Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Co zostaje

Wyprawiłam rodzinę do dziadków i mam czas, także na myślenie. I przypomniało mi się, co ktoś powiedział ostatnio o moich wierszach.

„One są o tym, co zostaje, kiedy ten facet już sobie pójdzie. Kiedy wsiądziesz w pociąg i zostajesz sama.”

Bombardowanie neuronów

Okazuje się, że praca pożera 100% moich zasobów intelektualnych. O siedemnastej odbieram dziecko, idę do domu, jak się uda, to coś ogarnę, ale głównie leżę na podłodze i spędzam czas z młodą, zanim ją wykąpiemy i położymy. Wtedy z grubsza zgarniam pierdolnik i robię to już resztką sił, a jeszcze mycie, paznokieć czasem opiłować, coś uprać albo zjeść… Od trzech tygodni nie czytam książek. Piszę tak samo mało, jak przedtem. W dodatku wzięłam zlecenia.

Gdyby ktoś miał mózg do oddania, to ja jak zwykle chętnie przyjmę, gdyż ewidentnie powinnam mieć zamontowane dwa. Jeden jest za mały.

Przygodniczka

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w pięknym królestwie żyła pewna księżniczka. Żyła szczęśliwie, robiła to, co lubiła – a lubiła spotykać ludzi, zwiedzać nowe miejsca i strzelać z łuku. Z powodu zamiłowania do nowych przeżyć zwano ją Księżniczką Przygodniczką.

Poddani księżniczki martwili się trochę, że nie ma ona męża, który zapewniłby dziedzica tronu i – przy dużej dozie szczęścia – poskromiłby trochę Przygodniczkę, która nic, tylko wiecznie jeździ po kraju i poza krajem, zamiast tańczyć na zamkowych balach, uczyć się haftu i szukać idealnego księcia. Również Król i Królowa zastanawiali się, czy nie czas już wydać córkę za mąż. Królowa Matka, babcia księżniczki, regularnie pytała ją podczas rodzinnych obiadów w zamku:

– A ty, Przygodnisiu, kiedy wreszcie przyprowadzisz narzeczonego? Nie jesteś już najmłodsza, a babcia chciałaby doczekać wnuków, tak, tak!

Księżniczka jednak nie przejmowała się tym gadaniem i nadal robiła to, co lubiła – a lubiła spotykać ludzi, zwiedzać nowe miejsca i strzelać z łuku. No i z tego zwiedzania i strzelania wpakowała się pewnego dnia w tarapaty, testując bowiem nowy łuk na leśnej polanie, niechcący postrzeliła Smoka. Zbłąkana strzała księżniczki trafiła go w ucho i nie zrobiła mu wprawdzie krzywdy, ale wściekł się okrutnie, chwycił księżniczkę wielką, szponiastą łapą i za karę uwięził w kamiennej wieży. Wieża miała tylko jedno okienko na szczycie. Smok wsadził księżniczkę do wieży przez okienko, zostawił jej zapas jedzenia na dziesięć lat i poszedł sobie.

Przygodniczka nudziła się okropnie, a także martwiła o swoich rodziców, którzy z pewnością zastanawiali się, co się z nią stało. Z nudów zaczęła pisać wiersze, wydrapując je na ścianach kawałkiem cegły. Nauczyła się także gotować wspaniałe potrawy z zapasów zostawionych przez Smoka, wieczorami zaś przypominała sobie wszystkie tańce, których próbowano ją nauczyć w dzieciństwie. Taniec utrzymywał ją w dobrej kondycji. Przez resztę czasu wyglądała przez okno, bo patrzenie na ściany wieży ją przygnębiało,  i czesała włosy, które bardzo jej urosły.

