Miesięczne archiwum: Czerwiec 2013

Kura domowa

Kurwa, nienawidzę tego pierdolnika, który mam w domu. O 18 zdjęłam pranie, położyłam na łóżku i do tej pory nie zdołałam go schować. Mój mąż położył się spać razem z praniem, gdyż należy ono do moich obowiązków. Jego jest zmywanie (czy pozmywał?). Wszędzie coś się wala, podłogi nie myte od miesiąca, okna od roku, nie żartuję.

Doskonale rozumiem, dlaczego wiele kobiet decyduje się rzucić pracę i zajmować domem. W tym syfie nie da się żyć. Kusi, cholernie kusi, pierdolnąć w cholerę robotę, pisanie, aerobiki sriki i raz wreszcie na zawsze opanować ten burdel.

Tymczasem wstałam od komputera o pierwszej z hakiem, po pracy za pieniądze i pracy nad książką, przerywanej trzema karmieniami, rozejrzałam się i szlag mnie trafił.

Mam tylko jedno dziecko, które jeszcze mało bałagani, partnerski układ i pracę w domu. Jak, pytam, jak funkcjonują inne rodziny? Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.

W wiecznym niedoczasie

Dużo pracuję, choć jakoś dziwnie wciąż nie mamy kasy. Dużo to znaczy, że codziennie, gdy Licho w końcu zaśnie, siadam do komputera i piszę, poprawiam, szukam obrazków, wymyślam i znów piszę. Bywa, że schodzi mi do drugiej w nocy. Skonana kładę się spać, żeby zostać obudzona o szóstej (na szczęście czasem później dosypiamy we dwie). A potem rajd: aerobik, jakieś warsztaty, to lub tamto załatwić, zadzwonić, umówić, ustalić, kupić, tu lub tam wpaść, do pracy podjechać. Do tego gotowanie, bo Licho lubi często podjeść. Po powrocie Kaina obiad (kolacja w sumie), kąpiel, bawienie, usypianie, praca, pad na twarz. I tak ciągle.

Zaniedbuję już nie tylko blogi, ale też książkę. Zaniedbuję także dom, męża, o sobie już nie wspomnę. Każda chwila czasu to najpierw szybkie planowanie: co zrobić najpierw, zanim coś mnie znów oderwie; co jest najważniejsze? Po pół roku treningu doszłam do tego, że najważniejsze jest siusiu i jedzenie, reszta potem. Jestem z siebie dumna.

Kain też zabiegany, praca, dom, dziecko, żona. Jakoś jednak to on ma czas na godzinkę lub dwie grania na komputerze i to on ma siłę na tête-à-tête, podczas gdy ja jestem tą zimną i złą, która zasypia, gdy tylko znajdzie się w pozycji horyzontalnej.

Dochodzę do etapu, w którym osiem godzin pracy w biurze wydaje mi się miłą, odprężającą rozrywką.

Gorąco

W taką pogodę powinno się siedzieć w kafejce nad wodą i jeść deser lodowy, pić lodowatego drinka gdzieś na dworze, co pół godziny wchodzić do wody, żeby popływać, spacerować po lesie tylko dlatego, że tam chłodniej. W taką pogodę las oszałamiająco pachnie żywicą. Powinno się iść w góry i opalać na czekoladę, nie czując wcale gorąca, bo na szczytach wieje wiatr. Leżeć na plaży z zimną warką radler. Chodzić boso samym brzegiem morza, tam, gdzie fale, w najbardziej zwiewnej sukience, łapiąc w nią wiatr i mocząc dół w wodzie.

W sobotę Noc Świętojańska. Gdyby pogoda się utrzymała, to na działce nikt mnie nie wyciągnie z rzeki!

