Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Aerobik? Może nie dziś.

Wstałam. Zebrałam się. Poszłam, choć w dzisiejszym parnym, gorącym, wilgotnym powietrzu powinno się raczej pływać. A najlepiej zamknąć się w piwnicy i nie wychodzić. Spakowałam się starannie: strój do ćwiczeń, ręcznik, mydło, butelka wody.

Dotarłam. Spóźniona, bo pomyliłam godziny, ale co tam. Zaanonsowałam się. Sięgnęłam po portfel.

Nie było portfela.

Znaczy był, ale w domu, na stole. Jakoś mi umknął przy tym starannym pakowaniu.

I tak to. Ja nie wiem, karma czy co? Jeśli Wszechświat sprzysięga się, żeby ci coś utrudnić, poddaj się i przestań próbować?

Idę pojutrze, kciuki mogą się przydać w tej sytuacji.

Ja chodzę!

W środę wieczorem mnie masowano. Ponieważ jednak ciąża jest stanem błogosławionym, a w ogóle to nie choroba, to jasne jest, że lepiej w tym stanie nie nastawiać dysków. Przynajmniej nie manualnie (co wizualizuję jako „wziąć w palce i przesunąć”). Toteż zaserwowano mi masaż przestawionych okolic i całych pleców. Naiwnie sądziłam, że, jak zwykle, wstanę ze stołu jak nowa i wrócę do domu w radosnych podskokach, a dopiero nazajutrz poczuję się, jakby mnie ktoś obił bejsbolem. Otóż ledwo się doczołgałam i nie było to najbardziej radosne doświadczenie w moim życiu.

Z tym, że dostałam zalecenia: rozciągać się i chodzić, chodzić normalnie, chodzić fizjologicznie. Chodzenie fizjologiczne jest łatwiejsze, gdy nie masz wrażenia, że ktoś ci piłuje kość.

Nazajutrz było bez zmian.

Rozpoczęłam dzień od maści na wiadomy ból i Apapu, i próbowałam chodzić. Cain nie tylko został w domu, ale w ogóle wziął wolne, żeby zająć się młodą, bo jasne było, że ja w tym stanie nie dam rady. Ale chodzić, chodzić! No to poszłam na bazar, gdy wszyscy posnęli przed południem. Zrobiłam niewielkie zakupy, zahaczyłam o osiedlowy sklepik, wyszłam z niego, dobrnęłam do najbliższego murku i usiadłam. W deszczu i z przemożnym wrażeniem, że już tam zostanę na zawsze. Próba stanięcia na nodze – wrażenie zębów rekina w… no, właśnie tam. Ale nie, nie piszę do Was z murku, jakoś po pewnym czasie wstałam i dopełzłam z tymi morelami i wiśniami. Na resztę dnia spuśćmy zasłonę milczenia.

A w piątek… w piątek było lepiej! W piątek to już podróżowałam, że ho, ho: na pocztę, na spacer z dzieckiem, do paczkomatu, że nie wspomnę o powolnych, ale sukcesywnych porządkach w domu. Nowe życie, poważnie. W sobotę odważyłam się pojechać metrem do dwóch przychodni i dzięki temu jestem przygotowana do jutrzejszej kontroli człowieka w pudełku. A nawet poszłam na imprezę, gdzie głównie siedziałam, ale za to w dobrym towarzystwie.

Nie powiem, boli. Łupie. Niekiedy ćmi. Wyraźnie jednak czuć, że jeszcze ze dwa dni i będę jak nowa, może nawet dziecko podniosę bez natychmiastowego protestu ze strony pleców.

Aha, i ponoć spokojnie mogę ćwiczyć ten mój aerobik. Toteż znów postanawiam od wtorku wrócić do fitnessu!

Czasem wstaję

Czasem wstaję z kanapy i wtedy rozglądam się po mieszkaniu.

Jest taki suchy, szowinistyczny dowcip, który, no cóż, uwielbiam:
– Dlaczego kobieta ma co dzień tyle pracy?
– Bo jak śpi w nocy, to jej się nazbiera.

Samo życie.

Niby mamy partnerski związek, ale jedni z nas trenowali zajmowanie się domem od szóstego roku życia, a inni od dwudziestego szóstego. Dwadzieścia lat praktyki robi sporą różnicę.

