Miesięczne archiwum: Luty 2014

Wtajemniczenia

Pierwszy stopień dziewczyńskiego wtajemniczenia osiągamy w szkole podstawowej. To ten, który pozwala nam wyczuć zainteresowanie. Mówcie, co chcecie, ale dziewczyna zawsze wie, kiedy ktoś na nią leci. Jeśli Adrian z siódmej be kocha się w Kasi z szóstej a, macie jak w banku, że Kasia o tym wie, choćby najudatniej zgrywała niewiniątko. To się po prostu wyczuwa, to się wie. Wcześniej albo później, ale raczej wcześniej. Każda laska to potrafi.

Drugi stopień to umiejętność odróżniania zainteresowania od prawdziwego uczucia i nieznajdowania symptomów miłości tam, gdzie jej nie ma. Czyli że jeśli mówi, że cię lubi, to prawdopodobnie znaczy tylko tyle, nie więcej. Jeśli podaje ci płaszcz, to znaczy, że jest dobrze wychowany. Jeśli kupuje ci kwiaty na urodziny, to pewnie lubi kupować kwiaty. Jeśli chętnie zaprasza cię do eleganckich restauracji, to zazwyczaj oznacza, że lubi do nich z tobą chodzić. Nic więcej. O dziwo ten poziom wtajemniczenia osiąga niewiele kobiet, a już nie daj Boże, jeśli się im trafi prawdziwy gentleman z zamiłowaniem do szarmanckich gestów. Taki ma przewalone, bo każda od razu myśli, że skoro te gesty takie szarmanckie – w oczy patrzy, gdy rozmawia, w dłoń całuje i nosi torby – to już na pewno kocha. Otóż nie, po prostu jest gentlemanem. To miłe, ale nie róbmy z siebie idiotki, ok?

Podobnie ma się rzecz z prawdziwym przyjacielem. Dolewa wina, trzyma za włosy, gdy rzygasz, pozwala szlochać  w marynarkę i kupuje trafione prezenty? Gratulacje, masz doskonałego kumpla, z którym możesz konie kraść. To nie znaczy, że on cię kocha (to znaczy pewnie kocha, ale nie tak, jak myślisz).

Jeśli to umiesz, to dasz sobie radę.

Ale jest jeszcze trzeci stopień. Polega na tym, żeby nauczyć się ufać sobie. Delikwent przez rok nie deklaruje, ale ty wiesz swoje i masz rację. Albo pitoli coś o przyjaźni, ale ty czujesz, że nie całkiem. Albo wyznaje po trzech latach, a ty od początku wiedziałaś. Kręci, daje znaki, okazuje czynem albo przeciwnie, milczy jak głaz. Rokminiasz to ze wszystkimi przyjaciółmi na sesjach indywidualnych i grupowych, wypijasz litry wina, próbując zgadnąć, co autor ma na myśli, a nawet stawiasz gościa pod ścianą i żądasz definicji, przy czym efekt każdej z tych prób jest taki sam, czyli wszyscy idę w zaparte, że nic, że nie. Ale, laska – jeśli czujesz, że coś jest na rzeczy, wsłuchaj się w ten wewnętrzny głos. Pozornie punkt drugi kłóci się z trzecim, wiem. Nie szkodzi.

Zaufaj sobie. Wiesz lepiej. BTDT.

Kontroler

Jakim cudem przez półtora roku od tego wpisu zdążyłam zapomnieć, że jestem control freakiem? Nie mam najbledszego pojęcia. Ponownie doszłam do tego wczoraj po pięciu godzinach kompulsywnego sprzątania, nastawiając chleb na rano i wciąż nie tracąc rozpędu. (Doskonała metoda ukradziona od A. Następnym razem użyję do sprzątania szczoteczki do zębów.)  No cholera mnie trzaska, jak nie kontroluję swojego życia. A umówmy się, że nikt naprawdę nie kontroluje swojego życia. Logicznie rzecz biorąc nie ma więc powodu, żeby na widok zakrętu, którego się nie spodziewałam, dostawać gęsiej skórki ze strachu. Tymczasem, Jezus, Maria, co się dzieje, ja tego  NIE ZAPLANOWAŁAM, nie mam scenariusza i co teraz? Drama!

Nie wiem, skąd mi się to bierze. To znaczy pierwszy z brzegu terapeuta znalazłby pewnie od razu kilka etykietek, ale żadna mnie nie przekonuje (tak, wiem, żarówka musi chcieć się zmienić). Rozważam przyczepienie sobie karteczki na lustrze czy gdzieś: „Keep calm  You control freak” – tak dla przypomnienia, bo rzecz nie tyle w tym, żeby się nie bać nieznanego, co żeby nie dopisywać do tego Bóg wie jakich teorii. Ot, sytuacja nie mieści się w założonym planie, a mnie to stresuje. Proste.

Korzyść jest oczywiście taka, że mam posprzątane, a że troszkę się znów nie wyspałam? Detal, wyśpię się po śmierci. Porządkując natomiast przestrzeń wokół siebie, powoli porządkuję również w głowie. Aż szkoda, że nie mam więcej czasu na szorowanie kuchni i łazienki.


Sorry, że znów enigmatycznie. Obiecuję, że kolejny wpis będzie normalny.

Ach bój się, bój

Strach jest sygnałem, że dzieje się coś niezwykłego. Coś innego niż zawsze, do czego nie przywykłam, czego się nie spodziewałam. Zawsze najbardziej bałam się nieznanego, dlatego przez całe życie obmyślam scenariusze i plany, a jeśli oddaję komuś kontrolę, to tylko pod kontrolą. Nie znoszę zmiany planów, choć jednocześnie nieoczekiwane zwroty akcji powodują przyspieszone bicie serca i radosne wyczekiwanie niespodzianki. Lubię ten dreszczyk. Cóż, to nie nowość, że strach i podniecenie często występują razem i że kręci nas to, czego się boimy. Tylko jedni oglądają horrory, a innym wystarcza życie.

Strach nigdy mnie nie powstrzymywał. Wychodziłam na tym źle albo dobrze, raz salwując się ucieczką z nocnej, dalekiej Pragi w środku zimy, a innym znów razem zyskując piękną przygodę i wspaniałą historię do opowiadania. Albo męża, na przykład. Tym bardziej nigdy mnie nie powstrzymywały ostrzeżenia. Ach, więc mam nie chodzić po tym wysokim krawężniku, bo można spaść? A właśnie, że ja nie spadnę. Więc powiadasz, że powinnam uważać, bo się w tobie zakocham? Ha, nie tacy mi to mówili. Mhm, nie powinnam, bo to niebezpieczne? Just watch me.

Czego się nigdy nie nauczyłam, to analizować swojego strachu. Zauważam drania, mówię sobie: „O, boję się, to ciekawe” – i idę dalej, a on sobie zostaje z tyłu. Zazwyczaj. Bo czasami nie i wtedy zupełnie nie wiem, co począć. Co to za model i kto on jest? O co gościowi chodzi?

Że może tam z przodu jest gęsty, czarny, dziki las i warto by było zawrócić?

Just watch me.