty. Chodzę jak kaczuszka, bujając się na boki (prawie jak Marylin z jednym spiłowanym obcasem, tylko, że nie). Nie mam w co się ubierać. Nie mogę swobodnie zawiązać butów, wstać, gdy kucnę, wejść po schodach w normalnym tempie.

Wszystko to zdaje się niezwykle bawić moje otoczenie. „Ojej, chodzisz już jak kaczka!”, „Och, znowu ci brzuch urósł, piłeczko!”, „Cześć, ojej, ale jesteś ciężarna!” – wszystko w tonie rozczulenia, pobłażania i życzliwości, podczas gdy mi się scyzoryk otwiera w kieszeni. Tak, zauważyłam, że przestałam być człowiekiem, a stałam się brzuchem, dzięki za przypomnienie.

Jestem ogromnie zmęczona. Zasypiam w locie, a latać trzeba dużo i długo. Wróciły mdłości i inne rewelacje, w tym emocjonalne huśtawki. Z konieczności odkładam wszystko to, co nie jest niezbędne. W pracy wdrażam tryb częściowo zdalny. Na imprezach wytrzymuję jakieś dwie godziny. Zdarza mi się wrócić do domu i zwyczajnie rozpłakać ze zmęczenia.

Najgorsze, że przecież nic takiego nie robię. Do firmy mam 20 minut, pracę siedzącą, męczącą tylko intelektualnie, ale nie fizycznie. Poza tym normalne życie: jakieś spotkania, jakieś urodziny czy śluby, codzienne sprzątanie, gotowanie, zakupy. I nie sama przecież, bo dzielimy się zadaniami, w dodatku nie po równo, gdyż np. ja padam na twarz i zasypiam, a Cain ogarnia. W zakupach i gotowaniu ostatnio pomagają też Siostra ze Szwagrem. Fajnie jest mieszkać tak blisko mojej rodziny.

Bez Caina byłoby ciężko. Bardzo się mną opiekuje i bardzo pomaga. W pewien pokrętny sposób sprawia to jednak, że jeszcze bardziej czuję się Przyszłą Matką. A może wolałabym być na przykład Gorącą Kochanką. Że zasypiam w minutę, ledwo zobaczę materac? Ojtam ojtam.

P.S. Jeśli macie wrażenie, że w połowie tego wpisu zgubiłam wątek, to dlatego, że NAGLE musiałam zrobić sobie coś do jedzenia i spożyć jak najszybciej. W dodatku wsypałam za dużo pieprzu i teraz pieką mnie usta.

Zapachy jesieni

Mieszkanie źle pachnie. Niewłaściwie. Nie po naszemu. Może to farba na ścianach, niedawno odświeżana, może kurz, może wentylacja, nie wiem. Wracam z pracy, otwieram drzwi i mi śmierdzi. Nie w sensie, że coś wydziela nieświeży zapach, tylko w sensie, że to nie mój dom. Okropne uczucie.

Tymczasem wszyscy, którzy już mieli okazję nas odwiedzić, chwalą bardzo. Że piękne. Że te kolory na ścianach super. Że kuchnia ładna. No ujdzie, myślę sobie, jakoś ujdzie, no my też uznaliśmy przecież, że ładne, brzydkiego byśmy nie wzięli. Ale jakoś tak – nie tak. Bo ten zapach. Nie nasz. Doszło do tego, że rozpylałam po mieszkaniu swoje perfumy, ale wystarczało tylko na chwilę.

Aż Cain powiedział: „Trzeba upiec ciasto!” Kupiliśmy więc dziś dwa kilo śliwek, siostra przyniosła dwie spore blaszki i zrobiłam placek ze śliwkami. Dwa placki. Cały dom pachnie ciastem, które wyszło pyszne, ale sycące, dzięki czemu nie zostało pożarte w całości (a może dzięki lodom, z którymi je podaliśmy). Kupiliśmy też zapach do łazienki (bo choć niewątpliwie woń kociej kuwety jest dość swojska, to może nie do końca jest to ta swojskość, o którą nam chodzi) i pachnące świece. Nie wiem, może będzie lepiej.

A ciasto ze śliwkami to takie coś, co musi być we wrześniu. Pyszne, słodko-kwaśne, posypane cukrem pudrem. Trzeba to sobie powiedzieć wprost – zaczyna się jesień. Teraz będą ciasta, herbata z korzeniami, glog i wieczory pod kocem. Też dobrze.

Kontrola

Lubię mieć kontrolę.