Toteż gdy wczoraj mój mąż, sterany chorobą, pracą, dzieckiem, żoną i domem zwyczajnie padł na twarz, ja wstałam, żeby zrobić to, co jeszcze musiało zostać zrobione. Nie żebym sprzątała, nie ma głupich, rwa mnie skutecznie powstrzymuje od takich fanaberii. Ale jedzenie, na przykład, nie może leżeć całą upalną noc poza lodówką. Kilograma wiśni nie udało mi się uratować, bo i tak leżały już siedem godzin, ale przynajmniej schowałam słodycze przed dzieckiem, żeby nie były pierwszą jadalną rzeczą, jaką ujrzy z rana. I pranie nie może stać na balkonie, gdy nie wiadomo, czy nie lunie deszcz. I tak dalej, rozumiecie. W chwili, gdy robiłam przemeblowanie w lodówce, żeby zmieścić w niej obiad od naszej cudownej sąsiadki, i spadł mi otwarty jogurt, więc sięgnęłam po ściereczkę i ta ściereczka okazała się nie płukanym od rana, mokrym, obrzydliwym, śmierdzącym ślimakiem – w tej otóż chwili puściły mi nerwy i rozpłakałam się rzewnie.

Może to hormony. Na pewno one.

Leżę

Z tą rwą kulszową to było tak, że miałam ją wiele razy w życiu i jakoś z tym żyłam. Wczoraj też postanowiłam jakoś żyć, toteż kupiłam maść ziołową (żebym ja kupowała maść na ból dupy, to tego jeszcze nie grali), posmarowałam i poszłam na mały spacer, potem odebrać Licho, potem na lody niedaleko, a na koniec do sklepu w sąsiednim bloku. Do tego sklepu już z mocno zaciśniętymi zębami. Po powrocie, zaciskając nadal, zaanonsowałam się SMS-owo u czarodziejki od kręgosłupa, że jest słabo i czy mnie wymasuje. Ale jeszcze się ruszałam, po czym o czwartej nad ranem moje dziecko spadło z materaca i zapłakało, a ja zerwałam się jak lwica i je podniosłam. I stało się jasne, że już nie zasnę.

Wywlekłam męża z łóżka, doczołgałam się na dywan w salonie i zmusiłam go do wykonania pod moją komendą japońskiego masażu nastawiającego krążki. Kiedy niedokładnie mnie słuchał, groziłam, że mnie trwale uszkodzi. Tak, potrafię być naprawdę nieznośna, szczególnie o czwartej nad ranem. Żaden krążek nie wrócił na miejsce, ale pomogło na tyle, że zdołałam zasnąć. Przy czym uprzednio zażądałam od nieprzytomnego Kaina ostrożnego zaniesienia do łóżka.

No, a rano okazało się, że nie mogę chodzić. W sensie nie mogę stanąć na prawej nodze, bo wyję. Dowlokłam się do kanapy i zaległam. Mój kochany mąż został w domu, żeby w przerwach między jednym a drugim kawałkiem kodu podawać mi symboliczną szklankę wody. Co się doskonale złożyło, gdyż zaraz potem okazał się chory i też ledwo żyje. Leżę, smaruję się maścią (nie pomaga na ból dupy, ale podobno działa przeciwzapalnie, a o to mi głównie chodzi), łykam apap i cierpię. W dzień cierpiałam z nudów i niemożności wstania choćby po chusteczkę, a po południu z bezsilności, bo moje dziecko wróciło od niani i usilnie próbowało zrobić sobie krzywdę na tysiąc wymyślnych sposobów, a ja w zasadzie mogłam tylko wrzeszczeć: „Kaaaiiiin!!!” i liczyć, że nie wywołam w ten sposób pożaru na patelni (naleśniki lubią jednak, jak się nad nimi stoi).

Boże, jakie to jest frustrujące, tak leżeć.

Wolny termin na masaż był dopiero na jutro wieczór. Niby wszystko ogarnięte: mąż zostanie w domu, dziecko przeciwnie – u niani, na nastawianie krążka zostanę zawieziona samochodem, a boska sąsiadka sama z siebie zrobiła nam na jutro obiad z dwóch dań. Frustracja jednak nie mija. A nawet, powiedziałabym, wzrasta z każdą minutą siedzenia na sofie i patrzenia na pierdolnik wokół.

Duch ochoczy, ale ciało mdłe

Tak bym chciała!

Gotować. Sprzątać. Segregować i układać w pudełkach. Uprawiać namiętną miłość. Imprezować. Chodzić na spacery. A najbardziej – ćwiczyć.

