Wyjście z szafy

Delfin okazuje się być dziewczynką.

Poszliśmy dziś na USG 3D, czy tam 4D, nie wiem, bo w przychodni raz mówią tak, a raz inaczej. Zasadniczo plan był taki, że zobaczymy na ekranie twarz naszego dziecka i wzruszymy się niemożebnie.

Taak.

Ujęć w tym 3D i w kolorze mamy może ze trzy. Na każdym widnieje coś w rodzaju niezidentyfikowanej tkanki, podobnej jakby do ośmiornicy, która się dziwnie rusza i ogólnie przywodzi na myśl tanie horrory. Za to w 2D zupełnie znienacka od pierwszego ujęcia odkryliśmy, że będziemy mieli dziewczynkę. Co poniekąd obrazuje, cośmy w czasie badania obejrzeli i – z grubsza – gdzie Lila miała nasze starania o ładne  zdjęcie.

W sumie nic dziwnego: pannica szalała wczoraj jeszcze długo po drugiej w nocy, niemiłosiernie kopiąc w bok próbującą usnąć matkę. O ósmej, kiedy wstawałam, robiła to samo. W międzyczasie może spała, nie wiem, bo nie uważałam, zajęta niejakim Morfeuszem. Toteż o 10.00, akurat na czas badania, zapadła w słodki sen (à propos słodkiego, zjadłam batonik przed badaniem, ale glukoza też nie pomogła) i na wszelkie próby obudzenia reagowała głębszym wciskaniem twarzy w poduszkę z moich bebechów. Skłoniona wreszcie do pokazania kawałka buzi, zrobiła facepalm pępowiną – przysięgam, był to widok godny uwagi, niestety nie udało się go ładnie ująć na filmie. Full profeska, zasłoniła wszystko tym sznurkiem.

Było to, nie przeczę, urocze i ubogacające przeżycie, szczególnie w połączeniu z komentarzami lekarza wykonującego badanie. Wszyscy byliśmy dość ubawieni i żartowaliśmy sobie na całego. Po 15 czy 20 minutach daliśmy dziecku spokój (obudziła się w drodze powrotnej, rzecz oczywista).

No, ale taką tam jedną foteczkę udało mi się wyciągnąć z tego filmu – proszę, oto portret: