Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Status update

Właśnie zajrzałam na bloga i zobaczyłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Miesiąca! Kiedyś pisałam tu dwa razy dziennie, inna rzecz, że o tak kompletnych pierdołach, że aż strach. Co prawda warsztat można szlifować i na zatkanej toalecie, że ie wspomnę o podtrzymywaniu więzów, bo ostatnio znów sobie przypomniałam, że blog powstał właściwie po to, żeby znajomi mieli update, a ja żebym nie musiała tych samych historii opowiadać po pięć razy. Potem przy każdym spotkaniu pytano mnie: „co słychać, oprócz tego, co na blogu, bo już czytałem?”. A później założyłam konto na ś. p. Blipie, a potem na fejsie i zaczęłam tam zapisywać myśli, i teraz łapię się na tym, że nawet dłuższe (to znaczy kilkuzdaniowe) posty zazwyczaj zamieszczam na Facebooku, a nie blogu. Pewnie dlatego, że tam jest szybszy kontakt, a dla mnie esencją tego dzielenia się pisaniem jest właśnie kontakt.

No dobra, na bezludnej wyspie też bym pisała. Ale to by nie było to samo. (Ani tyle samo, wzdech, na bezludnej wyspie miałabym tyylee czasu i mogłabym napisać WSZYSTKO.)

Byłam na koncercie Amandy Palmer, w ramach tej samej trasy, co rok temu w Pradze. Wyrwał mnie z butów. Przy każdym kawałku rozsadzało mnie z emocji i wiem, że brzmię jak nastoletnia psychofanka Backstreet Boys, ale trudno. W koncertach piękne jest to, że muzykę odbiera się ciałem. Organicznie. Tętno bije w rytmie perkusji, bas czuje się w płucach, a serce robi się jakby coraz większe, za duże, i czujesz, że zaraz rozsadzi nie tylko ciebie, ale całą tę budę. I, oczywiście, wokalistka śpiewa każde słowo właśnie do ciebie, trafiając cię tekstem prościutko w splot słoneczny. Tak właśnie było.

Pojutrze moje dziecko, które na tym praskim koncercie było jeszcze w brzuchu, kończy rok. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Będę piekła ciasta i się wzruszała. Zaraz potem zajmę się listą świątecznych prezentów, która jak zawsze jest za długa w porównaniu do naszych finansów, a ja tak strasznie lubię obdarowywać. Ale coś wymyślę. Poza tym chcę Wigilię u nas w domu, z całą bliższą i dalszą rodziną. Będzie bosko, jak co roku.

Listopad był łaskawy. Owszem, trochę ciemno, ale nie tak najgorzej. Mrok i mord ogarnia mnie tylko czasem i nie na długo. Może dlatego, że żyję w bańce z miłości. Związek mam niesamowity, a poza związkiem tak samo dobrze. Żyję w świecie szczerych rozmów, ciepłych wyznań, niezwykłych prezentów (materialnych i nie), dobrego seksu i komplementów. Oczywiście nadal jestem mamą małego dziecka, które nie lubi mnie puszczać, więc jestem bardzo zmęczona. Ale daję radę i jest coraz lepiej. Joga bardzo pomaga.

W styczniu wracam do pracy i myślę, że to doskonały moment. Potrzebuję zmiany, potrzebuję swojego życia. Spodziewajcie się miliona postów o tym, jak bardzo jestem wyczerpana podwójną rolą – pracownika i mamy ;)