Miesięczne archiwum: Październik 2012

Głową w dół

36 tydzień. Czy jakoś tak. Ostatnie USG wykazało, że młoda wisi w pozycji netoperka, głową do dołu (dźgając mnie łbem w pęcherz, a jakże), czyli wszystko ok. To coś, co na 100% nabiło mi już na zawsze wielkiego sińca od wewnątrz, po prawej stronie – to nogi. Symetrycznego siniaka, który boli tylko trochę mniej, nabija mi z lewej dupką.

Mówią, że waży 2900. Jak dla mnie wystarczy, w żadnej z rodzin nie było ostatnio urodzaju na wielkoludów. Ale podejrzewam, że skoro ma jeszcze miesiąc, to zdąży sporo przybrać. Zwłaszcza, iż ŻRĘ. Wpierdzielam na potęgę, co na drodze, to nieprzyjaciel. Niby nie jestem głodna, albo tylko trochę, a zmiatam z talerza każdą ilość żarcia i o dowolnej porze. Nigdy tak nie miałam. A co zjem, leci w młodą, ja ważę 63 kg i poza brzuchem mało urosłam, odpukać. No więc co, nie dam jej? A niech ma.

Ogólnie jest słabość wielka i zmęczenie. Brzuch ciąży, spać niewygodnie, jak stoję, to mi słabo, jak idę, to się męczę, jak siedzę, to bolą mnie plecy i brzuch. Podczas pracy panna kopie mi w biurko. Mam wory pod oczami, wiecznie zmęczony wyraz twarzy i nie chce mi się malować. Lustrzyca mnie dobija. Na domiar złego zszedł mi paznokieć (tak, ten, co mi na niego od lat ciągle ktoś nadeptuje). Tęsknię za nim. W ogóle kiedyś byłam sexy laską, pamiętam. Albo już nie pamiętam.

W całym tym Sajgonie wzięliśmy dwa dni urlopu i jedziemy do czeskiej Pragi. Wersja lux, czyli eurocity i rezerwacja w fajnym hostelu. Kiedyś to się jeździło: nocnym na korytarzu albo mazdą Izu, z obowiązkowym poślizgiem na autostradzie i nerwowym szukaniem gazu do zatankowania. W ciemno, bez rezerwacji w ostatni weekend września (wylądowałyśmy w hotelu robotniczym na Żiżkowie – śmierdziało grzybem, a z okien sąsiednich budynków pijani panowie zapraszali nas w gości). Teraz to szał ciał i uprzęży, bo przecie nie będę wiozła brzucha w ciasnocie. W planach mamy koncert Amandy Palmer, czeskie żarcie i ogólnie ostatni samotny urlop. Caaałe cztery dni, z czego prawie dwa w podróży.

Uprzedzając Wasze pytania – nie, nie zamierzamy rodzić w Czechach. Za to zamierzam robić nam masę zdjęć i mieć na pamiątkę.

Sklep odnarodzin.pl – odradzam

Jak wiecie, w sierpniu kupiłam pas ciążowy na Allegro. Nabyłam go od użytkowniczki biala992, która okazała się reprezentować sklep odnarodzin.pl. Szukałam w internecie informacji o rozmiarach i zdawało się, że będzie ok. Okazał się o wiele za duży, a że producent nie ma mniejszych, sprzedawca zgodził się wymienić mi na pas innej firmy. I git, tylko że nie do końca.

Nowy pas był tańszy od starego, więc sklep zaproponował, żebym wybrała coś w brakującej kwocie. Niestety ich sklep internetowy jest o kant tyłka potłuc (cholernie ciężko znaleźć coś wg. rozmiaru i jeszcze żeby było zdjęcie) i po godzinie dałam sobie spokój. Poprosiłam o zwrot na konto.

Nowy towar dostałam bardzo szybko, a zwrotu nie było, nie było, nie było… Wysłałam kilka maili w pustkę, zadzwoniłam, natknęłam się na urlop jedynej kompetentnej osoby, zadzwoniłam ponownie, poproszono mnie o maila, wysłałam, odpisano, że już nazajutrz wszystko wyjaśnią. To było 2.10. Tydzień później dostałam przelew, ale na mniejszą kwotę (tak, uwzględniłam koszty wysyłki). Kolejne maile w pustkę, telefonu nikt nie odbiera.

