Miesięczne archiwum: Styczeń 2013

Kumulacja

Nie jest dobrze.

Najpierw ZUS nie wypłacał mi zasiłku macierzyńskiego, o czym pisałam tu już ze trzy razy, bo bardzo mnie to zdenerwowało. Okazało się, że nie dostali na czas najważniejszego dokumentu. Nie moja wina i nie ich, ale nie było wesoło, bo naprawdę bardzo nie lubię pożyczać pieniędzy.

Potem okazało się, że pakiet medyczny dla córki wymaga więcej czasu i pieniędzy, niż się spodziewaliśmy. Było sporo stresu i kombinowania, wreszcie wybraliśmy, podpisałam, zapłaciłam (auć) i, tadam, nadal nie mam jej polisy. A tymczasem termin badania bioder nadszedł i przeminął. A że ja sama mam wrodzone krzywe biodro, co stwierdzono, gdy miałam jakieś 25 lat i było już za późno na wszystko, to TROCHĘ się denerwuję.

W ramach kolejnej atrakcji Kaina zwolniono z pracy. W pięknym stylu, bowiem powiedziano mu, że źle wykonuje swoje zadania i powołano się przy tym na opinie dwóch osób, z których, a jakże, żadna nic takiego nie mówiła, a nawet wręcz przeciwnie. Zabawnym zbiegiem okoliczności firma niedawno zainwestowała w nową, wypasioną siedzibę, Kain zaś miał umowę o pracę, wyrabiał wszystkie premie, prosił o podwyżki i wyrabiał cele do nich wyznaczone, a przy tym lubił wykorzystywać swoje urlopy i wychodzić do domu o ludzkiej porze. Drogo im wychodził, jak mniemam. Najlepsze jest to, że o planach rozwiązania umowy wiedzieli jeszcze przed jego urlopem ojcowskim i przed świętami, ale po co dać człowiekowi więcej czasu, no po co. Jeszcze by sobie podczas urlopu nową pracę znalazł lub, nie daj Boże, nie wydał na Gwiazdkę całej kasy. Kiedy sobie o tym wszystkim myślę, przychodzą mi do głowy różne słowa i frazy. „Gówniarzeria bez wyobraźni” to jedna z łagodniejszych. Nie przepraszam.

Potem zepsuło się zdrowie. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że – jak wiadomo i nie jestem szczególnie zaskoczona – gdy dzieje się coś poważnego, prywatne pakiety medyczne można sobie wsadzić w dupę. Otóż na chwilę obecną wygląda to tak, że albo trzy tysie prywatnie, albo pięć miesięcy oczekiwania na wizytę państwową. Cudnie po prostu, a czas leci i zdrowie razem z nim.

Na koniec Kain się przeziębił i dziecko choruje.

Ja zaś niechybnie wyląduję w Tworkach. Może nawet poczuję się tam swojsko, w końcu do żłobka tam chodziłam. Tak, jest to jakiś plan.

Różnice charakterów

W środku nocy, gdy Lila zaczyna płakać, zniesmaczona Plamka zrywa się z jej łóżeczka i ucieka w spokojniejsze miejsce. Wraca spać z małą, gdy znów zapadnie cisza.

Wrażliwy, kochany Duch przeciwnie: przybiega sprawdzić, czy dziecku nic nie jest. Upewniwszy się, że nie, zostaje do towarzystwa lub wraca na wygnanie, bo tak w ogóle to jest trochę obrażony.

Kocham internet

Jest 4.44 i moja córka właśnie obudziła się wyspana. Trzymam ją więc na kolanach i staram się być nudna. I myślę o tym, jak bardzo internet w telefonie ratuje moje noce, wczesne poranki, popołudnia i wszystkie te długie godziny z niemowlakiem na jednym ręku i wolną głową.

Gdy człowiek siedzi unieruchomiony dzieckiem, potrzebne jest dodatkowe zajęcie, które nie pozwoli umrzeć z nudów. A niewiele rzeczy można robić na siedząco, w miejscu, jedną ręką, często lewą. Czasami czytam książkę – Cain podarował mi pod choinkę czytnik i to był strzał w dziesiątkę: jest mały, lekki i wygodny do obsługiwania jedną dłonią. Jednak czytanie wymaga choć odrobiny koncentracji, a gdy co pół minuty zerka się poza ekran, łatwo zgubić wątek.

Dlatego najczęściej biorę smartfona i sprawdzam, co słychać w internecie. Jedną ręką mogę skomentować czyjś status na Facebooku, przejrzeć jakiś artykuł lub, jak teraz, napisać notkę na blogu. Mogę rozmawiać ze znajomymi albo włączyć sobie i małej muzykę z YouTube lub radia. Mogę poszukać informacji o czymś, co mnie zainteresuje, dokształcić się. A wszystko bez ruszania się i bez ruszania mojego naręcznego  dziecka.

Internet daje mi jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: kontakt z ludźmi. W każdej chwili mogę z kimś pogadać, wymienić się doświadczeniami, pomarudzić, poplotkować, podtrzymać kontakt. Dzięki temu nie mam wrażenia, że siedzę cały dzień sama – no dobra, mam, ale mniej; to jest taki bufor, który nie pozwala mi całkiem zamknąć się w świecie pieluch i karmień.

Czy już wspominałam, że uwielbiam XXI wiek?

Babysitter

Jeśli nie dość szybko zareaguję na płacz córki, kot Duch przybiega i najpierw zagląda do małej, a potem pędzi do mnie, żeby mi oznajmić („miau! miaau!!”), że dziecko płacze. Dziś osiągnął jedynie to, że przyspieszyłam robienie kanapek. Był bardzo zdegustowany moją postawą i biegał nerwowo między pokojami a kuchnią, dopóki nie zajęłam się Lilą.

