Miesięczne archiwum: Listopad 2012

Pięty

Czemu one zawsze tak kopią? Zaczynają w brzuchu – jak tylko mają czym, to już wierzgają tymi odnóżami. W wątróbkę, w pęcherzyk, w żołądek, w nereczkę. W co popadnie, a z czasem coraz mocniej, bo i siły więcej mają. Pod koniec niby im ciasno, niby już nie ma miejsca na rozmach, a jak przyłożą z pięty, to o matko.

Potem się rodzą i wierzgają jeszcze bardziej. Wierzgają jak są złe, jak radosne, jak jedzą i jak zasypiają, bez przerwy mają odnóża w ruchu i walą nimi na lewo i prawo. Miałam w życiu pod opieką dobre kilkanaście sztuk do wieku przedszkolnego i wszystkie kopały jak dzikie. Usypianie dwulatka na przykład to jest zadanie samobójcze. Lubi się przytulić, przytulasz więc, a wtedy odnóża zaczynają latać i trafiają cię prosto w brzuch. Jeśli masz pecha, to poniżej. A parę już taki dwulatek ma, oj ma. I on musi, to silniejsze od niego, nie chce źle przecież – ot, zasypia i kopie. Przy czym odnóża zazwyczaj zasypiają na końcu.

Podczas karmienia dziecka siedzącego na wysokim krzesełku przydają się długie ręce. Wtedy można się trochę dalej odsunąć i uniknąć kopania po udach.

Tymczasem od godziny obrywam w brzuch od wewnątrz, bo młoda dama niefrasobliwie przerzuca nogi z jednego końca na drugi i odwrotnie. Takie przynajmniej mam wrażenie. Główny problem polega w tym przypadku na tym, iż nie mam się gdzie odsunąć. Jak mówi pisarz – nie ma którędy spierdalać.

Au.

I nic, nuda

W piątek wieczorem mieliśmy coś jakby fałszywy alarm. Wolałabym prawdziwy, bo już się naprawdę niecierpliwię. Wyznaczony przez lekarza termin upływa dziś, ale, jak wiadomo, terminy są umowne. Tylko teraz każą mi latać co trzy dni na KTG, czego w zasadzie wolałabym uniknąć, bo ileż można popylać po tym mieście komunikacją miejską w 9 miesiącu?

Tak więc trzymajcie kciuki za rychły finisz.

Wy(r)zuty

Od tygodnia siedzę w domu. Dużo śpię, czytam, układam pasjansa w komputerze (a co!), gotuję, trochę sprzątam. Widuję się z ludźmi, choć nie ze wszystkimi zdążyłam się umówić i obawiam się, że mogę już nie zdążyć. Odwiedziłam fryzjera, spakowałam torby do szpitala (jedna dla mnie, druga dla małej), wyszorowałam to i owo w domu. Zorganizowałam mężowi imprezę z okazji 30 urodzin. I wiecie co? Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że tak siedzę w domu i nic nie robię. W dodatku znów zebrała mi się góra dziecięcego prasowania, a ja nie mogę się za nią zabrać.

Do terminu zostało 5 dni, staram się sama nie jeździć po mieście, bo jakoś nie uśmiecha mi się poród w autobusie. Mało wychodzę. Dużo jem. Jak mi ktoś napisał, wysiaduję jajo i mam wewnętrzne poczucie, że tak trzeba. Wiem też, że to ostatnie dni słodkiej laby. Na długo. A jednak to cholerne poczucie, że przecież powinnam, że należy, że co to za lenistwo. Chętnie przyjmę życzliwy opieprz za te głupie myśli :)

Aha, założyłam sobie (oczywiście!) blog, na którym będę pisać o małej, kiedy się już pojawi. Ma też fanpage, nie żebym miała aż takie parcie na szkło, ale wiem, że niektórzy z Was używają fejsa zamiast RSS-a.

I wszędzie mówi, że nie pamięta

„Był sobie słoń wielki – jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Wszystko, co miał, było jak słoń!
Lecz straszny był Zapominalski.”

