Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

Polubić swoje ciało

Postanowiłam przestać narzekać na swoją figurę. Uprzedzając komentarze – tak, wiem, że większość kobiet śni o krwawej zemście na mnie za sam fakt, że jestem chudą zdzirą. Mam nadzieję, że budzą się potem pokrzepione. Osobiście wolałam swoje ciało sprzed ciąży (kto by się spodziewał), dziesięć procent cięższe, bardziej krągłe, gładsze. Czułam się lepiej i uważam, że lepiej wyglądałam. Po urodzeniu córki kolejne tracone kilogramy sprawiały, że bałam się o swoje zdrowie. A widok w lustrze nie pocieszał, zatroskane komentarze przyjaciół też niezbyt.

Prawda jest jednak taka, że czuję się dobrze. Jestem w dobrej kondycji, pierwszy raz od dzieciństwa regularnie ćwiczę, a efektem tego jest gibkość, jakiej nie znałam dwa lata temu. Nie jestem zbyt silna, nie przestałam mieć problemów z kręgosłupem, ale łatwiej wstaję rano z materaca, a moje ciało jest zwarte, giętkie i, ku mojemu zaskoczeniu, umięśnione. Nie tak, że to widać, więc sama nie zauważyłam – ale tak, że czuć, więc poczuł i pokazał mi mój mąż. On też codziennie udowadnia mi, że podobam mu się taka, jaka teraz jestem, a przez to pomaga mi poczuć się piękną na nowo.

Waga pokazała ostatnio 50 kg i przez parę dni martwiłam się, że lada moment zobaczę czwórkę z przodu. A potem pomyślałam, że, kurczę, jestem zdrowa, sprawna, atrakcyjna i naprawdę nie ma potrzeby robić dramatu wokół paru wystających żeber. Niech sobie wystają, do towarzystwa moim nowym mięśniom brzucha, nowej talii, a przede wszystkim – do towarzystwa mojej córce. Bo moje nowe ciało to część bycia mamą, naturalna tego konsekwencja. I nie jest to, jak sądzę, cena wygórowana.

Tak więc od dziś przestaję narzekać na figurę, uczę się zaś na nowo kochać widok w lustrze. Czego i Wam życzę :-)

Fitness

Teoria jest taka, że ćwiczę trzy razy w tygodniu. Dwa razy z Lichem i raz bez (ach, relaks, spokojny prysznic po zajęciach, czas tylko dla mnie!).

W praktyce w zeszłym tygodniu we wtorek nie mogłam ćwiczyć, w czwartek Licho zaspało, w sobotę owszem, byłam. W tym – we wtorek znów drzemka wypadła o złej porze, w czwartek byłam, a dziś odwołali moje samotne, cudowne, sobotnie zajęcia z powodu małej ilości chętnych.

Foch.

Magiczka od kręgosłupa

Otóż naprawiono mi kręgosłup. Teraz boli z szoku, że ten dysk nagle się pojawił w miejscu w którym do od roku nie było. Ale ogólnie jest o niebo lepiej. Nadto zabroniono mi biegać, bo to niedobre na dyskopatię (a poważnie chciałam zacząć!). Ale spoko, za tydzień zaczynam trzecie zajęcia w tygodniu, takie dla połamanych babek z małymi dziećmi, co nie mogą (babki, nie dzieci) dojść do siebie. Będzie podobno dużo pilates. Pilates na dyskopatię owszem, można i należy.

Czarodziejka od kręgosłupa rozmasowała mi go i nastawiła niemal bezboleśnie. Dopiero drugiego dnia poczułam się, jakby mnie ktoś posiniaczył, ale wierzcie mi, że to boli mniej niż przedtem.

Pilates, aerobik i jeszcze takie zajęcia dla Licha oznaczają, że będę klientką klubu fitness cztery razy w tygodniu. Ja! Magia karty Multisport.

.

TAK BARDZO NIE DAJĘ RADY. Chleb – do wyrzucenia, bo zachciało mi się upiec inny niż zawsze. Omal nie podpaliłam mieszkania, bo zasnęłam mając garnek na kuchence. Garnek też do wyrzucenia i coś mi mówi, że jednak nie mam obiadu na jutro. Dziecko poobijane, bo nie nadążam łapać. Nawet własny kot mnie podrapał. Zdaje się też, że ostatnio porządnie kąpałam się przedwczoraj. Pointy nie będzie.

Cisza jak ta

Prawie cztery dni za miastem, w malutkiej miejscowości, w której nic nie ma. Dwie zamknięte knajpy, dwa sklepy, stacja PKP i ośrodek wypoczynkowy, a w nim tylko my i gospodarz z rodziną. Naokoło las i zupełna cisza, prócz pociągów i ptaków czasami słychać osła, którego hoduje tutejszy ksiądz. W lesie wiewiórki, sójki i zaskrońce. Rzeka płyciutka do kolan, lodowata i bardzo ładna, a w rzece moja szalona córka, biegająca z dzikim krzykiem, bo WODA!

Odpoczęłam w tej ciszy. Bardzo mi było tego trzeba: spokoju, braku codziennego szumu informacyjnego, tego nawału dźwięków i bodźców, który towarzyszy mi w mieście. Kładliśmy się o 22.00, wstawaliśmy rano z Lichem, ale potem dosypialiśmy z nią razem. Śniadanie, spacer, obiad u pana Tadka o czternastej (bardzo późna pora!), spacer, kolacja. Wieczorem kładliśmy dziecko spać, rozpalaliśmy w kominku i grzaliśmy sobie odrobinę wina. Pachniało tym korzennym winem i brzozowym drewnem, i mieliśmy czas tylko dla siebie, bez komputerów, pracy, codziennych spraw.