Plamka natomiast od kilku nocy śpi razem z małą w jej łóżeczku (to znaczy czasem z nią, a czasem sama, bo dość często śpimy wszyscy troje na naszym materacu). Niemal trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno panicznie się jej bała.

image

Nie jestem kobietą

Od pewnego czasu nie jestem kobietą. Jestem mamą. Moje zainteresowania sprowadzają się do mojej córki, która pochłania 90% uwagi. Pozostałe 10% to jedzenie, mycie, sen i czytana właśnie książka. Na Bycie Kobietą nie zostaje mi już ani kawałeczek mózgu. Nie robi mi szczególnej różnicy czy jestem ubrana i w co, jak wyglądają moje włosy i czy mam makijaż. Czasem się stroję i maluję, ale tylko, gdy okazja tego wymaga. Na co dzień, przy moim facecie, chodzę potargana, w byle jakich majtkach, zazwyczaj z jedną piersią na wierzchu, bo właśnie karmiłam albo właśnie będę karmić. Wolne chwile pożytkuję na jedzenie, zrobienie herbaty lub odpisanie na wiadomości, zamiast na tuszowanie rzęs albo wkładanie pończoch. Zresztą po co się stroić, skoro całe dnie i noce spędzam na materacu, wśród rozrzuconych poduszek, kocyków, kołderek, smoczków i tetrowych pieluch?

Najgorzej, że nawet mi z tym dobrze. Doszło do tego, że na rzuconą przy obiedzie uwagę: „masz sos na twarzy” odparłam, iż mam to w dupie. I zaiste mam.

To pewnie zwykłe zmęczenie i przejdzie. Kiedyś. Jakoś. Tymczasem jednak powoli zbliża się oficjalny koniec połogu i wypadałoby się nieco ogarnąć. Przestać straszyć własnego męża okiem spuchniętym, odrostem brzydkim, majtami starymi. Tylko kiedy, pytam się, iść do fryzjera, na zakupy lub w łazience godzinę robić się na bóstwo? No nie ma kiedy.

Tymczasem moje dziecko właśnie zasnęło i nie mogę się zdecydować: odrobić choć trochę snu czy poćwiczyć, bo plecy zaraz mi wyjdą przez piętę?

Ludzie

Jest tak, że otaczają mnie sami fantastyczni ludzie, którzy z jakiegoś powodu bardzo nas lubią i lubią tę sympatię okazywać. Gdy zaszłam w ciążę i później, kiedy urodziła się Lila, ze wszystkich stron słyszałam propozycje pomocy. Gdy zmienialiśmy mieszkanie, a ja miałam akurat problemy z kręgosłupem, znajomi pomogli Cainowi pakować nasze rzeczy (dzięki czemu niechcący zwinęliśmy z poprzedniego pieprzniczkę, srebrny talerz oraz pokrywkę od nieistniejącego garnka). Kiedy potrzebowaliśmy kilku rzeczy dla małej, wszystkie dostaliśmy od znajomych, po ich dzieciach. Do dziś kupiliśmy dla niej trzy (!) części garderoby i zabawkę. Od niekiedy zupełnie obcych ludzi dostałam rzeczy potrzebne po porodzie, ubranka, zabawki, poradniki, gazety dla rodziców, ręczniczki, pościel, a nawet meble. Ostatnio na korytarzu spotkaliśmy raz widzianą starszą sąsiadkę, która zaoferowała mi pomoc w zakupach w razie potrzeby.

Część z tego to są normalne sprawy: matki wymieniają się ubrankami, a zbywające rzeczy lepiej oddać, niż wyrzucić. Ale niekiedy gesty znanych mi i nieznanych osób sprawiają, że mogę tylko zastanawiać się, czym sobie zasłużyłam na tyle życzliwości, ewentualnie czym się światu wypłacę.

U mnie w domu mawia się: „nie dziękuj, oddasz komuś innemu”. Tak zrobię.

Nowy, szczęśliwy

Sylwestra spędziliśmy w domu, bo córka jeszcze za młoda na huczne imprezy. W ostatniej chwili zaprosiliśmy kilkoro znajomych, którzy nie mieli innych planów, ale ostatecznie wyszło tak, że byliśmy tylko we trójkę. Młoda przespała wszystkie hałasy (nie wiem, jak jej się to udało), a my tuż po północy otworzyliśmy bezalkoholowego szampana i wyszliśmy na balkon oglądać fajerwerki.

I w tym momencie poczułam nastrój Nowego Roku. Ludzie na ulicy krzyczeli z radości, niebo było jasne od kolorowych pióropuszy, z niektórych balkonów puszczano lampiony. Mieliśmy doskonały widok na ulicę w perspektywie i na fajerwerki puszczane na całej jej długości (na południu, bo na północy ulica nieco zakręca). Pięknie, głośno, kolorowo i wesoło. W tym wszystkim my, z naszymi dwoma kieliszkami, telefonem przy uchu (robił za elektroniczną nianię) i zimnymi ogniami. I z poczuciem, że miniony rok był wspaniały. Pełen sukcesów, dobrych ludzi, miłych niespodzianek, zrealizowanych planów i miłości w ilościach przerastających nawet mnie ;) Dobrze zaczęty i dobrze skończony.

Życzę Wam, żeby 2013 był dla Was co najmniej taki, jak dla mnie 2012. Sobie też tego życzę.