Cisza jak ta

Prawie cztery dni za miastem, w malutkiej miejscowości, w której nic nie ma. Dwie zamknięte knajpy, dwa sklepy, stacja PKP i ośrodek wypoczynkowy, a w nim tylko my i gospodarz z rodziną. Naokoło las i zupełna cisza, prócz pociągów i ptaków czasami słychać osła, którego hoduje tutejszy ksiądz. W lesie wiewiórki, sójki i zaskrońce. Rzeka płyciutka do kolan, lodowata i bardzo ładna, a w rzece moja szalona córka, biegająca z dzikim krzykiem, bo WODA!

Odpoczęłam w tej ciszy. Bardzo mi było tego trzeba: spokoju, braku codziennego szumu informacyjnego, tego nawału dźwięków i bodźców, który towarzyszy mi w mieście. Kładliśmy się o 22.00, wstawaliśmy rano z Lichem, ale potem dosypialiśmy z nią razem. Śniadanie, spacer, obiad u pana Tadka o czternastej (bardzo późna pora!), spacer, kolacja. Wieczorem kładliśmy dziecko spać, rozpalaliśmy w kominku i grzaliśmy sobie odrobinę wina. Pachniało tym korzennym winem i brzozowym drewnem, i mieliśmy czas tylko dla siebie, bez komputerów, pracy, codziennych spraw.

Szkoda, że tak krótko. Chętnie tam wrócę – choć zastanawiam się, czy w sezonie także jest tam tak spokojnie. Jednak wakacje we wrześniu mają swoje zalety :)