Podsumowując: bardzo odradzam.

EDIT:
Kwotę chyba jednak ja źle policzyłam, a oni dobrze. Ale reszta, niestety, pozostaje w mocy :/

Ta okropna sól

Posiadam małżonka z nadciśnieniem. Wyszło to na jaw jakiś rok temu, więc pewnie mogłabym podciągnąć pod oszustwo matrymonialne i zażądać satysfakcji, ale, zamiast pójść na łatwiznę, postanowiłam nieść swój krzyż. We frazie „długo i szczęśliwie” interesują mnie obie części, zatem przedsięwzięliśmy plan, który ma na celu obniżenie ryzyka, ciśnienia i poziomu stresu. Najlepiej bez leków, tak więc na pierwszy ogień leci tryb życia i dieta.

Nie żremy jakoś strasznie tłusto i staropolsko. Niestety, w diecie nadciśnieniowca nie chodzi tylko o tłuszcz i cholesterol, ale głównie o sód. Czyli sól. Z solą jest tak, że ona jest WSZĘDZIE. Dzienna zalecana dawka dla dorosłego, zdrowego człowieka to 5 g, czyli jedna łyżeczka. Taka ilość soli jest w kajzerce. No, może dwóch. Najwięcej spożywamy jej właśnie w pieczywie i w wędlinach. Poza tym sól, dużo soli, jest w: serach (nie znalazłam w sklepie sera bez soli), konserwach (ryby, kukurydza, suszone pomidory, wszystko inne), maśle, sosach (majonez, keczup i cała reszta), mieszankach przypraw (od cholery) i tak dalej, i tak dalej. Wgłębiłam się w skład produktów, które wrzucam do koszyka podczas normalnych spożywczych zakupów i okazało się, że wszystkie są solone.

Długo się zastanawiałam, jak to zrobić, żeby wyeliminować cały ten solony syf. Bo nie solić w domu potraw to ja mogę, spoko. Ale co kupować? Co jeść na śniadanie, na przekąskę, na kolację? Dla utrudnienia na cenzurowanym są też czerwone mięsa, słodycze, mleko, biała mąka i tłuszcze. Tu bym się może nie zapędzała, oliwy z diety nie wyeliminuję, bo witaminy rozpuszczalne w tłuszczach też trzeba mieć w organizmie, ale już np.  zamiana tłustych serów na chude brzmi rozsądnie.

Pozbierałam wiedzę, pogadałam z ludźmi (na szczęście znam różnych nawiedzonych wariatów od jedzenia,tu wielki ukłon zwłaszcza w stronę Katii) i, mimo początkowego przerażenia, udało mi się chyba ogarnąć temat.

– Zamiast paskudnych, sklepowych wędlin mamy w lodówce pieczoną pierś kurczaka, a druga, zamrożona, czeka na swoją kolej.
– Wypróbowaliśmy domową pastę z suszonych pomidorów i drugą – jajeczną z awokado. W planach jajeczna bez awokado (nie zyskało aprobaty), domowy hummus, domowe pesto bez sera i różne eksperymenty. Pyszne, zdrowe i nie trzeba smarować masłem.
– Zamiast tłustego, żółtego sera – chudy twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką. Mniam.
– Chleb orkiszowy, razowy, żytni – ze sklepu, ale tymczasowo, bo zamierzam pozyskać maszynę do pieczenia i robić chleb w domu, mniej słony.
– Majonezy, puszki – won.
– Oczyszczana mąka pszenna też won, przerzucamy się na razową. Można z niej zrobić np. placki z jabłkami i jeść zamiast kanapek. Makaron też wprowadzamy razowy (to akurat boli bardziej mnie, bo nie przepadam, ale też nie powinnam jeść białej mąki, więc zamierzam się przyzwyczajać).
– Zamówiłam niezbędne ingrediencje i będę robić domowy ser! :)
– Owsianka nie przeszła. Cóż.

Generalnie więc nie jest tak źle, jak się zdawało na początku (bułeczek nie można? mielonki? serka?! ło Jezu, co to będzie!). I roboty też nawet nie tak wiele – przygotować parę rzeczy na zapas, coś zamrozić, coś zamknąć w słoiku, coś zmieszać na bieżąco. I nowe smaki w diecie, a to zawsze miłe.