Tymczasem od dwóch miesięcy coś. Najpierw było mi permanentnie słabo. Potem nadal. Potem wyjechaliśmy na wakacje i nas nie było. Potem z marszu dostaliśmy grypy żołądkowej. Ale przeszła i już było dobrze, już chciałam wrócić na aerobik (dla ciężarnych). Gdy wtem! przedwczoraj leżałam sobie z dzieckiem na podłodze, potem wstałam i jak mnie nie łupnęło w du… w pośladku!

Rwa kulszowa. Upierdliwa jak nigdy. Chodzę krzywiąc się w plecach, w nogach i na twarzy. Minął półmetek, zaczyna się masakra z kręgosłupem, znam to skądś, cholera jasna. Nie wiem, co mi wolno, a czego nie. Czarownica od kręgosłupa radzi zwieszać się na drążku. Jak się tak dobrze zwieszę, to dysk w końcu wskoczy na miejsce i będzie git. No fajnie, cieszę się bardzo. Jednak moja radość byłaby większa, gdybym umiała zwieszać się na drążku! Ale nie umiem. Czuję, że wyrywa mi to ręce ze stawów. Sorry.

A przed chwilą próbowałam wyjść z wanny tak, żeby nie nadwyrężyć rwy i nadwyrężyłam ramię.

Normalnie to się idzie na masaż, względnie do kręgarza, a poza tym dostaje się od doktora skierowanie na rentgen i zalecenie łykania ibupromu. Normalnie, czyli nie wtedy, gdy wewnątrz zamieszkuje mocno nieletni pasażer. Teraz to sobie mogę najwyżej porobić ćwiczenia rozciągające i łyknąć witaminkę be.

Podobno są kobiety, które w dziewiątym miesiącu zakupy na miesiąc pieszo, troje dzieci na rękach i w zębach, gonienie autobusu i z tym wszystkim znokautowałyby Pudziana bez zadyszki. Nie wiem, może nie ważą przed ciążą 47 kilo, może nie mają dyskopatii, może dużo ćwiczą, może kondycja z natury dobra. Ja zawsze byłam taka więcej mimoza. No dobrze, w dzieciństwie nie byłam, ale i tak wuef to był koszmar. A potem to już poszło: krzywe plecy i wszystko (tak, wiem, każdy ma krzywe, ale mnie boli), jakaś niedoleczona grypa owocująca nerwicą serca, w efekcie dziś nawet w moje ukochane góry pójdę na cztery, maks sześć godzin i to bez plecaka, bo z plecakiem mogiła. Znaczy nie, dziś to wcale, miałam na myśli przed ciążą. Dlatego właśnie po urodzeniu Licha ruszyłam się wreszcie na aerobik, a potem na jogę. Co prawda wciąż mi któryś dysk wypadał, ale kondycji faktycznie przybyło. I dlatego też bardzo, bardzo chciałam teraz całą ciążę ćwiczyć, a potem jak najszybciej wskoczyć znów na te zajęcia dla ledwo upieczonych matek. I co? Ano nie wiem właśnie. Aerobik z rwą to chyba średnio, nie?

Półmetek

20 tygodni. Człowiek w brzuchu kopie. Czuć to szczególnie, gdy leżę na plecach. Lubi, gdy trzymam rękę na brzuchu, a jeszcze bardziej, gdy rękę trzyma tata. Kiedy ręka znika, człowiek kopie mocniej: „hej, wracaj!” Kaprysi; nie lubi słońca, dużego ciepła (kuchenka, piekarnik), zimnej wody (rzeka). Za to całkiem nieźle znosi ciężar starszej siostry. Zganiam ją z siebie, gdy skacze, ale pozwalam leżeć na mamie.

Z pozostałych atrakcji mam rwę kulszową taką, jak nigdy w życiu, prawdopodobnie zespół cieśni nadgarstka, opuchnięte, bolące nogi  i od wczoraj uporczywy ból głowy.

Nie, nie znamy płci. Tak, chcemy poznać. Nie, nie mamy imion. Spróbujcie namówić mojego męża, żeby cztery i pół miesiąca przed terminem wymyślił DWA imiona dla dziecka, którego jeszcze prawie nie posiada. Nie ma opcji.

