Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

The best of the bests

Dobra, no więc mam taki problem, że muszę być zajebista. Muszę być dobrą mamą, dobrze się zajmować domem (nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o codzienne mycie podłóg, tylko raczej, żeby nie tonąć w brudzie, a tonę, piszę z dna), muszę mieć wartościowy obiad dla dziecka i świeże jedzenie w lodówce, a zarazem uśmiechać się do męża, uczesana być i wydepilowana, czuła i wspierająca, i jeszcze muszę być dobra w pracy, bo jak mi spada poziom, to mnie szlag trafia, że nie wspomnę o milionie maili z poprawkami. Muszę zarabiać, wydawać, bo samo się nie kupi, spacerować, karmić, dbać i dogadzać, a, i zapomniałam, że jeszcze muszę być dobrą przyjaciółką, sąsiadką, kochanką, siostrą.

Takie mam ciśnienie, żeby to wszystko robić może nie najlepiej, ale dobrze, żeby niczego nie zaniedbywać i sama przy tym być zadbaną.

No bo jak to – obiadu dziecku nie dam? Mężowi odmówię tête-à-tête, zarzucając nieświeżą grzywką? Okruchy muszkom owocówkom na stole zostawię (plaga)? Prania nie zrobię i co będziemy nosić? Kasy nie zarobię i za co na wakacje? Przyjaciół w potrzebie spuszczę na drzewo?

Nie mogę, no nie umiem. I tak się staram, i tak daleko mi do ideału, zamiast dziecku dawać dobry przykład, to ja przy stole klepię w komórkę pisząc tę notkę, na podłodze mam syf, nie obcięte paznokcie i nie wysłane maile, i cos mi śmierdzi w kuchni. I tyle mi to wszystko pochłania czasu, tak bardzo nie mam kiedy spać, odpoczywam rzadko, tak strasznie nie mam siły. Oraz nie pamiętam.

Znacie to, nie? Poradźcie mi, co robić, jak żyć, gdy nic się nie da odpuścić, bo przecież jak się potem nazbiera, to zaleje po czubek głowy. Bul, bul.

Ha ha hashi

Poszłam dziś do lekarza z kompletem szczegółowych badań, spodziewając się, że zdiagnozuje mi ciążowe zapalenie tarczycy, które może samo niedługo przejdzie. Wyszłam z diagnozą: zapalenie przewlekłe, Hashimoto.

Strasznie mnie to walnęło. Wyszedłszy, zadzwoniłam od razu do Caina, co było zaiste świetnym pomysłem, zważywszy, że ma wymagającą intelektualnie pracę. Potem zadzwoniłam do mamy i kwadrans później mama robiła mi herbatę, uspokajając, że „Hashimoto to taka wygodna szufladka dla lekarzy”.

Nie jest to, oczywiście, życiowa tragedia, od tego się nie umiera, czasem trzeba brać leki, a w ogóle choroba z czasem mija. Znam co  najmniej kilka osób chorych na chorobę Hashimoto i mają się one zazwyczaj całkiem nieźle. Ale jakoś nie mogę się nie denerwować, mimo że w moim przypadku choroba nie daje obecnie żadnych objawów i w żaden sposób mi nie szkodzi; jedynym jej objawem są wyniki badań. Nadczynności też, jak się okazuje, wcale nie mam. Powinnam się zgłosić za pół roku na badania kontrolne i tyle.

Co zabawne, nadal nie wiem, czemu czuję się jak kupa. Skąd te zmiany nastroju, zmęczenie, chudnięcie mimo wilczego apetytu, skąd problemy z koncentracją i pamięcią? I, last but not least, ten wkurw permanentny (choć ostatnio mi trochę lepiej, zapewne dlatego, że nie mam siły)?

Mama mówi, że to zwykłe przemęczenie. Jeśli tak, to trochę słabo. Na to nie ma tabletek.

Danger, danger, high voltage

Coś mi pstryknęło w mózgu, pyknęło w hormonach, strzeliło w krzyżu i po ośmiu miesiącach zimy poczułam się trochę bardziej sobą.

To się gdzieś wyłącza, choćby na czas opieki nad dzieckiem? Potrzebuję paru dni, żeby się przyzwyczaić, bo już nie umiem, nie pamiętam, czuję się jak nastolatek w żeńskim gimnazjum. Albo, bo ja wiem, poborowy na przepustce.

Spokojnie, to tylko hormony

Jestem w trakcie badań, które ustalą, o co właściwie chodzi z tą moją tarczycą i czy to zapalenie (po)ciążowe, które zapewne przejdzie, czy jakaś grubsza sprawa. W obu przypadkach jednak smutne fakty są takie, że będę chodzić wkurwiona i zmęczona jeszcze pewnie kilka miesięcy. No, tygodni co najmniej. Dziś byłam dokładnie o włos o awantury, jakie robiłam będąc nastolatką. A wtedy to ja, och, tak się pięknie awanturowałam, jak nikt. Przedmioty latały w powietrzu, decybele też, nie oszczędzałam ni gardła, ni ręki. Bibeloty, kubki, talerze, wszystko, co się głośno i efektownie tłukło, fruwało w powietrzu i rozpryskiwało się na kawałeczki na podłodze. Następnie siadałam w tym pobojowisku i rzewnie płakałam.

