Zapachy jesieni

Mieszkanie źle pachnie. Niewłaściwie. Nie po naszemu. Może to farba na ścianach, niedawno odświeżana, może kurz, może wentylacja, nie wiem. Wracam z pracy, otwieram drzwi i mi śmierdzi. Nie w sensie, że coś wydziela nieświeży zapach, tylko w sensie, że to nie mój dom. Okropne uczucie.

Tymczasem wszyscy, którzy już mieli okazję nas odwiedzić, chwalą bardzo. Że piękne. Że te kolory na ścianach super. Że kuchnia ładna. No ujdzie, myślę sobie, jakoś ujdzie, no my też uznaliśmy przecież, że ładne, brzydkiego byśmy nie wzięli. Ale jakoś tak – nie tak. Bo ten zapach. Nie nasz. Doszło do tego, że rozpylałam po mieszkaniu swoje perfumy, ale wystarczało tylko na chwilę.

Aż Cain powiedział: „Trzeba upiec ciasto!” Kupiliśmy więc dziś dwa kilo śliwek, siostra przyniosła dwie spore blaszki i zrobiłam placek ze śliwkami. Dwa placki. Cały dom pachnie ciastem, które wyszło pyszne, ale sycące, dzięki czemu nie zostało pożarte w całości (a może dzięki lodom, z którymi je podaliśmy). Kupiliśmy też zapach do łazienki (bo choć niewątpliwie woń kociej kuwety jest dość swojska, to może nie do końca jest to ta swojskość, o którą nam chodzi) i pachnące świece. Nie wiem, może będzie lepiej.

A ciasto ze śliwkami to takie coś, co musi być we wrześniu. Pyszne, słodko-kwaśne, posypane cukrem pudrem. Trzeba to sobie powiedzieć wprost – zaczyna się jesień. Teraz będą ciasta, herbata z korzeniami, glog i wieczory pod kocem. Też dobrze.

2 myśli nt. „Zapachy jesieni

  1. MiSzA

    „Cain powiedział: trzeba upiec ciasto […] i upiekłam placek ze śliwkami”. Ten człowiek jest moim bogiem :D

Możliwość komentowania jest wyłączona.