Za krótkie długie wakacje

Nie jestem pewna, ale chyba ostatni raz miałam dwa tygodnie wakacji, gdy miałam jakieś dziewiętnaście lat. Nie mówię o wolnym od pracy, tylko o wyjeździe, prawdziwych wakacjach, spędzonych poza miastem. Zupełnie zapomniałam, jak to jest! Ale uparłam się i jeden tydzień spędziliśmy w Urlach, a drugi na działce. Urlop z dzieckiem jest dość męczący, ale nie przestaje być odpoczynkiem – od codzienności, domowych obowiązków, problemów, które są tu, a nie ma ich tam. No i świetnie było spędzić trochę czasu tylko we troje, choć Lichowi bardziej chyba podobał się drugi tydzień, z Siostrą i dziećmi.

Pogoda w większości dopisała, moczyliśmy się w rzece, a nawet w dwóch rzekach. Zbieraliśmy jagody, oglądaliśmy zwierzęta, spacerowaliśmy po lesie, jadaliśmy na dworze – samo dobro! W Urlach powietrze jest niesamowite, jakby się oddychało pięć razy pełniej, bardziej. Masa ptaków. Przepiękny las, po którym mogłabym spacerować godzinami, pełen sosen, jagód, puszystego mchu i świateł. I ptaków, rzecz jasna. Być może lepiej byśmy skorzystali ze skromnych, ale nam wystarczających miejscowych atrakcji, gdyby nie to powietrze właśnie – tak czyste, że szok tlenowy powodował permanentną senność. Szczególnie Kain jest podatny na zmiany klimatu i gdyby mu pozwolić, zasypiałby tam wszędzie.

Zabawiliśmy pięć dni i wróciliśmy na weekend do Warszawy, żeby się oprać i przepakować, po czym zamelinowaliśmy się pod Serockiem na działce Siostry. Kompletny środek niczego, nie ma nawet sklepu. Ba, nawet samochód z lodami przyjeżdża tylko w weekendy. Duży ogród, po którym dzieci mogą swobodnie biegać i do woli korzystać z trampoliny, huśtawek, piaskownicy, domku na drzewie i miliarda zabawek nagromadzonych przez kolejnych nieletnich. No i Narew, która jest większa i głębsza od Liwca, dzięki czemu nasza córka odkryła pływanie. Było fenomenalnie. W tak upalny dzień, jak dziś, żałuję, że nie mogliśmy zostać dłużej. Takie dni powinno się spędzać nad wodą, leżąc wygodnie na trawie w cieniu.

Oczywiście wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu – przyjemnie było wrócić do własnego łóżka, własnej, niezmętniałej wody w kranie, własnej wanny. Odkopać się z prania, poczuć u siebie, wrócić do warszawskiej rutyny. I zacząć rozmyślać o kolejnym weekendzie;) W sierpniu urwę się na chwilkę do Krakowa!

Nie chciał rozłożyć ogona.

Nie chciał rozłożyć ogona.

Koń nie chciał, ale pani prowadziła stanowczo.

Koń nie lubił wody, ale pani prowadziła stanowczo.

Kucyk z plebanii w Urlach

Kucyk z plebanii w Urlach

Autochtoni (Narew)

Autochtoni (Narew)

Ziarenka szczęścia

Ziarenka szczęścia

Liwiec i ja

Liwiec i ja

Nudne życie

Jestem mamą małego dziecka, mężatką i ciężarną. Nie podróżuję, nie mam fascynującego hobby, nie napisałam książki i nie prowadzę poczytnego bloga. Nie działam społecznie. Pracuję w korpo, mam prywatną opiekę medyczną i kartę na zajęcia sportowe, wieczorami siedzę na fejsie albo w wannie z książką. Mój profil na FB składa się głównie z postów o córce. Nawet w górach byłam ostatnio ponad dwa lata temu.

Nuda, nie? Sama ziewam, gdy to piszę. Mogłabym teraz walnąć trzy akapity o tym, że kocham tę nudę, że zmęczony rodzic nie marzy o przygodach, tylko o ośmiu godzinach snu bez pobudek i tak dalej w ten deseń, ale zamiast tego pragnę podziękować każdemu niezwykłemu człowiekowi, który sprawił, że już w lipcu możemy z Cainem powiedzieć: „to był szalenie ciekawy rok!”

Dzięki ludziom z fantazją zdarzają się w naszym życiu rzeczy wyjątkowe, podniecające, czasem zabawne. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że spotkamy w życiu tyle osób podzielających nasze pasje i poglądy lub nawet towarzyszących nam w tej drodze tylko przez chwilę. Jesteście dla mnie dowodami na to, że wszystko jest w życiu możliwe. Jesteście fantastyczni. Dziękuję.