Potem sprzątałam i szłam spać.

No i dziś byłam o krok, mały kroczek od takiej akcji, telepało mną, szczęki mi się same zaciskały, nic nie byłam w stanie porządnie zrobić, a każdy następny fail zwiększał wkurwa. W tym stanie gotowałam, piekłam i pracowałam, a nawet usypiałam dziecko (o dziwo skutecznie). Kiedy o tym piszę, od samego wspominania znów mnie zaczyna telepać.

Czy był jakiś powód?

Deadline mi się nałożył z gotowaniem obiadu. Tylko tyle.

Gdzie są moje okulary

Ze zdziwieniem patrzę dziś na świat, nieograniczony ramkami okularów. Do góry, w dół i na boki – wszędzie widzę. Dużo i z daleka. Z bliska gorzej, ale też co nieco; na przykład w lustrze widzę, że:
– nos mam bardzo długi
– wory pod oczami
– oczy w ogóle duże, lecz o dziwnym jakimś kształcie
– i tak jakoś strasznie dużo miejsca między policzkiem a okiem.

Wszystko to maskowały dotychczas okulary. Maskowały od dwudziestu kilku lat, stanowiąc dominujący akcent w mojej twarzy. Kochałam je za to, było nam razem bardzo dobrze, lecz teraz moja córka wciąż mi je zabiera i uznaliśmy, że w soczewkach kontaktowych będzie lepiej i bezpieczniej.

Cierpię.

Umiem się malować tylko pod okulary. Umiem czytać tylko w okularach. W soczewkach trudniej, nie mówiąc o pisaniu na komputerze. W ogóle, jak się okazuje – nie bardzo umiem patrzeć. Człowiek bez okularów musi się wysilić dużo bardziej, niż ten, co ma szkiełka. Na przykład nigdy dotąd nie miałam tak, że za każdym razem, gdy przenoszę wzrok na inny przedmiot, muszę się skupić chwilkę i mrugnąć, zanim dostroi mi się ostrość. Podobno każdy tak ma, a że soczewki kontaktowe bardzo nieznacznie zmieniają  naturalną optykę człowieka, to teraz mam tak i ja. W okularach nie miałam. Z czytaniem zaś jest ponoć tak, że okulary pomagają skupić obraz, który mamy przed nosem. Kontakty nie pomagają i tekst bardziej „pływa”. To znaczy mnie pływa, normalnemu człowiekowi pewnie nie, bo od dziecka umie czytać bez okularów.

I tak oto dwadzieścia parę lat protezowania rozleniwiło mnie i oduczyło normalnego patrzenia. Podobno się przyzwyczaję, ale może to potrwać nawet kilka tygodni. Poprzednim razem, jakieś 5-6 lat temu, nie przyzwyczaiłam się wcale. Źle widziałam w soczewkach i koniec. Może teraz będzie lepiej; dziś nie przeszkadzały mi, dopóki nie usiadłam do pisania.

W sumie najbardziej motywuje mnie myśl o ciemnych okularach. Kapelusz, ciemne okulary i szminka – z takim arsenałem kobieta może wszystko!

Świat zza krat

Osiatkowaliśmy balkon. Mówiono mi, że takiej siatki prawie nie widać. Niestety, widać, i to jak. Zamiast balkonu mamy teraz sporą klatkę, wygląda to dość groteskowo, w dodatku nie można sąsiadom podać piwa przez balkon, co dotychczas zdarzało nam się praktykować.

Ale.

Czymże są te niedogodności w obliczu faktu, że nareszcie można wietrzyć? A jak zdobędę jakiś stół, to będzie też można jadać na balkonie, co bardzo lubię. A jak posprzątam, to Licho będzie mogło też tam przesiadywać. Czyli w sumie na plus, nie?

Hura, jestem chora

Nie jestem wredną suką, która warczy na wszystkich wokół bez żadnego powodu.

Nie jestem leniwą flądrą, która nawet nie potrafi zadbać o własną cerę i dietę.

Nie jestem leniem o słomianym zapale, co to wszystko zaczyna, ale nic nie doprowadza do końca, bo mu się nie chce, za to ciągle by spał, choć nic nie robi (ha,ha).

Nadczynność tarczycy powoduje, najogólniej mówiąc, nadmierny metabolizm, a w konsekwencji – rozdrażnienie, zmęczenie, chudnięcie. „Wszystko by się chciało na raz, ale w gruncie rzeczy nie ma się na to siły” – powiedziała lekarka i tym zdaniem opisała mnie trafniej niż ktokolwiek. Brzydka cera, sterczące żebra, ciągły głód, zmęczenie, gorąco, permanentny wkurw – wszystko to nie jest wynikiem mojego beznadziejnego charakteru, tylko choroby i da się wyleczyć.