Zaczęło się tak mniej więcej z początkiem ciąży. Roztrzepanie, problemy z koncentracją, zapominanie różnych rzeczy. Gdybym była starsza i nie w ciąży, zaczęłabym się bać, że to Alzheimer.  Kiedy (jakoś chyba wiosną) zdarzyło mi się umówić na ten sam dzień i porę do dwóch prac i jednego lekarza, zaczęłam korzystać z kalendarza w komórce, zsynchronizowanego z tym w internecie. Następnie – nie od razu – nauczyłam się ZAWSZE zaglądać do niego, zanim się z kimś umówię i ZAWSZE zapisywać to, co już umówione. Potem zaczęłam robić listy zakupów, choć przedtem potrafiłam się obyć bez nich. I listy innych rzeczy, dużo list, notatek i karteczek. W pracy codziennie robiłam sobie notatnik w komputerze, w którym na bieżąco notowałam, co mam do zrobienia. Nie zapisane równało się zapomniane. Między 9 a 17 spinałam się na maksa, żeby nie nawalić. W związku z tym na resztę dnia zostawało mi już bardzo mało koncentracji i szarych komórek.

W miarę trwania ciąży było i jest coraz gorzej. Zapominam absurdalnie oczywiste rzeczy. Nazwy, nazwiska, fakty, rzeczy do załatwienia, terminy. Zapominam co właśnie robiłam, o czym mówiłam, po co szłam do kuchni, czy brałam witaminy… Zapominam, że coś komuś obiecałam, coś miałam sprawdzić, wysłać, odpowiedzieć na wiadomość. Na początku brałam lecytynę, ale to nie pomagało, a i tak łykam już sześć rodzajów tabletek. Jeśli dobrze pamiętam. Więc sobie darowałam. Zwłaszcza, że zapominałam.

Podobno niektóre ciężarne tak mają, a inne ani trochę. Mój lekarz mówi, że ma pacjentkę na początku ciąży, przy której „pani to jest żyleta”. Jeśli tak, bardzo tej dziewczynie współczuję. Do tego stanu nie sposób przywyknąć, cholernie utrudnia życie, frustruje, rozwala każdy plan – a co najgorsze, wszyscy wokół przecież są przyzwyczajeni, że ja ogarniam. I dzwonią, piszą, pytają. A ja nie wiem. Nie pamiętam. Zapomniałam. Nie załatwiłam.

Jeśli to nie przejdzie po ciąży, to nie wiem, chyba będę musiała nauczyć się pracy fizycznej.

Facet idealny

Odkąd wiadomo, że jestem w ciąży, słucham nieprzyzwoitych wręcz ilości komplementów. Nie wiem, może to jest przyjęte po prostu, że kobiecie w ciąży trzeba mówić, iż świetnie wygląda. Ale ja faktycznie słyszę to bez przerwy i coraz częściej. Rzut oka w lustro potwierdza, że jest nieźle. Znaczy wiadomo, że brzuch jak ta piłka, na której teraz właśnie siedzę, pisząc. Że tu i ówdzie więcej, że nogi puchną, że zmęczenie. Poza tym jednak jest nieźle, a widywałam dziewczyny w ciąży strasznie wymizerowane, po których widać było, że się męczą. Po mnie nie widać.

I tak sobie myślę, że jeśli jest w tym czyjaś zasługa, to tylko i wyłącznie Caina, który od początku opiekuje się mną – nami – jak nikt. Kiedy byłam na etapie leżenia i mdłości, donosił suchy chleb z masłem do łóżka, parzył herbatę i współczuł. Kiedy kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa, przejął noszenie najmniejszych nawet drobiazgów. Kiedy przestałam sięgać do podłogi, zaczął mi zakładać i zdejmować buty oraz podnosić wszelkie upuszczone przedmioty. Od kwietnia nie dotknęłam odkurzacza, mopa, siat z zakupami, kociej kuwety. Kiedy trzeba – gotuje, kiedy trzeba – zanosi mnie na rękach, wyciąga z wanny, zaparza melisę. Jem też dobrze, na różnych rzeczach czasem oszczędzamy, ale na pewno nie na jedzeniu dla mnie.

Wszystko to sprawia, że nie jestem tak zmęczona, jak byłabym bez jego pomocy. Mam dobre wyniki badań, spokojną głowę, odpoczywam, kiedy muszę. Dzięki temu, że wiele spraw mogę sobie zwyczajnie odpuścić, bo mój mąż je zrobi – albo zwyczajnie nie będą zrobione, bo i na ten luksus sobie czasem pozwalamy – zachowuję siły na inne, ważniejsze rzeczy. A to przekłada się też na wygląd.

Tak więc, Kochani, następnym razem, kiedy będziecie rozpływać się nad tym, jak fantastycznie wyglądam w ciąży – proszę, uściśnijcie też prawicę Cainowi. Bo to tak naprawdę dzięki niemu :-)

Love!

