Miesięczne archiwum: Grudzień 2012

Christmas party

Tak się jakoś złożyło, że wpadło dziś do nas kilkoro znajomych – część niespodziewanie, część z przekładaną od paru dni wizytą, a część planowo. I zrobiła się mała, spontaniczna, świąteczna impreza. Wspólnie ubraliśmy choinkę, którą dziś rano przyniósł Cain. Kiedy zaczęłam się krzątać w kuchni, znajomy zażądał przydziału pracy i w efekcie pokroił nam wszystkie składniki sałatki. Zanim goście wyszli, gotowanie było skończone. Były też prezenty dla nas i dla małej – prezenty niespodziewane, nieco przez to krępujące (nie byliśmy przygotowani na viceversę), ale też bardziej, bo z zaskoczenia, cieszące serce.

Nie planowaliśmy takiej liczby gości – z uwagi na noworodka i przygotowania do świąt. Ale było przemiło. I nie upominki cieszyły mnie najbardziej (choć uwielbiam prezenty!), nie pomoc w domu, tylko sama atmosfera tego niespodziewanego spotkania i uczucie, że mamy naprawdę cudownych, cudownych znajomych. Dziękuję Wam, Kochani :*

Aha – zrobiłam domowy majonez! Proste i genialne.

Święta idą!

Kocham święta, mówiłam to sto razy i będę powtarzać. Nie muszą być ortodoksyjne. Zdaje się, że trzeci rok nie myję okien przed Wigilią. Rok temu dużo gotowałam, zrobiłam nawet pierwsze w życiu domowe pierogi. W tym roku zamawiamy sushi, a potem, owszem, idziemy na tradycyjną kolację do mojej mamy. Zabiorę ze sobą sałatkę jarzynową i rybę w galarecie, może upiekę jakieś ciasto. I tyle. Nie napinamy się, nie robimy noworocznych porządków, skupiamy się na rodzinach, prezentach, które bardzo lubimy dawać i spędzaniu czasu razem.

Tak sobie myślę, że kocham Boże Narodzenie właśnie dlatego. Jego wymiar duchowy – w jak najszerszym znaczeniu tego słowa – zdecydowanie jest dla mnie ważniejszy niż wymiar materialny. Zaraz mi ktoś wytknie prezenty, ale przecież nie chodzi nam o bogate podarunki (nie jesteśmy bogaci z domu), tylko o radość dawania. Od tego, co na stole i pod choinką, ważniejsze są uśmiechy dzieci, zapach choinki, bycie razem.

Nieprzepraszam za banał.

Dieta niskosodowa – c. d.

Nie trzymamy się jej za wszelką cenę. Ale oduczyliśmy się używania soli w domu, zazwyczaj unikamy gotowych wędlin, bezpowrotnie wyjechały z domu gotowe produkty, a także majonez, keczup i tym podobne.

Inaczej czujemy smaki – wydają nam się bardziej wyraźne. Natomiast większość potraw np. z restauracji zdaje nam się przesolona. W sytuacjach, w których trudno obejść się bez soli – jak choćby przy gotowaniu rosołu – używamy sosu sojowego.

I oto – ta dam! – mój facet ma normalne ciśnienie! Mierzy codziennie od kilku dni i miewa podwyższone najwyżej o kilka punktów w stosunku do idealnego 120/80.

Oczywiście nie wiem na pewno, czy to zasługa diety. Może diagnoza była błędna. Może wysokie ciśnienie było tylko tymczasowe, z jakiegoś konkretnego powodu (stresująca praca na przykład). Może teraz jest przemęczony;) Faktem jest jednak, że było wysokie ciśnienie – nie ma wysokiego ciśnienia. I że chciano je leczyć farmakologicznie, a tu proszę :)

Aha, i rezygnacja z soli daje od razu dwa kilo mniej na wadze. To tak, żeby Was zmotywować :)

Christmas panic

Właśnie się zorientowałam, że Gwiazdka już za tydzień! A ja mam tylko połowę prezentów. Zaczęłam je kupować zaraz po powrocie ze szpitala, ale wkrótce zastopowało mnie puste konto. ZUS bowiem, który powinien mi wypłacić tak zwany zasiłek macierzyński, zamiast tego poleciał prześwietlać zarówno mnie, jak i mojego pracodawcę. Nie spodobało im się jakoś, że przed urlopem pracowałam na umowę tylko półtora miesiąca. Ogromnie mi ich szkoda, biedactwa, jeszcze zbankrutują przeze mnie albo coś. Oh wait, chyba z samej działalności gospodarczej zapłaciłam im już tyle składek, że przynajmniej na mój macierzyński na pewno wystarczy.

No więc aktualnie mamy tydzień do świąt, połowę prezentów i puste konto. Mam szczerą nadzieję, że niedługo się ogarną z tą moją kasą.  Chciałabym już zanurzyć się w klimaty gwiazdkowe – kupić pachnącą choinkę, pakować podarunki, jeść i piec pachnące rzeczy.

Te Święta będą szczególne, bo pierwsze z naszą córeczką. I mimo, że ona jeszcze niewiele kojarzy i nic z nich nie zapamięta – chciałabym, żeby były magiczne. Nie w sensie uginającego się stołu i kosztownych upominków, bo to nie ma wielkiego znaczenia, zwłaszcza dla małej. Ale w sensie atmosfery – zapachów, dźwięków i emocji.