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Jak robię sobie herbatę

1. Gotuję wodę i natychmiast o niej zapominam.
2. Pięć minut (albo godzinę) później wyjmuję kubek, wrzucam do niego torebkę herbaty, zapominam.
3. Gotuję wodę. Zapominam.
4. Rozglądam się za moją herbatą, gotuję wodę.
5. Przynoszę z sypialni zapomnianą poranną kawę, podgrzewam w mikrofali.
6. Zalewam herbatę i o niej zapominam.
7. Koszmarnie spragniona, wypijam duszkiem zimną herbatę i ponownie zimną, ohydną już kawę.
Wracam do punktu pierwszego.

Uczucia ambiwalentne

Uwielbiam mojego męża za czynny, partnerski udział w życiu domowym. Ale kiedyś zabiję go w afekcie za robienie tego po łebkach.

Zmywa, ale nie chowa czystych naczyń. Efekt? Nadal nie mam dostępu do czystego, bo jedną ręką (na drugiej niemowlę) nie wydłubię tej cholernej pokryweczki ze spodu przeczącej prawom grawitacji piramidy.

Chowa po śniadaniu chleb i masło, ale zostawia ser. Czyli i tak muszę sprzątać.

Zabierze z biurka pudełko z pastellą, ale krakersy i okruszki zostawi. Kaman, pudełeczko mogłam sobie sama zanieść, a sprzątanie okruszków wymaga dwóch wolnych rąk, ścierki i wizyty w umywalce potem.

Nie mam czasu na pisanie, na słowotok, blogowanie

Jak się okazuje, pisanie książki zajmuje dużo czasu i niemało mózgu. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że od 19 maja nie było tu żadnej notki. W tym czasie starałam się codziennie pisać Czyżykowo, ale na długi weekend wyjechaliśmy na działkę, a tam cienko z internetem. Że niby mogłam pisać offline? Please! Oflajn to ja mogę harmonogramy do pracy pisać, a nie Sztukę. Więc napisałam tylko jeden kawałek, a po powrocie okazało się, że niepostrzeżenie minął maj, a w maju P. miał likwidować serwer, na którym od początku stoją wszystkie moje strony, my zaś nie ogarnęliśmy się z przeniesieniem. Więc przenoszenie, które, jak pewnie zauważyliście, nie poszło bezproblemowo i jakieś trzy dni na blogach świeciło 404. Więc znów nie pisałam, to znaczy napisałam tylko jeden kawałek Czyżykowa w edytorze tekstu, jak zwierzę. Wyszedł jakiś krótki.

Przy tym całym przenoszeniu Cain od niechcenia machnął mi nową stronę główną według spontanicznie zgłoszonego pomysłu Taty. Panowie, jesteście super.

Wracając do naszych blogów, okazuje się, że gdy tylko mam wolną chwilę, albo pracuję, albo piszę kawałek historii, albo notuję Lichowe postępy na jej blogu.  Bardzo często, gdy mam zajęte ręce i wolną głowę, układam notki na ten blog, ale potem i tak nie mam czasu ich napisać albo zapominam. Na pewno miałam takich z dziesięć od poprzedniego wpisu, tylko w głowie i tylko przez kwadrans. Nawet nie obiecam, że postaram się poprawić, to znaczy chciałabym, dla samej siebie, ale pracy będę miała raczej więcej, niż mniej, co ma swoje zalety, nie ukrywam.

W skrócie więc, co u mnie. Na działce byłam, nie pływałam, spacerowałam, dziecku rzekę pokazałam. Nie była zainteresowana. Miałam skakać na paralotni w miniony weekend, ale z miliona powodów przełożyłam na piątek. Trzymajcie kciuki, bo zostawiam rodzinę i muszę obrócić w ciągu jednego dnia, a to w Gliwicach jest i nie ma wieczornego pociągu. W dzień matkuję, w nocy pracuję zawodowo, tonę w bałaganie i pragnę odskoczni (paralotnia to może być to, owszem). I tyle w sumie.

Szafkę do łazienki muszę sobie kupić. Malutką, bo nie ma miejsca, ale dużą, żeby rzeczy pomieścić. Myślę o takiej: http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/30189024/