Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

Licho w Krakowie

Tym razem pojechałyśmy we dwie. Fantastycznie było spotkać się z tym samym, co zawsze, ciepłym przyjęciem i opieką. Tym samym mimo innej sytuacji, bo jednak niemowlę to rewolucja.

Kraków pachniał kwitnącymi drzewami i deszczem, i jeszcze tym jednym, znajomym zapachem. Ptaki śpiewały całą noc. Pokazałam córce pociągi, rzeki nie zdążyłam pokazać. Poimprezowałam. I wróciłam.

Home sweet home. Oraz Kain wrócił – jeszcze chyba nigdy nie rozstawaliśmy się na CAŁE cztery dni.

Słoma

Cain wyjechał służbowo i nie podpisał PIT-a.Ślę mu mms-y, które nie dochodzą i radzę sobie. Od dziś może być trudniej, bo dermatolog młodej również odradził mi mleko. A bez kawy z mlekiem nie ma dla mnie życia.

Prowadzę, a raczej prowadzimy z córką, intensywne życie, szczególnie rankami i wieczorami. Nadrabiamy leniwym siedzeniem w domu w środku dnia. Jutro jedziemy do miasta na K i będziemy imprezować. Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.

Glany

Miałam w życiu jedne, jedyne. Kupione w wieku bodaj 19 lat za 170 zł, co było niewysoką ceną za glany i ogromną kwotą dla mnie. Nosiłam je z poświęceniem, choć były trochę za ciasne, udając, że wcale nie mam stópek księżniczki (obtartych, dziurawych od byle pantofelka); wymieniałam kolejne sznurówki, pastowałam, pieściłam. Parę lat później pojechałam w nich w góry i dostałam zapalenia ścięgna Achillesa. Jakoś w międzyczasie odkryłam, co się robi ze stopami, gdy człowiek nosi wyłącznie glany i doszłam do wniosku, że ja jednak dziękuję.

Ale stały w szafie, stały latami, okazjonalnie pastowane, zakładane najpierw parę razy do roku na ogniska, potem raz, potem już wcale. Przeprowadzały się ze mną do kolejnych mieszkań, zajmując miejsce w kolejnych szafach. A dziś wreszcie obejrzałam je krytycznie, dostrzegłam ich stan, spakowałam w torbę i postawiłam obok śmieci do wyrzucenia.

Jakbym wyrzucała kawał życia normalnie.

Pajacyk

Aerobik jest dwa razy w tygodniu. Chodzę, to znaczy byłam na razie trzy razy i zamierzam kontynuować. Klub jest tylko dla kobiet, a te konkretne zajęcia – tylko dla mam z niemowlakami. Zaraz po aerobiku dla ciężarnych. Każda pani ma ze sobą małe dziecko, kładzie je na macie, daje jakiś gadżet do zabawy i jedziemy. Skoki, skłony, wymachy, sama nie wiem co, ale wszystkie laski robią to bardzo ładnie. Ja natomiast wyglądam jak patyczkowy pajacyk na sznurku. Łapki mi latają, nóżki podrygują. Kości sterczą. Nie nadążam. Nie znam terminologii. Nie umiem brzuszków, gubię małą piłkę, spadam z dużej, tracę równowagę. Mylą mi się strony, bo raz patrzę na prowadzącą, raz w wielkie lustro. Okazało się też, że w ogóle nie mam poczucia rytmu i koordynacji, gdy trzeba ćwiczyć na raz rękami i nogami. Oraz robię wdech tam, gdzie ma być wydech i odwrotnie.

Wszystko to nie robi mi najlepiej na miłość do własnego ciała, ale dosyć mobilizuje. Zakładam bowiem, że od aerobiku nie schudnę, lecz nabiorę kondycji, a przy odrobinie szczęścia może także nieco mięśni. Troszeczkę, nie chcę dużo.

Ej, a może tam mają wyszczuplające lustra? Powiedzcie, że mają! Ale nie, inne panie w odbiciu też wyglądają ładnie. Nie grubo, nie chudo. Aerobowo.