Co za ulga.

P. S. Laski, badajcie sobie tarczycę, już chyba co druga moja rówieśniczka ma z nią problemy. A leczyć się trzeba. Oraz dziękuję Aleksandrze za ten artykuł, a Monice za to, że mi go pokazała.

Perfectly happy

Wstałam o szóstej czterdzieści, pozajmowałam się Lichem, zrobiłam i podałam śniadanie, przygotowałam kawę w tygielku, położyłam Licho, ogarnęłam to i owo. Potem poszłam na basen, pierwszy raz w życiu z Cainem (zawsze chodziliśmy osobno, tak się składało) i pierwszy raz w życiu z córką. Było super. Wracając zjadłam lody, w domu zrobiłam boskiego łososia ze świeżym tymiankiem z mojego kuchennego ogródka i z domowym pesto, wyskoczyłam po maliny. Teraz piekę mięso, planuję dziś jeszcze hummus.

Czuję się świetnie. Uwielbiam rodzinne niedziele, a gdy Cain zdejmie mi z głowy małą, prace domowe stają się całkiem miłe (to chyba ta słynna metoda kozy). Na basenie zmęczyłam się jak należy i po raz pierwszy pływałam bez przystanków po każdej długości, tylko tam i z powrotem.

Oczywiście, gdybyście w tej sekundzie dali mi łóżko i dwanaście godzin, wykorzystałabym je uczciwie (tak, na sen). Ale zdałam sobie dziś sprawę, że jestem całkowicie, doskonale, zwyczajnie szczęśliwa.

(A może tydzień temu zaczęłam znów brać magnez i działa?)

Oczywiście, że napiszę o Blipie.

Dawno, dawno temu, zanim fejsbuk był po polsku, zanim twitter był po polsku, zanim upadło grono i zanim można było logować się guglem na jutuba – jeden koleś zrobił blipa. Na blipa zaprosiła mnie Królowa i założyłam tam konto tylko po to, żeby obejrzeć sobie i z czystym sumieniem jej powiedzieć: „to nie dla mnie, nie zapraszaj mnie już”. To było we wrześniu 2008 roku i od tamtego dnia prawie codziennie tam pisałam. O czym? No o niczym, bo to jest/był blip, można było tam pisać o niczym, #bułka i #ludziektórzy, pierdolety najgorsze, takie, z którymi wchodzisz rano do kuchni i mówisz siedzącej tam osobie: że noga boli, że kupiłaś nowe cośtam, że czy nie wie, jak metro w weekend jeździ i czy może poleca jakiegoś neurologa w mieście X. To był dla mnie taki wirtualny pokój, pełen ludzi, z którymi mogłam pogadać o czymkolwiek, jeśli akurat miałam ochotę. Albo tylko posłuchać. Albo rzucić grubszym słowem i od razu usłyszeć: „co jest, co się stało, głowa do góry”.

Nie zliczę, ile razy blipowa społeczność niosła radę, pociechę lub inspirację. Wkurwa też, oczywiście, ludzie tak już mają, że czasem są wkurwiający. Ale najważniejsze, że poznałam tam fantastycznych ludzi. Alquanę, Cloudy, Siwą, Futureperfect i inne fantastyczne kobiety. Kilku fajnych facetów. Gdyby nie blip, nie znałabym Orkana! Nie zaprzyjaźniłabym się z Krakowem i nie miałabym z kim jeździć w góry. Spotkałam tam również kilka osób, z którymi wcześniej urwał się kontakt, jak choćby Lilarouge, co po niej moja córka ma imię.

Przez prawie pięć lat korzystałam z blipa non-stop. Cholernie mi żal, że teraz go zamykają. Jasne, wiedzieliśmy od dawna, że GG po kupieniu serwisu nie inwestuje w niego i traktuje po macoszemu, że blip nie przynosi kasy i generalnie że umiera. Ale to zamknięcie nastąpiło mimo wszystko jakoś nagle, jakoś sucho i choć mamy jeszcze prawie dwa miesiące, to jest to już w zasadzie stypa. I czuję się trochę tak, jakby mnie znienacka wykwaterowano bez przyzwoitego lokalu zastępczego, bo Wykop jest jak mieszkanie ze współlokatorami, którzy nie spuszczają wody. Pewnie skończy się na Twitterze, choć prawdopodobnie wyglądamy jak jak gromada oszołomów, to nie jest – podobnie jak facebook – medium do pisania dwudziestu statusów na minutę i wieloosobowych pogaduszek o przewadze placków z solą nad plackami z cukrem (albo karmienia piersią publicznie nad karmieniem w domu po kryjomu, albo…). Jakieś takie bardziej serio są te serwisy, a nam – sierotkom z niepoważnego blipusia – jest teraz poważnie smutno.

Przynajmniej mi jest. Smutno.