New year, new life

Idę jutro (właściwie dziś) do pracy pierwszy raz od ponad roku. Stresuję się tym nieco i choć wszystko mamy poukładane, to byłoby jednak odrobinę lepiej, gdybym nie zapadła właśnie na zapalenie ucha, a dziecko nie złapało ospy. Perfect timing, no naprawdę. Okoliczności są tak poetyczne, że udało im się zaćmić echa Sylwestra w Krakowie. Jeszcze wczoraj w nocy pisałam romantycznego maila, a dziś już, spięta jak choinka tuż po zakupie, z obłędem w oku kończyłam robotę i pakowałam Licho do Siostry, a siebie do biura, w międzyczasie zażywając pierwszy Apap od nie wiem nawet, jak dawna. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: w ciągu paru minut ból ucha i głowy zastąpiło lekkie ćmienie, ja zaś poczułam się nieco otumaniona. Bez kitu, zróbcie sobie dwuletni detoks od prochów, potem działają jak złoto.

W ogóle to kalejdoskop, bo najpierw Święta z rodzinną Wigilią u nas w domu (taką miałam wizję i było świetnie), potem Kraków, zaraz po powrocie zaś lazaret: koszmarna migrena Kaina, dzień później jeszcze lepsza gorączka Licha, potem hipoteza z ospą i zaraz potem moje ucho. Wszystko w jeden, uroczy, długi weekend, więc jutro po pracy muszę ogarnąć jakichś lekarzy.

Skłamałam, że się nieco stresuję. Tak naprawdę cykam się jak tchórzofretka.

Jedna myśl nt. „New year, new life

Możliwość komentowania jest wyłączona.