Lubię mieć wszystko zaplanowane. Najlepiej z dużym wyprzedzeniem. Lubię wiedzieć, kiedy coś się wydarzy i co może z tego wyniknąć. W życiu zawodowym robię sobie listy „to do”, w rodzinnym – listy zakupów i kalendarze, w uczuciowym – wyobrażam sobie każdą możliwą opcję i zazwyczaj jestem na nią gotowa. Kiedy mam wiedzę i plan, czuję się bezpieczna – mam poczucie, że wszystko będzie ok, nawet, jeśli nie całkiem zgodnie z tym planem, bo, umówmy się, plany sobie, a życie sobie. Ale ogólny zarys zwykle się zgadza – i o to chodzi.

Zupełnie nie wyobrażam sobie puszczenia wszystkiego „na żywioł”. Ważne pozycje w budżecie planuję czasem na kilka miesięcy do przodu, imprezy – na kilka tygodni, wielkie zmiany – czasem z kilkuletnim wyprzedzeniem. Oczywiście najlepsze rzeczy zdarzają się zawsze bez planu, ale dzięki temu, że reszta jest zaplanowana – łatwiej w razie czego wprowadzić rewolucję.

Strasznie się wkurzam, kiedy te moje plany ktoś lub coś mi zmienia. Odwołane spotkanie, choroba, brak kasy, różne rzeczy, w wyniku których coś nie wypali wtedy, kiedy miało wypalić – doprowadzają mnie do szału. Tłumaczę to sobie brakiem czasu – jeśli coś mi nie wypali w zaplanowanym terminie, w konsekwencji muszę poprzestawiać wszystko inne, żeby znaleźć inny termin, lub całkiem z tego czegoś zrezygnować. Fuj, nie lubię. Ale może chodzi właśnie o kontrolę? O poczucie, że coś, co JA ZAPLANOWAŁAM, wyjęto mi z rąk i popsuto?

Jednocześnie uwielbiam tę kontrolę oddawać. Porwij mnie i wywieź gdzieś, gdzie nigdy nie byłam; zaplanuj mi weekend, wybierz za mnie trasy wycieczek. Albo przejmij domowy budżet, płacenie rachunków, decydowanie, co trzeba kupić, kiedy do kogo idziemy. Zabierz mi planowanie, organizowanie, ogarnianie, nakaż nie kłopotać tym mojej ślicznej główki – w sekundę oddam całą odpowiedzialność, żądając w zamian tylko wiedzy, o której godzinie w co mam być ubrana.

Oczywiście pod warunkiem, że mam do ciebie wystarczające zaufanie (że nie zapomnisz, nie spieprzysz, nie spóźnisz się z opłatą, nie zgubisz biletu). Taki tam haczyk.

Ostatni karton

To był bardzo ciężki tydzień. Sobotnia przeprowadzka i kolejne dni rozpakowywania kartonów, kupowania i skręcania mebli. Układanie, chowanie, czyszczenie. Odkrywanie usterek mieszkania – które generalnie jest bardzo w porządku, ale właśnie nauczyłam się, jak bardzo różni się wnętrze urządzane do mieszkania od wnętrza urządzanego pod wynajem.

Wreszcie skończyliśmy, rozpakowaliśmy dziś ostatni karton, poustawialiśmy sobie Centrum Dowodzenia Wszechświatem (super, na jednym wielkim biurku oba laptopy, drukarka, dysk, głośniki – wygodnie i blisko siebie) i jeśli jutro będę jeszcze żywa, to może rozważę umycie podłóg po tym wszystkim. Koty zdążyły się zadomowić i zaczęły w miarę spać w nocy, zamiast nap… znaczy tego, biegać po panelach i robić hałas pazurami oraz paszczami. Gorzej z nami, jakoś nie czujemy się jak w domu. Ale wierzę, że się poczujemy.

Gdzieś w międzyczasie przyszedł mój nowy pas ortopedyczny i okazało się, że nie nadaje się do noszenia na co dzień, gdyż obciera. Mogę go zakładać na ubranie i tak robię, gdy jestem w domu i mam sporo do zrobienia. Myślę, że uratował mi co najmniej dwie noce w tym tygodniu – po kilku godzinach spędzonych na gimnastyce w rodzaju: pochylić się, wyjąć coś z kartonu, wstać, odłożyć, schylić się, wyjąć, wyprostować, odłożyć, przeciągnąć karton do drugiego pokoju, schylić się, wyjąć, wstać, schować… – po kilku godzinach powinnam umierać z bólu pleców, a było całkiem nieźle. Poza tym posiadłam legginsy i spodnie z miejscem na brzuch, a brzuch jest wielki i niesymetryczny, tu coś wystaje, tam coś się rusza i stanowczo nie życzy sobie żadnego ucisku. Najmniejszego.

