Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.