Miesięczne archiwum: Maj 2013

Nie umiem pisać książek

Nie umiem pisać książek, ale umiem pisać notki. Dlatego, aby zmotywować się do napisania tego, co chodzi mi po głowie od lat (serio), założyłam sobie kolejnego bloga. To będzie chyba siódmy z tych aktywnych, zarzuconych nie liczę ;)

Plan jest taki, że będę pisać codziennie i do końca roku będę miała całość. Dlaczego do końca roku? Bo od stycznia wracam do pracy. Dlaczego może się nie udać? Bo w domu też pracuję i może się zdarzyć, że pisząc za pieniądze, nie znajdę czasu, by pisać dla siebie. Lajf. Ale trzymajcie kciuki, a jeśli kto ciekawy, to zapraszam:

Czyżykowo – historia rodzinna.

Polityka prorodzinna my ass

Będąc na umowie o pracę i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą płaciłam do ZUS-u składkę zdrowotną, coś koło 250 zł. Pracodawca płacił za mnie zdrowotną i społeczną (tak, zdrowotna dwa razy, bo czemu nie, urzędy też za coś trzeba, prawda, stawiać).

Będąc na urlopie macierzyńskim i prowadząc jednocześnie działalność gospodarczą, również płaciłam składkę na ubezpieczenie zdrowotne. To, co poprzednio uiszczał pracodawca, płaciło za mnie państwo.

A będąc na wychowawczym i prowadząc działalność, muszę płacić obie składki sama. Blisko 1000 zł. Różnica jest taka, że teraz nie otrzymuję pensji ani zasiłku macierzyńskiego, zarabiam tylko tyle, ile mi się uda wieczorami. W ten sposób, mimo wszelkich starań i postanowień, muszę zawiesić firmę.

Wal się, przedsiębiorcza matko. Do fabryki albo, najlepiej, na utrzymanie męża, a nie robić zamach na tradycyjny model rodziny. A będziesz fikać, to za nogę do kaloryfera.

Oczywiście w kuchni.

Jędrna pupa i grzeszne przyjemności

Nadal chodzę na aerobik. Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak chodzę i czuję się coraz lepiej. Mam więcej energii i więcej siły. Jestem bardziej sprężysta. Zaczęły mi wychodzić ćwiczenia, których przedtem nie byłam w stanie zrobić. Ba, zdarzyło mi się nawet, że wyszłam z zajęć zupełnie nie zmęczona. Zaczęłam więc wykonywać ćwiczenia dokładniej. Po miesiącu całkiem przyjemnie patrzy się w lustro podczas ćwiczeń.

Kalorii nie liczę, wychodząc z założenia, że po paru tygodniach notowania wszystkiego, co jem, nabrałam już dobrych nawyków (które byłyby złymi nawykami, gdybym próbowała schudnąć, ale nie próbuję, jak wiadomo). Jednym z tych nawyków jest kupowanie jedzenia zawsze, gdy mi to choćby przejdzie przez myśl, i oczywiście konsumowanie go od razu. Śmiało poczynam sobie także z przekąskami (nigdy nie potrzebowałam szafki na przekąski, a teraz mam, co za rozpusta!) i z latte na spacerach, bo znów piję mleko, tym razem to już chyba na stałe. Latte z syropem ma dużo kalorii, a wszystko, co ma dużo kalorii, jest w mojej diecie bardzo mile widziane. Nie tyję, ale i nie chudnę, a to spory postęp. Pisząc to, pochłonęłam jakieś 100 g mieszanki studenckiej.

Jeśli chodzi o grzeszne przyjemności, to stałam się fanką internetowych zakupów. Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tym kompulsywnym kupowaniem na Allegro; jest przecież tyle innych sposobów na odstresowanie się w WOLNYM CZASIE. Odkąd w zasadzie nie mam wolnego czasu (w dzień zajmuję się Lilą, wieczorem pracuję lub nadrabiam prace domowe, w nocy pracuję lub śpię), e-shopping jako sposób zrobienia czegoś miłego dla siebie stał mi się bliski. Staram się kupować rzeczy potrzebne i znajduję radość tam, gdzie nigdy bym się jej nie spodziewała. Ostatnio na przykład ogromnej przyjemności dostarczył mi nowy odkurzacz. Poważnie, do tej pory nie miałam pojęcia, co to jest porządnie odkurzone mieszkanie, bo maszyny miałam raczej z tych najtańszych. I że odkurzacz może szumieć, a nie ryczeć. Fantastyczna sprawa.

Tak więc mam zdrowo, kalorycznie, czysto (mniej więcej) i w dodatku jest lato. Kocham lato, w maju też. Kwitną jednocześnie bzy, kasztany, magnolie i forsycje. A ja chodzę wśród tych wszystkich wspaniałości na moje obowiązkowe spacerki z dzieckiem, popijam latte i opalam się na czekoladę :)

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.