Czasem wstaję

Czasem wstaję z kanapy i wtedy rozglądam się po mieszkaniu.

Jest taki suchy, szowinistyczny dowcip, który, no cóż, uwielbiam:
– Dlaczego kobieta ma co dzień tyle pracy?
– Bo jak śpi w nocy, to jej się nazbiera.

Samo życie.

Niby mamy partnerski związek, ale jedni z nas trenowali zajmowanie się domem od szóstego roku życia, a inni od dwudziestego szóstego. Dwadzieścia lat praktyki robi sporą różnicę.

Toteż gdy wczoraj mój mąż, sterany chorobą, pracą, dzieckiem, żoną i domem zwyczajnie padł na twarz, ja wstałam, żeby zrobić to, co jeszcze musiało zostać zrobione. Nie żebym sprzątała, nie ma głupich, rwa mnie skutecznie powstrzymuje od takich fanaberii. Ale jedzenie, na przykład, nie może leżeć całą upalną noc poza lodówką. Kilograma wiśni nie udało mi się uratować, bo i tak leżały już siedem godzin, ale przynajmniej schowałam słodycze przed dzieckiem, żeby nie były pierwszą jadalną rzeczą, jaką ujrzy z rana. I pranie nie może stać na balkonie, gdy nie wiadomo, czy nie lunie deszcz. I tak dalej, rozumiecie. W chwili, gdy robiłam przemeblowanie w lodówce, żeby zmieścić w niej obiad od naszej cudownej sąsiadki, i spadł mi otwarty jogurt, więc sięgnęłam po ściereczkę i ta ściereczka okazała się nie płukanym od rana, mokrym, obrzydliwym, śmierdzącym ślimakiem – w tej otóż chwili puściły mi nerwy i rozpłakałam się rzewnie.

Może to hormony. Na pewno one.