Irenka

W pierwszej ciąży poszliśmy do szkoły rodzenia, wybraliśmy szpital, spakowaliśmy torby… a potem pojechaliśmy do tego szpitala i stałam się trybikiem w maszynie. O niektóre rzeczy trzeba było walczyć, niektóre osoby z personelu były niemiłe, niektóre badania niepotrzebnie bolały. Dziś sądzę, że w innych warunkach, przy innej opiece, Lila mogłaby się rodzić znacznie krócej i przyjemniej.

Na urlopie macierzyńskim i później uczestniczyłam w różnych warsztatach i spotkaniach kręcących się wokół tematyki dziecięcej, ciążowej i porodowej. Myślę, że nigdy nie dowiedziałam się tak wiele na żaden temat i nigdy nie byłam na tylu interesujących spotkaniach, co za czasów niemowlęctwa Lili. Zalety mieszkania w dużym mieście – tutaj zajęć dla mam z małymi dziećmi jest naprawdę mnóstwo, w tym wiele bezpłatnych. Trzeba tylko chcieć, ruszyć się z domu. Był taki czas, gdy, uziemiona między tymi wszystkimi pieluchami i marchewką na parze, z ulgą przystałam do plemiennej wspólnoty Matek. To był naprawdę inspirujący okres.
(Hint: właśnie trwa Tydzień Bliskości i w wielu miastach dzieje się dużo dobrego, poguglajcie sobie, drogie Matki Polki.)

Skutkiem ubocznym ;) jest pozyskana wiedza, a wiadomo, że „im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz”. A im wiesz więcej, tym trudniej się zgodzić na bycie częścią systemu i bierne poddawanie się otoczeniu. U mnie przekłada się to na trochę zdrowsze jedzenie (nie powiem, że zdrowe, ale mniej gotowców, domowy chleb, czytanie etykiet na opakowaniach to zawsze coś), na wychowywanie naszej córki trochę pod prąd i, no właśnie, na to, że nie po drodze mi ze szpitalnym porodem. Toteż, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, Jeremi urodzi się w domu.

Plan zakłada pełen wypas: domowa położna – nieoceniona Irena Chołuj, która jest mamą polskich porodów domowych, przyjmowała Najmłodszą, towarzyszyła kilku moim znajomym w ich domach i jest n i e s a m o w i t a; zastępczyni położnej; doula – Justyna, która tak serdecznie wprosiła się do towarzystwa w tym wydarzeniu, że teraz już nie wyobrażam sobie rodzenia bez niej; no i mąż, najważniejszy z nich wszystkich. Na moim biurku piętrzy się stos książek o naturalnych narodzinach i z każdej z nich dowiaduję się czegoś nowego. Niekiedy są to rzeczy z pozoru oczywiste, których jednak nigdy sobie nie uświadomiłam (na przykład że rodzące się dziecko również odczuwa ból, stres i całą resztę porodowych atrakcji – a także p o  c o  je odczuwa). Im więcej czytam, tym trudniej mi uwierzyć, że to jeszcze dwa miesiące. Z drugiej strony wiem, że miną one, zanim się obejrzę i wcale nie mam tak dużo czasu na edukację. A chcę wiedzieć jak najwięcej, chcę tym razem zrobić to po mojemu, w zgodzie ze swoim ciałem i z tym, czego będzie potrzebować dziecko.

Wczoraj byliśmy z wizytą u Irenki. To cała wyprawa, bo trzeba jechać do Góry Kalwarii. Wyszliśmy rano, wróciliśmy pod wieczór (via odbieranie Licha). Było bardzo serdecznie i ciepło, a także bardzo merytorycznie. Zaimponował mi arcydokładny wywiad medyczny, jaki przeprowadza Irenka przed podpisaniem umowy. Nawet podpisując umowę o prywatne ubezpieczenie medyczne nie miałam tak dokładnego wywiadu (na szczęście!). Trochę zgroza, bo formularze mam wypełnione od góry do dołu tam, gdzie większość pań ma ponoć głównie kreski. Wyglądało to dość zabawnie, gdy przez godzinę co chwilę mówiłam: „a, jeszcze mam atopowe zapalenie skóry!” albo „ach, no i zapalenie mięśnia sercowego miałam”. O paru drobiazgach, jak na przykład trzy wstrząśnienia mózgu, w ogóle bym zapomniała, gdyby nie Cain. Irenka kręciła głową i notowała, notowała, notowała. A potem obmacała mój brzuch …i rękami wyczuła pozycję dziecka. WOW.

Wyszliśmy wzruszeni. Dla mnie ta wizyta była inspirująca, a jednocześnie bardzo spójna z czytaną właśnie książką Ireny. Przede mną jeszcze parę drobiazgów, które zadecydują o kwalifikacji do porodu domowego. Trzymajcie kciuki.

 

6 myśli nt. „Irenka

  1. Astarael

    Trzymam kciuki, ale ja się wyleczyłam z pragnienia porodu domowego podczas rodzenia Stasia. Szczegóły mogę opowiedzieć prywatnie, ale gdyby nie ‚maszyneria’ szpitalna Młodego mogłoby nie być. Więc miej wybrany szpital awaryjny, tak tylko mówię. Ja bym się nie zdecydowała na rodzenie w domu – może jedynie wtedy, kiedy ciąża byłaby podręcznikowa od początku do końca. Zresztą przy drugim dziecku pewnie czeka mnie cesarka.

  2. Kasz

    Trzymam kciuki i podziwiam. Im dalej od mojego porodu, tym częściej myślę tak jak Ty – byłam tylko trybikiem w wielkiej maszynie, a plan porodu wyglądał przy tym po prostu śmiesznie… (jakkolwiek w 80 % był respektowany) Pani Ireny zazdroszczę, czytałam wywiad z nią w Mundrej, jestem pełna podziwu.
    W każdym razie – powodzenia!

  3. Lejla

    A masz S. Kitzinger „Rodzić w domu”? Mogę podesłać.
    Ja głęboko wierzę, że poród domowy uratował nam życie z tym naszym supłem…

Możliwość komentowania jest wyłączona.