Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Marzenie o domu

Ostatnich kilka tygodni spędziłam na poszukiwaniu naszego miejsca na ziemi. Spędziłam sporo czasu najpierw planując, gdzie możemy zamieszkać, żeby nie musieć się przebijać co rano przez całe miasto z dwójką dzieci. Przeglądałam oferty, liczyłam kilometry na mapie, porównywałam ceny za metr. Wzdłuż i wszerz zbadałam możliwości programu MdM. Gadałam z doradcą finansowym, z deweloperami, żebrałam o podwózki do ewentualnego przyszłego miejsca zamieszkania, oglądałam projekty, planowałam schowki na graty…

Poświęciłam naprawdę niemało czasu. Mój ukochany nie był przekonany, ale ja byłam zdesperowana. Nie lubię wynajmować mieszkań, nie lubię się przeprowadzać, nie lubię tego, że nad każdym gwoździem i sprzętem w wynajętym mieszkaniu muszę się trzy razy zastanowić. Bardzo chciałabym mieć własne, przestronne, ciche, a najlepiej z ogrodem. Cóż, chciałabym, ale…

Pewnego dnia, a był to dzień podjęcia ostatecznej decyzji, mój mąż wreszcie usiadł i policzył koszty nie kredytu, ale bieżącego utrzymania dużego metrażu. I tyle było planów ;)

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Lato rozpieszczało nas w tym roku. Piękne, gorące, słoneczne i długie. Tym bardziej przykro, gdy leje i wieje, a chłód znienacka zmusza do zamykania okien.

Na przekór pogodzie (oraz pod wpływem faktu, że dziecko niewietrzone to dziecko złe) wybraliśmy się dziś na długi spacer. Kalosze, kaptury i jazda. Na lody, a co. Lody były wielkie i pyszne (polecam lodziarnie Limoni), a gdy już zjedliśmy całe i zrobiło nam się zimno, poszliśmy znów na deszcz, żeby podziwiać pobliską bażantarnię. Lało coraz bardziej, a my godzinę podziwialiśmy pawie, bażanty, papugi i koguty (ostatnia fascynacja Licha, które uwielbia, gdy kogut śpiewa).

Wróciliśmy mokrzy, zmęczeni i zmarznięci, ale szczęśliwi. Ogromnie lubię takie rodzinne dni, gdy mamy czas na wspólny spacer, bycie razem, zajęcie się sobą i sobą nawzajem. No i ta uszczęśliwiona mina córki, gdy idzie chodnikiem trzymając nas oboje za ręce :)

Mężczyzna idealny

„Mężczyzna idealny. Takie coś jednej kobiecie kiedyś się przyśniło i po przebudzeniu wybuchnęła głośnym i żałosnym szlochem.
Opowiedziała sen przyjaciółkom. Też się popłakały”.

Joanna Chmielewska*

Znam otóż takiego jednego. Siedzicie? To uwaga.

Przystojny, uprzejmy i piekielnie inteligentny. Doskonały fachowiec w swoim zawodzie i jednocześnie profesjonalny trener fitness. Pracowity; sportowiec, biega maratony, wspina się po górach. Po trzydziestce, ciało młodego boga, skóra dwudziestolatka. W garniturze wygląda, jakby się w nim urodził. Okej, niewysoki, ale wierzcie mi, że Matka Natura zrekompensowała nie tylko w rozmiarze mózgu.

Bez nałogów, bez alergii, bez chorób przewlekłych, cholera, nie ma nawet syndromu DDA czy DDR. Sprząta, robi zakupy, gotuje doskonale i bardzo chętnie. Potrafi skomplementować, dobrać idealny prezent (z opakowaniem!), docenia ładną kieckę i inne babskie starania.

Jak wybierze restaurację, to klękajcie, narody; jak wybierze wino, to jeszcze lepiej. Kiedy spędza z tobą czas, poświęca ci 100 % uwagi. Oczytany i osłuchany. Inteligencja emocjonalna w pakiecie. Wierny, ciepły, czuły. Gentleman i feminista. Dyplomatyczny, gdy trzeba. Stanowczy, gdy sytuacja tego wymaga. Z fantazją, wesoły i pełen energii.

Jeśli to przeczyta, to pewnie ledwo się w tym opisie rozpozna, gdyż, oczywiście, jest również skromny.

Naturalnie, że ma chłopaka. Zapłaczcie razem ze mną.

P.S. Panowie, zawsze można dążyć do ideału!

*Cytuję z pamięci, być może niedokładnie.

Upał

Ogromnie Wam dziękuję za wyrazy wsparcia – te publiczne na fb i te prywatne. To naprawdę pomaga.

