Mrok, mord i dupa

Miałam już więcej nie przeklinać w internecie, bo znienacka okazało się, że mam wśród czytelników ludzi kulturalnych i starej daty (pozdrawiam Ulubionego Pastora!), więc rozumiecie, głupio tak mięsem rzucać. Ale nie mogę, no nie mogę.

Bo zima. Śnieg sypie jak dziki i nie przestaje, chyba, że tylko po to, żeby mógł popadać deszcz. A ja muszę wietrzyć dziecko, że nie wspomnę o robieniu zakupów, popylając przez zaspy, bo panowie z szuflami odśnieżają tylko na szerokość dwóch stóp, jeśli w ogóle. I wszystko mnie od tego boli.
Bo przez tę zimę dziecko ma wyspkę, a ja deprechę. Bo nie ma warzyw i owoców. Witamin nie ma. Bo mąż aktualnie pracuje dzień i noc, więc nawet nie mam jak mieszkania odkurzyć (zadanie wymaga kooperacji).

Bo ganglion, podejście drugie, na NFZ, z którym wiadomo, jak jest. Bo znowu cieknie spod wanny i zalało całą ścianę w sypialni. Bo milion innych nieszczęść.

I choć ogólnie jestem w życiu bardzo szczęśliwa, to jednak obecnie sądzę, że natychmiast oszaleję.