Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Ducha wyzionę, a odpocznę

Ale chyba jednak prędzej wyzionę ducha. Jedziemy jutro. Niedaleko, do Urli. Na krótko, tylko pięć dni. Lista rzeczy do spakowania dla dziecka liczy sobie milion pińset  pozycji i nie mogę na nią nawet patrzeć. Pranie nie wyschło, bo pada. Kosmetyki i leki dla młodej się pokończyły, a apteka nie zdążyła skompletować zamówienia. W domu burdel, a my nie mamy na nic siły.

Wracamy w piątek, żeby przejść przez to samo raz jeszcze przed udaniem się na działkę. Działka gorsza (choć lepsza), bo tam nie ma żadnego sklepu, do którego dałoby się dotrzeć pieszo. Czego nie weźmiemy, tego nie będzie, wliczając jedzenie.

Właściwie nie rozumiem, czemu jeszcze nie odwołałam wszystkiego w cholerę i nie zarządziłam, że zostajemy. Za to siedzę przy komputerze, oczy mi się kleją, bezmyślnie przewijam fejsa i myślę o tym, jak bardzo mi się nie chce. Już zaraz, za momencik wstanę, posprzątam w kuchni, pozbieram pranie sprzed dwóch dni, pochowam walające się zabawki i spakuję do walizki to, co da się dziś spakować. Za chwilkę. Słowo.

Pogoda wyjątkowo nastraja do wyjazdu, prawda. Wizualizuję pięć dni w chłodzie i deszczu. Ani pływać, ani dłużej spacerować; oczyma duszy widzę ociekające wodą wyprawy na obiad i mokre powroty z tegoż, wielogodzinne, śmiertelnie nudne posiedzenia nad dwiema układankami i trzema książeczkami, ciemny, wynajęty pokój i brak choćby kubeczka grzanego wina.

Ale ten. Las, prawda. Mini zoo miejscowego księdza. Jedzenie u pana Tadka. Poprzednio byliśmy we wrześniu, który też jakby nie zachwyca upałem, i było super, prawda? No.

Błogo albo i nie

Ciśnienie do bani. Hematokryt słabo. Leukocytów jak mrówków. Zawroty głowy, słaby kontakt z rzeczywistością i nie chce mi się nawet upudrować noska, a co dopiero robić zakupy, gotować albo odebrać dziecko od Siostry.

„Czyli jak to w ciąży, proszę pani”.

Stan błogosławiony, zaiste. Chcę w góry. Z kimś dorosłym.

Sweet lazy summer

No więc wzięłam zwolnienie lekarskie i odpoczywam. Gdy byłam w poprzedniej ciąży, branie zwolnień było tematem gorącej debaty w internecie. Połowa debatujących uważała, że to zło, żenada i wykorzystywanie systemu. Druga połowa – że to święte prawo ciężarnych. A ciężarne jak brały zwolnienia, tak biorą, i ja im się ani trochę nie dziwię. Robienie człowieka jest bowiem naprawdę cholernie męczące (tu odwołam się do znanej listy metod na zrozumienie kobiety w ciąży; niezmiennie polecam). Ja wprawdzie lubię moją pracę oraz bywam ambitna, toteż planowałam pracować jeszcze jakieś 3-4 miesiące co najmniej, ale gdy zawroty głowy zaczęły trwać całą dobę, doszłam do wniosku, że może jednak pora o siebie zadbać, zanim młode się urodzi i znów nie pośpię. I o Licho zadbać, bo co to za matka, która nie ma siły się pobawić. Toteż od środy odpoczywam. W weekend uciekłam z domu i przespałam prawie całą noc, i to w wygodnej pozycji!

Snuję się po mieszkaniu, czytam, trochę gotuję, załatwiam różne zaległe sprawy. Właściwie to zanim się obejrzałam, umówiłam się tu i ówdzie, i chyba już nie mam czasu na aerobik. A akurat ćwiczyć byłoby dobrze, bo kondycja ważna rzecz. W każdym razie po kilku dniach trochę odżyłam i dziś już, zamiast głównie leżeć, zrobiłam zakupy, ugotowałam dobre rzeczy, ogarnęłam, podzwoniłam w ważnych sprawach, poszłam do ZUS-u… i chętnie bym padła po tym wszystkim, ale akurat już nie było kiedy ;)

Jest szansa, że od przyszłego tygodnia będę miała siłę i czas ponadrabiać spotkania towarzyskie (nie wszyscy naraz, błagam!). I zadbać trochę o siebie, bo nie jest dobrze, gdy człowiek latem chodzi jak ta fleja. Zimą też nie, ale wtedy jakby mniej widać. Mam też nadzieję, że będzie więcej czasu na pisanie. Tutaj, na lichowym blogu, a może uda mi się wrócić do bajek albo do Czyżykowa… Tyle planów, a tak mało doby, a jeszcze chyba się zaangażowałam w pewien wolontariat i coś czuję, że może mnie wciągnąć.

W razie czego przypomnijcie mi, że miałam odpoczywać ;)