Pewnego ranka, gdy tak wyglądała i czesała, zauważyła z góry młodzieńca na czarnym koniu. Młodzieniec natomiast zauważył wieżę i podjechał bliżej, by ją obejrzeć, a wtedy zauważył także księżniczkę, siedzącą w oknie na szczycie. Natychmiast postanowił ją uwolnić, było bowiem jasne, że sama się nie wydostanie. Zbudował więc z młodych drzewek rosnących w lesie wielką, solidną drabinę. Budowanie zajęło mu cały dzień, a księżniczka z góry śledziła jego wysiłki z drżeniem w sercu i bardzo się powstrzymywała, żeby nie wykrzykiwać dobrych rad, ponieważ z tak wysoka i tak by jej nie usłyszano. Wreszcie drabina była gotowa i młodzieniec przystawił ją do ściany wieży, tuż przy oknie, po czym najpierw wszedł na górę, żeby sprawdzić, czy szczeble wytrzymają. W ten sposób mógł wreszcie zamienić parę słów z księżniczką.

– Witaj – rzekł uprzejmie. – Przypuszczam, że sama nie możesz się stąd wydostać, zbudowałem więc drabinę. Czy zechcesz po niej zejść na dół?

– Och, całe szczęście, że to zrobiłeś – odparła księżniczka. – Naprawdę miałam już dość tej wieży, a nie ma tu w środku nic, z czego dałoby się zrobić linę.

Wówczas młodzieniec zszedł na dół, a za nim po wielkiej drabinie zeszła księżniczka. Na dole młodzieniec dwornie podał jej dłoń i pomógł zeskoczyć z ostatnich szczebli.

– Czy udasz się teraz wraz ze mną do mojego królestwa? Moi rodzice będą zachwyceni, mogąc poznać mego wybawcę. – rzekła księżniczka zaraz po tym, jak się przedstawiła.

– Ach, więc jesteś tą słynną Księżniczką Przygodniczką! – zaśmiał się młodzieniec. – Trzeba przyznać, że tym razem dopiero miałaś przygodę!

– Cieszę się, że już się skończyła. – powiedziała księżniczka, a potem zabrała młodzieńca do swojego zamku, a właściwie to on zawiózł ją na swoim czarnym koniu.

Król i Królowa nie posiadali się z radości, wyprawili przyjęcie na cześć powrotu córki i jej wybawiciela i wielokrotnie dziękowali mu za uwolnienie księżniczki z wieży. Młodzieniec zaś spacerował z księżniczką po pałacowych ogrodach i rozmawiał z nią całymi dniami, ona zaś opowiadała mu o swoich podróżach, a mówiła tak zajmująco, że w końcu młodzieniec zakochał się w niej. Ośmielony sympatią całej rodziny postanowił poprosić Przygodniczkę o rękę i podczas szczególnie uroczystej kolacji padł przed księżniczką na kolana, pytając, czy zechce zostać jego żoną.

– Obiecuję ci, że będziesz ze mną szczęśliwa – powiedział. – Będę wyprawiał bale na twoją cześć, będę dobrym ojcem dla naszych dzieci i już nigdy nie pozwolę ci wpaść w tarapaty.

Księżniczka uśmiechnęła się swoim najpiękniejszym uśmiechem i podniosła adoratora z kolan.

– Pochlebiasz mi, mój drogi – odrzekła – jestem pewna, że uszczęśliwiłbyś niejedną kobietę, a jednak wybrałeś mnie. Ja jednakże nie przepadam za balami, wcale nie chcę mieć dzieci i na dodatek lubię tarapaty. Zamiast wychodzić za mąż, wolę w dalszym ciągu podróżować i mieć różne przygody. Nie bylibyśmy dobrą parą.

– Zapewne masz rację – odparł młodzieniec. – W takim razie w trakcie swoich podróży odwiedź mnie w moim kraju.

– Z pewnością to zrobię. Cieszę się ogromnie, że się poznaliśmy, no i że pomogłeś mi wydostać się z wieży.

Gdy jasne się stało, że Podróżniczka nie wyjdzie za swego wybawcę, Król i Królowa trochę się zmartwili. Zmartwiła się trochę Królowa Matka, a także poddani. Szybko jednak doszli do wniosku, że martwienie się nic nie zmieni i zamiast szukać księżniczce męża, mianowali ją ambasadorką, żeby podczas swoich podróży zacieśniała kontakty między ich krajem a odwiedzanymi krainami.