Mamą być

Jestem mamą od tygodnia. Lubię to. Lubię zajmować się naszą córeczką, karmić ją, patrzeć na nią i przytulać. Kiedy zasypia mi na rękach, nie mam serca jej odłożyć. Lubię też to, że mam urlop, żeby zajmować się tylko nią.

Poród jest szokiem – mówili i mieli rację. Dla organizmu znaczy. Byłam słaba jak kocię i gdyby nie adrenalina, nie dałabym rady opiekować się małą. Teraz już jest lepiej. Czuję się i wyglądam nieźle, o ile, oczywiście, pominąć wiecznie opuchnięte oczy ;) Od znieczulenia i od pochylania się nad młodą bolą mnie plecy, a większa aktywność domowa powoduje zawroty głowy, ale to wszystko w normie i generalnie jest spoko.

Mam mnóstwo chwil, kiedy mam zajęte obie ręce i wolną głowę. Układam wtedy notki na blogi, np. tę ułożyłam wczoraj i zanim zdołałam usiąść i ją napisać, wszystko zapomniałam. A przysięgam, że nie miała być taka nudna. Jednak, co tu kryć, w moim życiu obecnie dzieją się rzeczy dość dla postronnych monotonne. Cała jestem z moją małą rodziną i nic innego mnie w zasadzie nie interesuje. Ot, kupuję przez internet świąteczne prezenty, stopniowo ogarniam sprawy do załatwienia, walczę z ZUS-em, który uparł się weryfikować, czy aby na pewno pracowałam. Z tej okazji podejrzewam, że kasa przyjdzie około 20. grudnia, co odrobinkę utrudnia mi upłynnianie środków na Allegro.

Dziś zostawiłam Licho jej ojcu i wyprawiłam się zobaczyć śnieg. Kilka minut spaceru po podwórku. Bardzo ślicznie jest. Potem zrobiłam to, tamto i owo, i teraz mi słabo oraz gubię wątek. Cain jest fantastyczny, urodzony tata. Kocha, wspiera, ogarnia, kołysze, przewija i masuje. Nie wiem, co to będzie, jak mu się skończy urlop.

 

 

Koszmary

Z każdej drzemki, każdego snu budzę się przerażona. Śnią mi się bardzo różne rzeczy, których już po krótkim czasie nie pamiętam, ale wspólnym ich mianownikiem jest to, że jestem sama. Bez bliskiej osoby, zostawiona sama sobie w traumatycznej sytuacji. Czasem tylko ktoś do mnie zajrzy, a ja nie mogę dowołać się pomocy.

Najgorszy jest moment tuż przed przebudzeniem, kiedy już wiem, że wystarczy zawołać Caina, a on się obudzi i mnie przytuli. I wołam, krzyczę, ale we śnie, i – jak to we śnie – nie mogę wydobyć z siebie głosu (tym lepiej, przecież wystraszyłabym dziecko na amen). Z trudem brnę ku jawie i kiedy wreszcie się budzę, jestem już tak przerażona, że boję się choćby drgnąć.

Może to po szpitalu; ostatni raz leżałam w szpitalu 25 lat temu i mało co pamiętam. Tym razem było w zasadzie dobrze. Wygodnie, opieka, pomoc i porada, jedzenie pod nos, a w ciągu dnia był Cain. Jednak odkąd mnie przyjęto do momentu, w którym urodziła się Lila, najbardziej przerażała mnie myśl, że kiedy się naprawdę zacznie, będę sama. Bo na przykład skończą się godziny odwiedzin, on pojedzie do domu, a mnie dopiero wtedy przeniosą na porodówkę. Potem z kolei cały czas myślałam tylko o tym, żeby już być w domu.

Mówią, że poród jest szokiem dla organizmu. Może to to. Hormony – hormonami wszystko można wytłumaczyć.

Ten nowy, łysy kot

Koty boją się młodej. Plamka jest smutna bardzo, bo chciałaby do mnie przychodzić tak, jak zawsze, ale potwór, będący niemal częścią mnie, napawa ją lękiem. Kiedy potwora nie ma, ja i tak nim pachnę, więc przychodzi rzadko i szybko ucieka. Śpi, biedna, na drapaku lub w wózku, do którego zanosi sobie miękką piłkę.

Duch na początku ostrożnie polizał małą po głowie i pilnuje nas wszystkich. Śpi z nami, ale nie w łóżku, tylko obok. Czujnie. Trzeba mu przyznać, że nie ucieka nawet, kiedy potwór ryczy. Ale kiedy uważa, że znalazł się za blisko, wycofuje się tyłem, nie spuszczając oczu z wroga.

W sumie to myślę, że jest nieźle: nie nasikały na dziecko ani żadną rzecz, która jego jest. Na nic nie nasikały, odpukać. Nie prychają. Nie gryzą nas ani siebie.

Tylko szkoda mi Plameczki, ale mam nadzieję, że szybko się przyzwyczai.

Człowiek z pudełka

Uprzejmie informuje, iż powiłam w piątek o wpół do szóstej rano. Człowiek mierzy 55 cm i waży 3640 g. Czujemy się dobrze, czekamy, aż nas wypuszczą do domu.

Teraz będzie trochę monotematycznie, ale nie tu, tylko na lila.lluca.pl. Tam też ew. szczegóły (spokojnie, niezbyt drastyczne).

Tymczasem mówimy Wam: „Hello!”

image