Spokojnie, to tylko hormony

Jestem w trakcie badań, które ustalą, o co właściwie chodzi z tą moją tarczycą i czy to zapalenie (po)ciążowe, które zapewne przejdzie, czy jakaś grubsza sprawa. W obu przypadkach jednak smutne fakty są takie, że będę chodzić wkurwiona i zmęczona jeszcze pewnie kilka miesięcy. No, tygodni co najmniej. Dziś byłam dokładnie o włos o awantury, jakie robiłam będąc nastolatką. A wtedy to ja, och, tak się pięknie awanturowałam, jak nikt. Przedmioty latały w powietrzu, decybele też, nie oszczędzałam ni gardła, ni ręki. Bibeloty, kubki, talerze, wszystko, co się głośno i efektownie tłukło, fruwało w powietrzu i rozpryskiwało się na kawałeczki na podłodze. Następnie siadałam w tym pobojowisku i rzewnie płakałam.

Potem sprzątałam i szłam spać.

No i dziś byłam o krok, mały kroczek od takiej akcji, telepało mną, szczęki mi się same zaciskały, nic nie byłam w stanie porządnie zrobić, a każdy następny fail zwiększał wkurwa. W tym stanie gotowałam, piekłam i pracowałam, a nawet usypiałam dziecko (o dziwo skutecznie). Kiedy o tym piszę, od samego wspominania znów mnie zaczyna telepać.

Czy był jakiś powód?

Deadline mi się nałożył z gotowaniem obiadu. Tylko tyle.