Młodzieniec zaś wrócił do swej ojczyzny i jakiś czas potem poznał pewną dziewczynę, która kochała bale i dzieci. Wziął z nią ślub i żyli długo i szczęśliwie, a Księżniczka Przygodniczka odwiedzała ich raz w roku i zawsze miała nową, ciekawą historię do opowiedzenia.

O dziewczynie, która była łabędziem

Pewne małżeństwo żyło ze sobą szczęśliwie, do pełnej radości brakowało im jednak dziecka. Wiele lat marzyli o małej istotce, która sprawi, że staną się rodziną. Wreszcie Los ich wysłuchał i urodziła im się córka. Teraz ich szczęście było pełne. Dali córeczce na imię Anna, opiekowali się nią troskliwie i patrzyli, jak rosła.

Anna stawała się coraz starsza i odkrywała coraz więcej świata wokół siebie. Poznawała ludzi, zwierzęta i miejsca. Zaczęła dojrzewać i zastanawiać się nad różnymi rzeczami, aż wreszcie – w dniu, gdy skończyła 12 lat – odkryła, że jest łabędziem. Początkowo nie rozumiała, co się z nią dzieje, czemu okrywa się białymi jak śnieg piórami, dlaczego wygina długą szyję i skąd się biorą te dwa wielkie skrzydła, ale kiedy wszystko pojęła, poszła powiedzieć swoim rodzicom.

– To niemożliwe – odparli. – Ludzie nie są łabędziami.

Anna zmartwiła się, że rodzice jej nie zrozumieli. Próbowała sobie wmawiać, że jest taka sama, jak inni, ale naprawdę trudno zignorować fakt, że jest się łabędziem! Ponownie udała się więc do rodziców.

– To niemożliwe – odparli. – Może ci to wkrótce przejdzie.

Anna czekała więc, aż jej to przejdzie. Ze wszystkich sił udawała przed wszystkimi, że niczym się od nich nie różni.  Wiele razy zastanawiała się, w jaki sposób stała się łabędziem i jak to można odkręcić. Prawda była jednak tak oczywista, iż trudno było uwierzyć, że nie widzi jej każdy, kto tylko na nią spojrzy. A szczególnie rodzice!

– To niemożliwe – mówili. – Nasza córka nie może być łabędziem.

Pewnego dnia, gdy Anna spędzała czas na zabawie ze znajomymi, podeszła do niej dziewczyna. Anna znała ją z widzenia, mijały się czasami tu lub ówdzie, nigdy wcześniej jednak ze sobą nie rozmawiały. Mimo tego Anna czuła, że bardzo tę dziewczynę lubi i ucieszyła się, że teraz nareszcie będą mogły porozmawiać. I gdy tak rozmawiały, a Anna przyglądała się swojej nowej przyjaciółce, zauważyła nagle jej białe jak śnieg pióra, długą szyję i dwa wielkie skrzydła. Dziewczyna spostrzegła, że Anna jej się przygląda i powiedziała:

– Tak, jestem łabędziem. Ty również, czyż nie?

Serce Anny zalała fala ulgi. A więc nie jest jedynym łabędziem na świecie, są jeszcze inni, podobni do niej. Wkrótce okazało się, że jest ich więcej, niż Anna sądziła, dziewczyn i chłopców, którzy także są łabędziami. Przyjaciółka poznała ją z nimi wszystkimi i Anna dziwiła się, że dotąd nie umiała ich zauważyć na ulicy. Odkrycie, że świat jest pełen nie tylko łabędzi, ale także innych cudownych stworzeń, dało jej siłę do ponownej rozmowy z rodzicami.

– Mamo. Tato. – powiedziała. – Jestem łabędziem i czas przestać udawać, że to niemożliwe. Jestem waszą córką i jestem łabędziem, musicie to wreszcie zauważyć. Poza tym bardzo chcę wam przedstawić moją przyjaciółkę.

– No dobrze, córeczko – powiedzieli rodzice. – Skoro jesteś łabędziem, to trudno, ale przecież kochamy cię tak samo mocno. Na pewno polubimy także twoją przyjaciółkę.