No ale. Okazuje się, że aerobik bardzo mi się podoba, choć nigdy w życiu bym się tego po sobie nie spodziewała. Nawet jestem w stanie dla niego wstać godzinę wcześniej i szybko ogarnąć nas obie, choć zwykle śpimy do 10, a do południa leniuchujemy. Wreszcie poczułam tego kopa, którego daje aktywność fizyczna, choć te zajęcia nie są jakieś kompletnie wypluwające, można potem jeszcze żyć. Pewnie specjalnie, żeby adeptki nie padły tam, gdzie stały, porzucając przychówek. Zjadam potem coś dobrego, wypijam dużo wody i jestem jak nowa. Po trzecich zajęciach już mi się prawie nie trzęsą nogi ;)

Dbam o siebie

Doszłam do wniosku, że nie mogę być taka coraz słabsza i coraz szczuplejsza i trzeba się wziąć za siebie. Wyliczyłam sobie, że powinnam jeść 2500 kcal dziennie, zainstalowałam specjalny kalkulator w komórce i liczę. Nie jest łatwo. Primo, ja tyle nie jadam, nie jestem przyzwyczajona. I nie bardzo mam czas, zwłaszcza szykować, a gotowe często równa się mniej zdrowe, że o kosztach nie wspomnę. Koło 20.00 zwykle okazuje się, że brak mi jeszcze 700 kcal, czyli akurat tyle, o ile zwiększyło się moje zapotrzebowanie w związku z karmieniem Licha.
Secundo, w mojej aplikacji – a także na stronach internetowych – nie ma wielu rzeczy, które jem. Nic dziwnego; użytkownicy tego typu stron zwykle starają się schudnąć i nie jedzą napoleonek lub kurczaka w cieście.

Jednocześnie zaczęłam chodzić na aerobik, żeby nabrać trochę kondycji. Chodzę razem z Lichem, dzięki czemu mogę to robić dwa razy w tygodniu rano. Po pierwszych zajęciach kupiłam sobie spodnie do aerobiku i jestem szykowna. Na weekendy planuję samotny basen, a mam tu w okolicy taki słony, bez chloru. Kostium w drodze.

Po zakupach garderobianych widać, jaka ze mnie była sportowa dziewczyna. Miałam tylko ciuchy w góry (ale plecaka już nie). I efektowne bikini do świecenia brzuchem na plaży. Tymczasem wspomniany aerobik całkiem mi się spodobał. W życiu bym się tego po sobie nie spodziewała.

Po ponad tygodniu liczenia kalorii waga przestała spadać, a nawet jakby leciutko ruszyła w górę. Domyślam się, że na efekty ćwiczeń będę musiała czekać trochę dłużej, toteż trzymajcie kciuki za moją cierpliwość…

Sąsiedzi

Raz na jakiś czas obcy ludzie spotykają nas przemykających korytarzem na bosaka, z dwiema książkami pod pachą, otwartą flaszką wina, garnkiem lub dzieckiem (lub dowolną kombinacją tych i innych rzeczy). Niekiedy spotykam czyjąś zdziwioną minę wychodząc w skarpetkach (nie że wyłącznie, ale bez butów) z jednego mieszkania, zamykając je na klucz, po czym otwierając kluczem sąsiednie. Na moje grzeczne „dzień dobry” nigdy nie reagują, trwając w stuporze lub grzecznie udając, że nic nie zaszło.

Doprawdy, czy to takie dziwne mieć klucz do zaprzyjaźnionych sąsiadów? :)

(Doskonale jest mieć dwie kuchnie, dwie damskie szafy, dwie lodówki itd., że nie wspomnę o telewizorze za ścianą. Za pół godziny Gra o Tron na HBO!)

Mrok, mord i dupa

Miałam już więcej nie przeklinać w internecie, bo znienacka okazało się, że mam wśród czytelników ludzi kulturalnych i starej daty (pozdrawiam Ulubionego Pastora!), więc rozumiecie, głupio tak mięsem rzucać. Ale nie mogę, no nie mogę.

Bo zima. Śnieg sypie jak dziki i nie przestaje, chyba, że tylko po to, żeby mógł popadać deszcz. A ja muszę wietrzyć dziecko, że nie wspomnę o robieniu zakupów, popylając przez zaspy, bo panowie z szuflami odśnieżają tylko na szerokość dwóch stóp, jeśli w ogóle. I wszystko mnie od tego boli.
Bo przez tę zimę dziecko ma wyspkę, a ja deprechę. Bo nie ma warzyw i owoców. Witamin nie ma. Bo mąż aktualnie pracuje dzień i noc, więc nawet nie mam jak mieszkania odkurzyć (zadanie wymaga kooperacji).

Bo ganglion, podejście drugie, na NFZ, z którym wiadomo, jak jest. Bo znowu cieknie spod wanny i zalało całą ścianę w sypialni. Bo milion innych nieszczęść.

I choć ogólnie jestem w życiu bardzo szczęśliwa, to jednak obecnie sądzę, że natychmiast oszaleję.