 

 

Panic

Dwa i pół tygodnia do terminu. Mój lekarz wydaje się przekonany, że dotrwamy (albo prawie). Ja panikuję, że nic nie gotowe. Dziś wybraliśmy się do Rossmanna i apteki; zakupy te wpłynęły na mnie bardzo kojąco. Pieluchy, podkłady, chusteczki, waciki i inne pierdoły pozostają w zaiste interesującej korelacji z moim nastrojem. W domu część tego majdanu spakowałam do torby, postawiłam ją przy drzwiach i jakoś mi lepiej. Tylko nadal nie mam nic dla siebie, to znaczy mam poobiecywane i muszę sprowadzić do domu, a jeszcze lepiej – do tej torby.

Poza tym żyłam w średniowiecznym przekonaniu, że pieluchy tetrowe kupuje się w aptece. Kiedy jednak w dwóch aptekach usłyszałam, że nie ma, zadzwoniłam do Siostry i pozyskałam wiedzę, iż luksusowy ten towar sprzedają w hipermarketach. Czasami. Doprawdy, człowiek żyje tyle lat, wie dużo o wielu – i nie umie kupić głupich pieluch.

Jestem już jedną nogą na urlopie, przekazałam projekty, porobiłam trochę rzeczy na zapas. Od wtorku mogę sobie wić gniazdko niczym ptaszek trzciniak.

Wezwijcie Green Peace

Czy już mówiłam, że jestę wielorybę?

Wielkim, wyrzuconym na brzeg wielorybem. Głodnym, ciężkim i sennym wielorybem. Wielorybem, Który Leży i Nie Ruszy Się Bez Dźwigu.

To znaczy chciałabym tak leżeć, ale nie mogę, niestety. Gdyż praca (jeszcze tydzień, koncentracja zero, zadań milion), remont ściany, urodziny lubego, kupowanie pieluch, ściąganie różnych dzieckowych gadżetów od znajomych. Ludzie są boscy, obdarowują nas gadżetami dla małej i prawie nic nie musimy kupować; całe szczęście, bo budżet i tak trzeszczy.

W zasadzie mogłabym już urodzić i mieć z głowy. Bo tak jakby troszkę mam dość. Zadyszka od samego siedzenia, nieznośne uczucie wiecznego napięcia w brzuchu i te kopniaki. Słaba to pannica nie jest, zapewniam. Synafia, która mądrą kobietą jest, powiada, iż to podłe samopoczucie to specjalnie: żeby się nie bać porodu. Chytrze to sobie matka natura wymyśliła, nie ma co.

Nie mogę spać, bo trzymam brzuch

Młoda chyba przestała sypiać, a z nią i ja. To znaczy zasypiam praktycznie bez problemów, ale budzę się często i śpię źle, regularnie kopana po wątpiach. Albo znakomicie śpię, twardo i całą noc, za to z moich snów można by skleić kilka całkiem zgrabnych horrorów.

W dzień też nie śpi. Kopie, wierci się, układa. Z brzucha wyrastają mi jakieś wypustki, dziwaczne, ruchome i tymczasowe. Bardzo to śmiesznie wygląda. W dziewiątym miesiącu ciąży najbardziej niesamowite jest to, że w środku, w brzuchu, ma się już całkiem gotowego człowieka. Normalnie, dziecko – odrębny byt – tylko że we mnie, wewnątrz. Ona sobie tam siedzi, bawi się, coś sobie myśli, ma swoje nastroje, nie zawsze zależne od moich, lubi inne rzeczy, niż ja, żyje swoim rytmem. W moim brzuchu. Ogromnie to dziwne.

To 37 tydzień i mam już trochę taki syndrom, że NIC nie gotowe przecież. Łóżeczko nie skręcone, spadająca komoda nie przytwierdzona, zalana ściana w sypialni nie naprawiona. Torba nie spakowana. Nie mam kapci, szlafroka, koszul – w domu nie używam, nie zdążyłam kupić. Ubranka nie uprasowane. Pieluchy, kosmetyki – nie kupione. Nie ma wózka, wanienki, niczego nie ma, Kononowicz mode.

A jeśli jutro zacznę rodzić? Ha?