Cóż, każdemu się czasem ulewa, ulało się i mnie. Odpoczęłam, poczułam się lepiej i mogę jechać dalej. Tylko zmęczona jestem, może ze stresu, a może przez upały, które kocham ogromnie, pod warunkiem, że nie jestem w ciąży. Dziś zrobiliśmy krótką wycieczkę krajoznawczą samochodem, raptem półtorej godziny w obie strony, tyle, że było gorąco. W aucie też. Po powrocie byłam tak zmęczona, jakbym jechała cały dzień autobusem.

W ogóle jakaś męcząca ta ciąża. Najpierw zawroty głowy, potem rwa, teraz czwartkowa akcja z awaryjną wizytą w szpitalu (zbadali, uspokoili, odesłali). Że niby się przemęczam? Helou, mam panią do pomocy w sprzątaniu, mam nianię, samotnie z dzieckiem spędzam dwa dni w tygodniu, odkurzacza do ręki nie biorę, zakupów nie dźwigam. To znaczy dźwigam, ale tak max cztery kilo i zawsze mi się wtedy zdaje, że nie dojdę do domu z tym ciężarem. Czyli bywało lepiej.

Byłam w tym tygodniu dwukrotnie na tych moich zajęciach dla ciężarówek i mam wrażenie, że to się zemściło. Może dlatego, że było zastępstwo i zupełnie inne ćwiczenia, bardziej męczące, choć wszystkie na piłce albo na leżąco. Znów muszę zrobić przerwę, zanim nie poczuję, że i ja, i człowiek w środku doszliśmy do siebie.

Na osłodę mieliśmy Baby Shower, które okazało się kameralną i przemiłą posiadówką. Goście zeszli się z mirrą, kadzidłem i złotem, Lichu też skapnęło co nieco, wszystko było śliczne i każdy miał wąsy. I zostało nam dużo wina, które teraz nie wiadomo, kto wypije.
Oh wait, wiadomo, przecież na szczęście mamy sąsiadów! ;)

 

1459839_903594499653979_7945280454776452317_n
10562925_903594396320656_5900192966764771220_n
10417806_903594436320652_4521575584249384333_n
10411907_903594472987315_3329303674298784213_n
10390087_903594376320658_5824115417098196250_n

Tak bardzo dość

Boję się. Boję się stracić jedno dziecko i skrzywdzić odstawieniem od piersi drugie, pozbawione już prawie całkowicie noszenia na rękach, skakania i tańczenia z mamą, zabawy ze mną. Boję się podejmować decyzje o braniu lub nie braniu kolejnych witamin, suplementów, preparatów i leków. Boję się o tę ciążę właściwie od początku, odkąd pierwszy lekarz, do którego poszłam, rozpoczął wizytę od długiego wykładu na temat wczesnych poronień, a następnie nic nie znalazł na USG.  Boję się kolejnych problemów: zawrotów głowy, kłopotów z kręgosłupem (przy półtorarocznym żywym srebrze, jakim jest moja córka), wczorajszej nagłej, nocnej wizyty w szpitalu położniczym, w którym niby wszystkie badania okej, ale w takim razie nie wiadomo, skąd objawy, niech pani poleży. Niby wszystko w porządku, tylko jakoś nie do końca.

Nie mam już siły walczyć o każdy skrawek mojego odpoczynku. Boję się o niego nie walczyć. Wyczerpują mnie usilne prośby i tłumaczenia, że pozmywaj, ogarnij, kup, zajmij się nią, bo mnie znowu kopie w brzuch. Są chwile, że prędzej padnę z pragnienia, niż powiem: „Zrób mi, proszę, herbaty”. Bo jeszcze jeden jęk niezadowolenia i, przysięgam, eksploduję. Jak przed chwilą. Kurwa, samo się nie zrobi. I tak trudno nie zerwać się i nie zrobić samej.

Boję się brać odpowiedzialność za to wszystko: dom, córkę, ciążę, siebie, plany bliższe i dalekosiężne, nawet lista zakupów staje się problemem, a tymczasem przed nami daleko poważniejsze decyzje. Których jestem motorem i prowodyrem, bo to mnie nie zadowala zastana rzeczywistość. Boję się tej odpowiedzialności i jeszcze bardziej boję się ją oddać. Dobitnie świadoma, że wtedy po prostu nic się nie wydarzy i już zawsze będzie tak, jak teraz, na wieki wieków, ad mortem. Tylko ciaśniej i trudniej.

Są takie chwile, że już naprawdę nie mogę. Przytłacza mnie to WSZYSTKO.

Don’t grow up, it’s a trap.