Ha ha hashi

Poszłam dziś do lekarza z kompletem szczegółowych badań, spodziewając się, że zdiagnozuje mi ciążowe zapalenie tarczycy, które może samo niedługo przejdzie. Wyszłam z diagnozą: zapalenie przewlekłe, Hashimoto.

Strasznie mnie to walnęło. Wyszedłszy, zadzwoniłam od razu do Caina, co było zaiste świetnym pomysłem, zważywszy, że ma wymagającą intelektualnie pracę. Potem zadzwoniłam do mamy i kwadrans później mama robiła mi herbatę, uspokajając, że „Hashimoto to taka wygodna szufladka dla lekarzy”.

Nie jest to, oczywiście, życiowa tragedia, od tego się nie umiera, czasem trzeba brać leki, a w ogóle choroba z czasem mija. Znam co  najmniej kilka osób chorych na chorobę Hashimoto i mają się one zazwyczaj całkiem nieźle. Ale jakoś nie mogę się nie denerwować, mimo że w moim przypadku choroba nie daje obecnie żadnych objawów i w żaden sposób mi nie szkodzi; jedynym jej objawem są wyniki badań. Nadczynności też, jak się okazuje, wcale nie mam. Powinnam się zgłosić za pół roku na badania kontrolne i tyle.

Co zabawne, nadal nie wiem, czemu czuję się jak kupa. Skąd te zmiany nastroju, zmęczenie, chudnięcie mimo wilczego apetytu, skąd problemy z koncentracją i pamięcią? I, last but not least, ten wkurw permanentny (choć ostatnio mi trochę lepiej, zapewne dlatego, że nie mam siły)?

Mama mówi, że to zwykłe przemęczenie. Jeśli tak, to trochę słabo. Na to nie ma tabletek.