Miesięczne archiwum: Październik 2014

Krótki to był OSK Zryw

Kiedy kupowałam kurs na prawo jazdy, zapłaciłam z góry nieco mniej niż połowę, a resztę miałam wpłacać podczas jazd. Szybko okazało się, że instruktor jazdy jest firmą zewnętrzną i jeździ tyle, ile mu zapłacę. Problem w tym, że w pierwszej racie zapłaciłam z góry za siedem godzin, lecz, niestety, mój instruktor jak dotąd nie widział tych pieniędzy na oczy.

Mogę więc, jak wiele osób przede mną, wykłócać się z właścicielem firmy (podczas gdy instruktor próbuje robić to samo, także nie pierwszy raz) lub płacić za kolejne jazdy na bieżąco, a wykłócanie się przełożyć na później, gdy już zostaną mi tylko te nadpłacone. Ponieważ nie mam w tej chwili pieniędzy, przyjęłam opcję pierwszą, ale ani w czwartek, ani w piątek nie udało mi się złapać właściciela telefonicznie. Doskonale wiem zresztą, że pan powie mi: „jutro rozliczę”, a będzie to takie samo jutro, jakie znam z czasów freelansu.

Wszystko wskazuje więc na to, że co najmniej najbliższy tydzień mam z głowy, ergo nie zdążę skończyć jazd wtedy, gdy planowałam, ergo nie przystąpię do egzaminu przed porodem, ergo cały plan psu w dupę.

Czy jestem wściekła? Och, ależ skąd, kurwa mać.

Status update

Hormon jakby lepiej, mam więcej pary. Wyrabiam jazdy z instruktorem i mam spore ciśnienie, żeby jeszcze przez porodem przystąpić do egzaminu. Lubię zmieniać biegi, ale nie lubię skrzyżowań.

W listopadzie zamierzam poprowadzić kilka warsztatów o karmieniu piersią.

Uczestniczę w warsztatach okołoporodowych prowadzonych przez moją doulę, dziś na przykład nauczyłam się, że w dziecko w brzuchu też może być noszone w chuście.

Byłam w Poznaniu u dalszej rodziny, było fantastycznie i tak myślę, że może reaktywuję Czyżykowo.

W weekend będę miała sesję zdjęciową brzuchowo-karmieniową. To znaczy to drugie, o ile Licho zechce współpracować.

Jak widać, jestem bardzo zajęta. Mam nadzieję, że Jeremi nie pospieszy się na świat, bo nie zdążę zrobić wszystkiego, co zaplanowałam!

Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech

Jeremi rośnie i tyje, a moja przepona robi się coraz mniejsza. Obecnie dostaję zadyszki nawet od stania, nie mówiąc już o wchodzeniu po schodach, noszeniu dziecka czy śpiewaniu. Doszło do tego, że przy myciu zębów puszczam Lichu piosenkę z jutuba w komórce, bo zaśpiewać jestem w stanie najwyżej raz, a do porządnego umycia zębów potrzeba tak ze cztery razy.

Wystarczy poprosić

Wielokrotnie w ciąży prosiłam ludzi o ustąpienie mi miejsca lub przepuszczenie w kolejce. Równie często zdarzało mi się nie poprosić, bo zdarza się, że stres związany z uwagami i spojrzeniami paniuś czekających na poczcie jest dużo bardziej nieprzyjemny, niż stanie w ogonku. Najgorzej zawsze było w przychodniach i własnie na pocztach, ale w komunikacji miejskiej raczej nie mam z tym problemu, zwłaszcza, że jazda bywa długa, a w tłoku łatwo oberwać w brzuch czyjąś torbą lub łokciem.

Ostatnio w metrze podeszłam do pierwszego siedzącego faceta (wokół same dzieci, wycieczka, a dzieci ze względów bezpieczeństwa nie powinny stać w komunikacji miejskiej) i powiedziałam: „Przepraszam, czy mogłabym usiąść?”

Pan, w średnim wieku, zdębiał, podniósł oczy znad papierów, obejrzał mnie z wyraźnym zdumieniem, dotarł wzrokiem do brzucha i powoli zaczął zbierać i chować do teczki papiery, okulary i jakieś drobiazgi. Zanim skończył, dziewczynka obok chyba chciała wstać, ale cierpliwie patrzyłam na pana. Wreszcie się spakował i podniósł, powiedziałam: „Serdecznie dziękuję”, usiadłam, a facet stał potem jeszcze długo taki komicznie zdziwiony. Chyba nigdy mu się nic takiego nie przydarzyło.