Jeśli ktoś z Was ma doświadczenia z dietą niskosodową, to chętnie posłucham. Sama też będę raportować, jak to wychodzi i czy bardzo trudno się przyzwyczaić. Wiadomo, że nie będziemy oboje jeść tak całkiem tego samego, bo ja wkrótce będę matką karmiącą i pewnie będę miała inne zapotrzebowania, niż wysokociśnieniowiec – zwłaszcza, że ja akurat mam z natury ciśnienie bardzo niskie. Ale mniejsza ilość soli mi też na pewno nie zaszkodzi :)

Praca ubogaca

Zaczynam mieć takie coś, że jak przemawiają do mnie kobiety, które były w ciąży i Mają Doświadczenie, to korci mnie, by być niemiłą. Niemiłość, gdybym jej pofolgowała, przyjęłaby formę pytania:

„Ale też w tym czasie pracowałaś zawodowo?”

Albowiem jestem rarogiem (nie wiem do końca co to jest raróg i nie chce mi się sprawdzać, ale zdaje się, że coś rzadkiego i dziwnego). Rarogiem pracującym w 8 miesiącu ciąży i planującym kontynuować przynajmniej do 9. Otóż jeszcze nie spotkałam, nie widziałam, nie słyszałam, żeby ktoś tak robił, jak znacie, to mnie pocieszcie. [Edit: przypomniałam sobie jedną, też copywriterkę.] Mój lekarz przestał już pytać, czy na pewno nie chcę zwolnienia, radzi tylko, żebym trochę więcej spała, jak zdążę. Sprawa jest dość złożona, no ale akurat teraz nie chciałabym L4 i radzę sobie z pracą – tylko, że potem z innymi rzeczami już nie za bardzo.

No i jak mi czasem z dobrego serca ktoś rzuci: „Ja w ósmym miesiącu to coś tam, coś tam, góry przenosiłam!”, „Zmęczona? Nie przesadzasz?” albo ceremonialne „Wyśpij się na zapas, bo potem to ci dopiero dziecko spać nie da!” – to mnie z letka coś trafia.

Tak że z góry sorencja, jakby się mnie coś wymskło.

Priorytety

Nie to, że ciąża daje plus 100 do zen, bynajmniej, niestety.
Ale daje priorytety, którymi są:

– spanie
– jedzenie
– odpoczywanie
– jedzenie
– odpoczywanie
– spanie.

Na resztę mam zasadniczo wyjebane. Polityka mi obecnie wisi dorodnym kalafiorem, tzn. owszem, oburza, ale nie aż tak, żebym się miała wypowiadać. Dowcipy śmieszą, o ile są krótkie i proste. Długie zajmują cenny czas, który można poświęcić na efektywną pracę, żeby zaraz po niej iść spać. Makijaż zdaje mi się zbytkiem, zamiast tego lepiej spokojnie zjeść śniadanie. I tak dalej.

Do tego jestem przeziębiona i panikuję, że zapadnę na kaszel. A kaszel to wiecie: skurcze z tego mogą być. Tymczasem dama niby ukończona, ale wciąż malutka. Niechby jeszcze z kilogram przytyła, zanim zacznie marznąć na zewnątrz…

Lubimy mruczenie

Dziecko wewnętrzne lubi mruczenie. Kocie mruczenie. Od samego początku włażący na brzuch kot witany jest łaskawie, o ile mruczy. W pewnym momencie Duch zaczął przychodzić częściej i chętniej, specjalnie po to, żeby pomruczeć do brzucha. Przed ciążą rzadko do mnie przychodził, bo to jest ukochany kotek Caina, który mnie owszem, nawet lubi, ale żeby się tak od razu sam z siebie spoufalać, to nie.

Teraz przyłazi, kładzie się na mnie albo obok, przylega do brzucha i mruczy. Wczoraj wcisnął się między mnie a Caina, kiedy właśnie leżeliśmy i gapiliśmy się na podskakujące pudełko na człowieka. Bo to już ten etap – dziewczyna jest już spora, ale ma jeszcze trochę miejsca i kiedy wierzga, widać to na zewnątrz. Duch zauważył nasze niezdrowe zainteresowanie i ułożył się w szalenie dziwnej pozycji, z głową niżej a tyłkiem wyżej, przyciśnięty do mnie bokiem, po czym zapuścił motor.