W czwartek, zamiast nawiedzać groby bliskich, pozowałam do zdjęć. Zanim się obejrzałam, minęło pięć godzin sesji. Męcząco, nie powiem, ale bardzo chciałam mieć ich trochę – na pamiątkę. Pewnie jeszcze kiedyś będę w ciąży, ale w tej wyglądam całkiem nieźle i chcę mieć na to dowody :) Dziś wybraliśmy się na spacer, także z Helly uzbrojoną w aparat. Tak się jakoś złożyło, że był to mój pierwszy jesienny spacer w tym roku. Początek jesieni przegapiłam z powodu przeprowadzki i zepsutego kręgosłupa, potem też jakoś nie było siły i czasu. Dobrze się dotlenić, choć po spacerze oczywiście padłam i spałam ponad godzinę. W ogóle codzienne drzemki wchodzą mi w zwyczaj, nie ma siły, trzeba jakoś uzupełniać deficyty. Staram się nie myśleć o tym, ile rzeczy pozostaje niezrobione, ilu ludzi – niespotkanych i tak dalej.

Dziś poza tym minęły cztery lata od dnia, gdy wybrałam się do herbaciarni z pewnym poznanym na imprezie, mrocznym gościem. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie tak długo potem ten gość zostanie moim mężem i ojcem mojej córeczki, postukałabym się tylko w głowę. A jednak. Okazję uczciliśmy kwiatami i czekoladą.

Praha 2.0, czyli ostatni romantyczny wypad we dwoje

Dziewięć godzin w pociągu to oczywiście nie jest bułka z masłem nawet dla „normalnego” człowieka, a co dopiero dla ciężarówki. Ale daliśmy radę i w sobotę wieczorem wylądowaliśmy w czeskiej Pradze. Najtrudniejsze okazało się wyjście z dworca ;P Potem już poszło gładko, choć pod górkę. Hostel zarezerwowała nam Izu i uprzedziła, że nie mówimy po czesku. Nie było to najmniejszym problemem, bo cała obsługa swobodnie porozumiewała się po angielsku. Ja, o dziwo, zmuszona okolicznościami też się bez problemu porozumiewałam i od tego momentu stałam się lingwistycznym przewodnikiem wycieczki. Znajomość angielskiego nie jest jednak w Czechach szczególnie powszechna, więc w knajpach mówiłam przedziwną mieszanką czeskiego, polskiego i angielskiego. Jakimś cudem wszędzie udało nam się zamówić mniej więcej to, o co nam chodziło – tylko raz dostałam małe ziemniaczane kluseczki z boczkiem, które na podstawie menu wydawały mi się pierogami z kozim serem. Znaczy ser też tam był, gdzieś pod tą sutą okrasą.

Przewodnikiem geograficznym został Cain. Świadomi cen roamingu danych przygotowaliśmy – znaczy Cain przygotował – zawczasu mapę z zaznaczonymi kluczowymi punktami (tu śpimy, tu jemy śniadanie, tu odbieramy bilety, tu balujemy na koncercie), żeby nie korzystać z aplikacji mapowych. Sama zginęłabym z tą mapką sto razy, bo bez kompasu nigdy nie wiem, jak strony mapy mają się do stron świata. Bardzo było miło w chwilach zmęczenia pozwolić się zaprowadzić za łapkę prosto do ciepłego pokoju. Poza prowadzaniem mnie za łapkę mój mąż robił dużo zdjęć i testował ciemne piwa w kolejnych knajpach. Wśród czeskich wygrał (ponownie) Kozel, ale przebija go Belgijski Leffe. Ja skusiłam się na jakieś bezalkoholowe – było ohydne. Prócz tego obżeraliśmy się smażonym serem i innymi niezdrowymi rzeczami, udzieliwszy sobie weekendowej dyspensy od diety.

Koncert Amandy Palmer był niesamowity. Znalazłam sobie miłe miejsce na galerii, blisko sceny, gdzie mogłam siedzieć na podłodze i nikt mnie nie deptał. Cain cykał foty jedna za drugą (wszystkie nieostre), a ja chłonęłam show. Młoda troszkę się przestraszyła hałasu, ale dała radę, zapewne oszołomiona endorfinami matki.

Wróciliśmy we wtorek i po jednym dniu pracy z przyjemnością celebrujemy długi weekend. Ja z tym większą, że od poniedziałku przechodzę całkowicie w tryb pracy zdalnej. Dziś w planach kolejna sesja zdjęciowa Brzucha, a w ogóle mnóstwo spotkań, imprez i zobowiązań – ale nie mam ciśnienia. Tyję. Puchnę. Odpoczywam.

W oczekiwaniu na śniadanie

Uff, bilety odebrane

Słońce wyszło!

Stary, daj łyka

Odjazd