Leżę

Z tą rwą kulszową to było tak, że miałam ją wiele razy w życiu i jakoś z tym żyłam. Wczoraj też postanowiłam jakoś żyć, toteż kupiłam maść ziołową (żebym ja kupowała maść na ból dupy, to tego jeszcze nie grali), posmarowałam i poszłam na mały spacer, potem odebrać Licho, potem na lody niedaleko, a na koniec do sklepu w sąsiednim bloku. Do tego sklepu już z mocno zaciśniętymi zębami. Po powrocie, zaciskając nadal, zaanonsowałam się SMS-owo u czarodziejki od kręgosłupa, że jest słabo i czy mnie wymasuje. Ale jeszcze się ruszałam, po czym o czwartej nad ranem moje dziecko spadło z materaca i zapłakało, a ja zerwałam się jak lwica i je podniosłam. I stało się jasne, że już nie zasnę.

Wywlekłam męża z łóżka, doczołgałam się na dywan w salonie i zmusiłam go do wykonania pod moją komendą japońskiego masażu nastawiającego krążki. Kiedy niedokładnie mnie słuchał, groziłam, że mnie trwale uszkodzi. Tak, potrafię być naprawdę nieznośna, szczególnie o czwartej nad ranem. Żaden krążek nie wrócił na miejsce, ale pomogło na tyle, że zdołałam zasnąć. Przy czym uprzednio zażądałam od nieprzytomnego Kaina ostrożnego zaniesienia do łóżka.

No, a rano okazało się, że nie mogę chodzić. W sensie nie mogę stanąć na prawej nodze, bo wyję. Dowlokłam się do kanapy i zaległam. Mój kochany mąż został w domu, żeby w przerwach między jednym a drugim kawałkiem kodu podawać mi symboliczną szklankę wody. Co się doskonale złożyło, gdyż zaraz potem okazał się chory i też ledwo żyje. Leżę, smaruję się maścią (nie pomaga na ból dupy, ale podobno działa przeciwzapalnie, a o to mi głównie chodzi), łykam apap i cierpię. W dzień cierpiałam z nudów i niemożności wstania choćby po chusteczkę, a po południu z bezsilności, bo moje dziecko wróciło od niani i usilnie próbowało zrobić sobie krzywdę na tysiąc wymyślnych sposobów, a ja w zasadzie mogłam tylko wrzeszczeć: „Kaaaiiiin!!!” i liczyć, że nie wywołam w ten sposób pożaru na patelni (naleśniki lubią jednak, jak się nad nimi stoi).

Boże, jakie to jest frustrujące, tak leżeć.

Wolny termin na masaż był dopiero na jutro wieczór. Niby wszystko ogarnięte: mąż zostanie w domu, dziecko przeciwnie – u niani, na nastawianie krążka zostanę zawieziona samochodem, a boska sąsiadka sama z siebie zrobiła nam na jutro obiad z dwóch dań. Frustracja jednak nie mija. A nawet, powiedziałabym, wzrasta z każdą minutą siedzenia na sofie i patrzenia na pierdolnik wokół.