W tym momencie pannica w środku oszalała ze szczęścia i najwyraźniej postanowiła przytulić kotka. Wyglądało to, jakby zaraz miała sobie przebić dziurę i do niego wyleźć. Przewalała się w środku, z wyraźną koncentracją boksowania tam, gdzie od zewnątrz było mruczące  futro. Duch robił minę „ależ bardzo mi wygodnie i przyjemnie, tej wersji będę się trzymał” i mruczał dalej, a ona napierała od środka. Umierałabym ze śmiechu, gdybym raz na jakiś czas nie łapała się za brzuch, pojękując – młoda ma parę i coraz bardziej jestem przekonana, że od wewnątrz mam już siniaki.

Wreszcie kot się znudził albo po prostu zbyt wiele razy oberwał, i poszedł sobie, a ona się trochę uspokoiła. Ale już widzę, jak z czasem młoda będzie Ducha tarmosić za ogon, uszy i łapy, a on z miną męczennika będzie jej na wszystko pozwalał…

Rośnij duży okrąglutki

– Taki ładny masz ten brzuch, okrągły, nie jakiś krzywy – rzekła Izu i nazajutrz pannica postanowiła położyć się w poprzek. Tłumaczę jak komu dobremu, że tam nie ma miejsca, ale nie. Nogi po lewej, głowa po prawej (chyba) i jeszcze się przeciąga. Przeciągnięcie czuję aż w lewym kolanie, przysięgam.

Śpię już prawie wyłącznie na lewym boku. Na plecach młoda za bardzo szaleje, a na prawym nam obu niewygodnie i duszno. Pod brzuch podkładam płaski jasiek, a ten mały potwór sobie po nim skacze. Tak się, wiecie, odbija nogami od miękkiego, chyba jej się ta zabawa podoba. Pokopie, pokopie i idzie spać. Albo ja zasypiam.

W nocy strasznie mi gorąco i duszno. Opuściłam swoją połowę łóżka, ponieważ na tej połowie śpią koty i przytrzaskują mi kołdrę, a dostaję szału, nie mogąc sobie odkryć nóg. W dzień też mi duszno i ponuro (jesień, ciemność). Sny mam barwne i nieprzyjemne, jestem wiecznie zmęczona, myślę, że powinnam więcej spać, także w dzień, ale przecież jest tyle rzeczy do zrobienia, załatwienia, dopilnowania. Wiem, że muszę przystopować i odpuścić sobie, po pracy zwyczajnie iść spać, jeśli czuję taką potrzebę, ale trudno mi zrezygnować z tych niezbędnych, jak mi się zdaje, rzeczy. No bo do lekarza iść trzeba, do sklepu trzeba, na pocztę trzeba, do fryzjera… na fryzjera już nie mam czasu, więc wszystko jedno. Poza tym kupiłam bilety na koncert Amandy Palmer w Pradze pod koniec miesiąca. Tyle na temat oszczędzania.

Właściwie dopiero teraz mam zachcianki spożywcze. Budzę się w nocy i pragnę winogron. Zjadam puszkę ryby w pomidorach zanim zdążę się obejrzeć. Albo nadgryzam ciasto i z obrzydzeniem odkładam jak najdalej od siebie. Albo trzy dni marzę o mleku, ale tylko z mlekomatu.

Mieszkanie zaś nadal mi śmierdzi. Kupiliśmy pałeczki zapachowe: melonowe do sypialni, cynamonowe do dużego pokoju. Śmierdzą. Te pierwsze po paru dniach zamknęłam i schowałam. Drugich prawie nie czuję, siedząc w domu, ale wczoraj po moim powrocie z pracy rzuciły mi się w nos z taką siłą, że przez chwilę rozważałam wywalenie przez balkon. Teraz cuchnie farbą i pałeczkami. Nie rozumiem, dlaczego to mieszkanie przez miesiąc nie mogło się wywietrzyć z zapachu farby :/