Wiele jeszcze razy Anna rozmawiała z najbliższymi o sobie, o łabędziach i nie tylko. Na świecie bowiem żyją kapibary, dziobaki, zimorodki i wiele, wiele innych fantastycznych stworzeń, a wszystkie są piękne i ciekawe. Z czasem rodzice znów przestali zauważać, że ich córka jest łabędziem, ponieważ teraz patrzyli w jej serce, a nie na białe pióra i długą szyję.  Wówczas Anna poczuła, że jest naprawdę kochana i szczęśliwa.

KONIEC

I gdy poczujesz nowy smak, to będę ja

Pewnej jesieni w Bieszczadach, częściowo zasypanych już śniegiem, poszliśmy z A. drogą, którą nigdy wcześniej nie szłam. W moich górach tym razem to on wybrał trasę i poprowadził mnie w nieznaną ścieżkę, na której z zachwytu nie zamykały mi się usta. W krainie, którą znam, którą zeszłam wzdłuż i wszerz, znalazłam się naraz w miejscu zupełnie nowym i bardzo pięknym. Wystarczył przypadek i przewodnik skory do eksperymentów.

W chodzeniu po górach, jeśli jesteś doświadczonym górołazem, na pozór nie ma nic zaskakującego. Wiesz, czego się możesz spodziewać. Masz szlak i cel. Wiadomo, gdzie są przystanki, a gdzie trudne podejścia i że chwilami będzie z górki, na luzie. Wchodzisz na szczyt i, kurde, doskonale wiesz, jaki jest stamtąd widok przy jakiej pogodzie. Wspinasz się tą ścieżką i znasz ją na pamięć, jesteś przygotowany na każdą ewentualność włącznie z załamaniem pogody i skręceniem kostki, masz procedury alarmowe i pamiętasz to drzewo na zakręcie, ale serce wali ci jak młot, endorfiny wypełniają organizm i ledwo możesz oddychać. Znasz ją na pamięć, ale za każdym zakrętem wypatrujesz szczytu, choć wcale nie chcesz tak prędko zakończyć wędrówki. Robisz przystanki tam, gdzie zawsze, łapiesz oddech i jęczysz na samą myśl o kolejnym podejściu w górę, ale do głowy ci nigdy nie przyjdzie, by zawrócić.

Aż wreszcie wspinasz się na szczyt i choć widziałeś to setki razy, teraz  jest zupełnie inaczej i jesteś oszołomiony z zachwytu. Przy takiej akcji serca efekt jest zresztą czysto biologiczny. Organizm pompuje hormony szczęścia i choćby widok był zupełnie nijaki, i tak poczujesz się w niebie. Ale, oczywiście, panorama zatyka dech w piersiach i chcesz na tym szczycie zostać na zawsze.

A potem schodzisz i wszystko jest normalnie. Pijesz zimne piwo, wreszcie możesz myśleć o jedzeniu, przez jakiś czas jeszcze bolą cię uda.

Ale wrócisz. Górołazy to recydywiści.

Back in game

Jaram się jak flota Stannisa. Powrót do pracy to był doskonały pomysł. Nie dzwonię do niani co dziesięć minut, chyba, że po to, żeby spytać, czy mogę być później. Poznałam nowych, fajnych ludzi. Ucho mniej boli. No, generalnie – jest dobrze.

Kto mi życzył, żebym się w nowym roku nie nudziła? Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie zaczęło wzrastać. Obecnie czuję, że moje życie pędzi jak TGV i właśnie mnie przegania. Nie nadążam za własnym kalejdoskopem emocji, bo wredne rzeczy przeplatają się z fajnymi tak szybko, że nawet ja nie daję rady. Mimochodem rozważam też, dlaczego zawsze przydarzają mi się scenariusze, których nie przepuściłby żaden szanujący się reżyser opery mydlanej.

Czasu, potrzebuję czasu. Na spotkania, rozmowy, na poświęcenie go ludziom. I sobie.

New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.