Irenka

W pierwszej ciąży poszliśmy do szkoły rodzenia, wybraliśmy szpital, spakowaliśmy torby… a potem pojechaliśmy do tego szpitala i stałam się trybikiem w maszynie. O niektóre rzeczy trzeba było walczyć, niektóre osoby z personelu były niemiłe, niektóre badania niepotrzebnie bolały. Dziś sądzę, że w innych warunkach, przy innej opiece, Lila mogłaby się rodzić znacznie krócej i przyjemniej.

Na urlopie macierzyńskim i później uczestniczyłam w różnych warsztatach i spotkaniach kręcących się wokół tematyki dziecięcej, ciążowej i porodowej. Myślę, że nigdy nie dowiedziałam się tak wiele na żaden temat i nigdy nie byłam na tylu interesujących spotkaniach, co za czasów niemowlęctwa Lili. Zalety mieszkania w dużym mieście – tutaj zajęć dla mam z małymi dziećmi jest naprawdę mnóstwo, w tym wiele bezpłatnych. Trzeba tylko chcieć, ruszyć się z domu. Był taki czas, gdy, uziemiona między tymi wszystkimi pieluchami i marchewką na parze, z ulgą przystałam do plemiennej wspólnoty Matek. To był naprawdę inspirujący okres.
(Hint: właśnie trwa Tydzień Bliskości i w wielu miastach dzieje się dużo dobrego, poguglajcie sobie, drogie Matki Polki.)

Skutkiem ubocznym ;) jest pozyskana wiedza, a wiadomo, że „im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz”. A im wiesz więcej, tym trudniej się zgodzić na bycie częścią systemu i bierne poddawanie się otoczeniu. U mnie przekłada się to na trochę zdrowsze jedzenie (nie powiem, że zdrowe, ale mniej gotowców, domowy chleb, czytanie etykiet na opakowaniach to zawsze coś), na wychowywanie naszej córki trochę pod prąd i, no właśnie, na to, że nie po drodze mi ze szpitalnym porodem. Toteż, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, Jeremi urodzi się w domu.

Plan zakłada pełen wypas: domowa położna – nieoceniona Irena Chołuj, która jest mamą polskich porodów domowych, przyjmowała Najmłodszą, towarzyszyła kilku moim znajomym w ich domach i jest n i e s a m o w i t a; zastępczyni położnej; doula – Justyna, która tak serdecznie wprosiła się do towarzystwa w tym wydarzeniu, że teraz już nie wyobrażam sobie rodzenia bez niej; no i mąż, najważniejszy z nich wszystkich. Na moim biurku piętrzy się stos książek o naturalnych narodzinach i z każdej z nich dowiaduję się czegoś nowego. Niekiedy są to rzeczy z pozoru oczywiste, których jednak nigdy sobie nie uświadomiłam (na przykład że rodzące się dziecko również odczuwa ból, stres i całą resztę porodowych atrakcji – a także p o  c o  je odczuwa). Im więcej czytam, tym trudniej mi uwierzyć, że to jeszcze dwa miesiące. Z drugiej strony wiem, że miną one, zanim się obejrzę i wcale nie mam tak dużo czasu na edukację. A chcę wiedzieć jak najwięcej, chcę tym razem zrobić to po mojemu, w zgodzie ze swoim ciałem i z tym, czego będzie potrzebować dziecko.

Wczoraj byliśmy z wizytą u Irenki. To cała wyprawa, bo trzeba jechać do Góry Kalwarii. Wyszliśmy rano, wróciliśmy pod wieczór (via odbieranie Licha). Było bardzo serdecznie i ciepło, a także bardzo merytorycznie. Zaimponował mi arcydokładny wywiad medyczny, jaki przeprowadza Irenka przed podpisaniem umowy. Nawet podpisując umowę o prywatne ubezpieczenie medyczne nie miałam tak dokładnego wywiadu (na szczęście!). Trochę zgroza, bo formularze mam wypełnione od góry do dołu tam, gdzie większość pań ma ponoć głównie kreski. Wyglądało to dość zabawnie, gdy przez godzinę co chwilę mówiłam: „a, jeszcze mam atopowe zapalenie skóry!” albo „ach, no i zapalenie mięśnia sercowego miałam”. O paru drobiazgach, jak na przykład trzy wstrząśnienia mózgu, w ogóle bym zapomniała, gdyby nie Cain. Irenka kręciła głową i notowała, notowała, notowała. A potem obmacała mój brzuch …i rękami wyczuła pozycję dziecka. WOW.

Wyszliśmy wzruszeni. Dla mnie ta wizyta była inspirująca, a jednocześnie bardzo spójna z czytaną właśnie książką Ireny. Przede mną jeszcze parę drobiazgów, które zadecydują o kwalifikacji do porodu domowego. Trzymajcie kciuki.