Szkoda, że tak krótko. Chętnie tam wrócę – choć zastanawiam się, czy w sezonie także jest tam tak spokojnie. Jednak wakacje we wrześniu mają swoje zalety :)

Pan Tadek

„Chatka u Tadka” w Urlach to prywatny dom, którego gospodarze serwują obiady w sezonie. Polecono nam, więc idziemy, stajemy jednak przed zamkniętą furtką z napisem: „Uwaga, zły pies”. Na szyldzie podany numer telefonu, którego jednak nikt nie odbiera. Stoimy, zaglądamy, wreszcie naciskamy dzwonek. Po dłuższej chwili wychodzi tęgi pan po sześćdziesiątce. Spodziewałam się prężnego czterdziestolatka, ale mówię nieśmiało:
– Dzień dobry, czy u państwa można zjeść obiad?
– Obiad? Dzisiaj?
– No jak nie dziś, to jutro.
– Bo to na zamówienie raczej. Spytam żony, może została jakaś zupa. Chodźcie, chodźcie.

Otwiera przed nami furtkę i prowadzi przez taras do małej sali jadalnej. W drzwiach spotyka nas uśmiechnięta pani w fartuchu.
– Masz tam coś? Bo państwo są bardzo głodni.
– Tak? No jest zupa, taka, grochówka, fasolowa, taka. I takie tam… żeberka w miodzie. – mówi pani skromnie.
– Brzmi doskonale! – wołam, bo zdaje mi się, że pan Tadek (o ile to on we własnej osobie) niezbyt dobrze słyszy.
– Tak? No, to chodźcie, siadajcie.
Wchodzimy. Trzy stoły, ceratowe obrusy, pod ścianą stoliczek z solą, pieprzem, cukrem, papierowymi ręcznikami. Gospodarz przynosi trzy komplety sztućców, choć trzecie z nas jest niemowlakiem. I kompot, a do niego dwie szklanki. Zamyka drzwi na taras, żeby wiatr nie zaziębił dziecka.
– Ja ją tu puszczę, niech sobie lata – mówię (głośno)
– A tak, niech sobie lata, tu macie łazienkę, żeby jej ręce umyć w razie potrzeby.
Znika, a po chwili wraca obładowany: poduszki, misiek, lalka, pluszowy lew Simba. Lalka płacze, mówi „mama” i „tata”. Głośniej niż ja do pana Tadka. Lila jest zdziwiona, ale nie boi się. Łazi ze mną za ręce. Pan Tadek staje przed nami i wyciąga wielkie dłonie:
– Chodź, chodź do dziadka! – mówi, a moja córka, która nie lubi dotykać obcych, podaje mu rączkę (drugą jednak przezornie trzyma się mamy).
– Ja tu jestem dziadek dla wszystkich dzieci, które przychodzą. – mówi z dumą gospodarz i bierze Lilę na ręce. Po chwili mała wykręca się do mnie, więc trzymam ją na biodrze, a pan Tadek łaskocze ją po brzuszku, całuje w łapki i wydaje dziwne dźwięki. Młoda zachwycona, cała w uśmiechach. Kwadrans później będzie ufnie siedziała u niego na rękach i dawała mu buziaki w wielki policzek („Oj, ja jestem nieogolony przecież!”), ewidentnie nie pamiętając, że kiedykolwiek miała jakieś lęki separacyjne. Jesteśmy w szoku, „dziadek” Tadek zaś – zauroczony z wzajemnością.

Na stół wjeżdża waza zupy, jakiej ja nie będę umiała ugotować nigdy w życiu: bogatej w składniki, na boczku, z marchewką, fasolą, grochem i nie wiem, czym jeszcze. Pyszna. Do tego świeży chleb, którym udaje nam się na chwilę zająć Licho, żeby kolejno zjeść. Drugie danie składa się z fenomenalnych żeberek w gęstym miodowym sosie, ziemniaków z koperkiem, surówki z miliona składników i pomidorów w śmietanie. Nakładam małej trochę na jej talerz.
– Zrobimy bałagan – uprzedzam.
– A róbcie sobie, co chcecie – macha ręką pan Tadek.
My zmiatamy wszystko, córka wcina ziemniaki, trochę mięsa i zagryza surówką, od której piecze ją język, więc wypija mnóstwo wody ze swojego kubka (pan Tadek pyta, czy zrobić jej może herbatkę). Przez cały czas nikt nie wspomina o menu ani o cenniku. Potem okaże się, że ta uczta kosztuje 23 zł od osoby (w sezonie całe 25), a że mamy nie rozmienioną stówę, każe się nam zapłacić jutro. Przy okazji wychodzi na jaw, że dania, choć pyszne, są bez soli – szczyt naszych marzeń, bo właściwie żadne z nas nie powinno solić, ale spróbujcie znaleźć na wakacjach restaurację z niesolonym jedzeniem. Jesteśmy coraz bardziej zachwyceni. I ten folklor!

Gospodarz zagląda do nas raz na jakiś czas i zabawia rozmową, zostawiając nam jednak czas na spokojne zjedzenie.
– Moja synowa przez dwa i pół roku karmiła wnuczkę tylko słoiczkami. Łyżką jej dawała najpierw zupki, potem te inne przeciery. A przecież to wszystko do niczego, ohydne. I ubierała ją na różowo, żeby się nie zabrudziła, nie puszczała nigdzie, do piaskownicy, nic, bo się ubrudzi. A jak wnuczka do nas przyjechała, to wszystko jadła normalnie. I do piaskownicy ją puściliśmy, na dwór, upieprzyła się jak nieboskie stworzenie, ale jaka szczęśliwa!

Piąteczka, panie Tadku. Przyjdziemy jutro. Na pierogi z mięsem.