Poza tym Cain dostał zapalenia spojówek i po wizycie w aptece uznałam, że mógłby facet mieć jakieś tańsze fanaberie. Ale co robić. Aplikuje kropelki i cierpi, a ja wyrażam współczucie i obsesyjnie myję ręce, bo bardzo nie chcę uczestniczyć w tej imprezie.

A tak całkiem poza tym to powiem Wam, że czasem bardzo bym się napiła. Wina na przykład. Po pół roku życia na trzeźwo tak bym sobie z raz, dla kurażu, na życiową odwagę, na zmęczenie, na stres… Wprawdzie alkohol nie rozwiązuje problemów. Ale mleko też nie.

Na nowym

Czwarta w nocy. Duszno, gorąco, głośno. Kot Duch chodzi i nawija. Biedna Plamka raz na na jakiś czas próbuje się położyć spać, ale ten głupek zaczyna koncert, więc zrywa się i leci do niego. Za oknem rozdzierające wrzaski na literę „aaaaa”. Coś z hukiem spada. Nie ma mebli, więc jest echo, a do echa dorzućcie koty na panelach. Czuć kurzem i trochę farbą (malowane tydzień temu).

W końcu wstałam, bo ile można się przewracać z boku na bok.

Przeprowadzka była procesem złożonym (w sumie nadal nim jest). Najpierw koleżanka przywiozła mi wielki stos kartonów. Potem  przyjechało kilka osób i razem z Kainem spakowali rzeczy.  Brzmi krótko i prosto, nie? :) Wieczór i pół nocy wyciągania, owijania, chowania, układania. Osobiście zrobiłam niewiele, litościwie wyganiana na kanapę. Plecy wszczynały alarm przy każdej próbie większego zaangażowania się. Wreszcie udało się spakować prawie wszystko, choć był to proces raczej chaotyczny ;-) Padliśmy koło drugiej w nocy.

Nazajutrz rano zaczęło się dopakowywanie i próby sprzątania, mocno ograniczone przez leżące wszędzie kartony, worki i torby. Następnie okazało się, że jednak nie zmieścimy się na raz do transportera. Zostawiłam cały ten pierdzielnik, zabrałam koty, koci bagaż i swojego laptopa i udałam się pod nowy adres czekać na montera od internetu i kuriera z zakupami. Koty wyły w samochodzie prawie cały czas, a trzęsły się w swoim transporterku tak, że i ja cała chodziłam. W domu wlazły do szafy i kontynuowały przez następne parę godzin. Eksplorację rozpoczęły pod wieczór, ostrożnie i z warczeniem, ale kiedy skręciliśmy ich drapak, wyraźnie się odprężyły. Teraz z podekscytowania nie mogą spać, zwłaszcza ten szary gaduła. No a ja przez nie.

Nie obeszło się bez fakapów i wpadek. Dwa razy zapomnieliśmy o kluczach do rozkręcenia orbitreka. Ukradliśmy z poprzedniego mieszkania tacę i pokrywkę. Na miejscu, już po przeprowadzce, nie mogliśmy znaleźć majtek ani patelni. Generalnie udało się jednak przeprowadzić i teraz siedzimy na kartonach, w przenośni, bo dosłownie ja na krześle – szczęśliwie posiadamy krzesła – a Kain usiłuje spać – szczęśliwie posiadamy materac. Z mebli niewiele więcej, jeszcze komody dla delfina. Brakuje szafy na ubrania, jest tylko taka na kurtki i buty. Brakuje biurka – jest stół kuchenny. I krzeseł biurowych. I kanapy. Nie wiem, czego jeszcze, choć mamy już pokaźną listę zakupów i przy odrobinie szczęścia zrealizujemy ją na początku tygodnia. Pozostanie czekać na dostawę mebli, potem się rozpakować i nie zbankrutować.

Generalnie mieszkanie jest bardzo ładne, wygodne i porządne. Nie tak piękne i artystyczne jak poprzednie. Ot, typowe mieszkanie pod wynajem, w porządnym standardzie. Bezpieczne – choć już zauważyłam jeden wystający ze ściany kabel w miejscu gniazdka – praktyczne, spokojne. Bardziej ciche, niż tamto, co nie znaczy, że ciche – okna wychodzą na dwupasmówkę, ale nie jest to Waszyngtona, więc zawsze postęp. Minusem są mole, duchota i konieczność kupienia własnych mebli. Znaczy miałam w życiu jakieś meble, ale część się rozpadła, część została w innych mieszkaniach, a w ogóle nigdy nie meblowałam 50 metrów kwadratowych.

Parapetówy na pół setki osób tym razem nie planujemy – nie mam siły. Może coś skromnego.