Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Żeby żyć, trzeba się rozwijać

Nigdy, w całym moim dorosłym życiu nie rozwijałam się tak intensywnie, jak w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, od czasów liceum zajmowałam się głównie piciem piwa i flirtem, to znaczy w tych momentach, których nie musiałam spędzać na zarabianiu pieniędzy. Coś tam może jeszcze robiłam w międzyczasie, na przykład doskonaliłam się w zawodzie, ale w porównaniu do ostatniego okresu to było kompletne nic.

Odkąd mamy dzieci, dowiedziałam się mnóstwa rzeczy (a jeszcze nawet nie doszliśmy do etapu wnikliwych pytań typu „czy jest woda na Marsie”). Uczę się rozwiązywać konflikty bez krzywdzenia stron i zarządzać czasem. Uczę się odmawiać i stawiać granice, i to wcale nie dzieciom, a dorosłym. Na przykład tym, którzy chcą smyrać niemowlę po stópkach albo spontanicznie wpaść w gości w nieodpowiedni dla nas dzień. Uczę się prosić o pomoc i przyjmować ją. Uczę się odpuszczać.

Nade wszystko jednak uczę się patrzeć na innych ludzi z zupełnie nowego punktu widzenia. Poznaję podstawy porozumienia bez przemocy, które mówi, że za każdym działaniem człowieka kryje się jakaś potrzeba (i to jest dobre, jakbyście mieli wątpliwości). I że nie ma sprzecznych potrzeb, są najwyżej sprzeczne strategie ich zaspokojenia. Uczę się słuchać, zawsze mi to sprawiało ogromne problemy, zawsze odbijałam się w pół zdania do jakiejś swojej opowieści; nadal to robię, ale rzadziej. Trenuję bycie otwartą na to, że się różnimy. Bycie otwartą na emocje innych, także te trudne. Potrafię wziąć na siebie złość mojego dziecka i nie wchłonąć jej; coraz częściej potrafię to samo z dorosłym, choć to jest dla mnie o wiele trudniejsze.

Codziennie weryfikuje się to, kim jestem, a znane pojęcia okazują się zupełnie nowe. „Grzeczny”, „smutny”, „kobiecy” i „męski”, te i inne słowa okazują się wciąż zmieniać znaczenie i miejsce. Wiedzieliście na przykład, że „nieśmiały” to ktoś, kto nie chce jeść lodów? Albo że można chorować na to, że się wszystko słyszy bardzo głośno? Albo że Wasze dwuletnie dziecko może znad posiłku rzucić ot, tak: „Ja cię zasmucam” (omal nie umarłam przy tym stole!).

Te ciągłe ewaluacje, rekapitulacje i redefinicje są wspaniałe. Dowiaduję się wiele o samej sobie i pracuję nad sobą tak intensywnie, jak nigdy.

Polecam, Luca. 

(Wiem, że ten wpis jest o dzieciach, więc niby powinien być na innym blogu, ale jednak bardziej jest o mnie, więc zostaje tu.) 

Uszy ma takie wielkie jak kapcie

Zawsze lubiłam siebie, w tym i swój wygląd. (Kłamię, nie zawsze, ale naprawdę przez większość życia, a już na pewno przez całą dorosłość.) Przywykłam do tego, brak kompleksów to naprawdę miły stan i bardzo ułatwia życie. Do czasu, bo ostatnio jakoś nie bardzo. I powiem Wam, że mnie to, nieprzyzwyczajoną, nieźle rąbnęło.

Od pewnego czasu co spojrzę w lustro, to rozczarowanie. Nie zachwyca, no nie zachwyca. Cera jakaś nieświeża. Bruzdy na twarzy, no ja rozumiem, że #po30, ale kurwa, bez przesady. Włosy oklapnięte, a że zapuszczam, to jeszcze nieułożone i podkreślają chudość twarzy. Oczka całkiem maciupcie. Ciało znużone. Brzuch, niestety, zdecydowanie jest. A już nie daj Boże, gdy spojrzę na jakieś swoje zdjęcie. No masakra.

Logicznym zdawałoby się w takiej sytuacji zacząć ćwiczyć, używać balsamów i dbać o makijaż. Czy to robię? A skąd. Na myśl o codziennym wklepywaniu w siebie specyfików, malowaniu się, a potem zmywaniu, pilnym dbaniu o odpowiednio skrojony ubiór mam tylko wewnętrzne „meh, na chuj to komu, skoro zamiast tego można spokojnie poczytać książkę”.

No i tak to miało lecieć jeszcze przez parę akapitów, ale w trakcie pisania pochłonął mnie projekt pod hasłem #tydzieńbezniani, a w ciągu tego tygodnia aż dwie kobiety skomplementowały mnie tak miło i gorąco, a co ważniejsze, nieproszone, że jakoś mi lepiej. Wewnątrzsterowność level master, mać, ale grunt, że pomogło.

Następna notka będzie więc o samorozwoju. A mogła być o tłustych włosach.

Mokre fantazje

Znacie Karo Akabal? To sex coach, po polsku instruktor seksu. Nie pamiętam, gdzie wpadłam na to nazwisko, ale w którymś momencie polubiłam fan page i zamówiłam newsletter. Karo zajmuje się zasadniczo tym, dlaczego nam się nie chce albo dlaczego nie jesteśmy tak uradowani, jak by wynikało z założeń. Opracowała „trening przyjemności”, który polega na tym, żeby codziennie poświęcać kwadrans na, no właśnie, przyjemność. Idzie o to, żeby każdego dnia zrobić sobie miło, wszystkie chwyty dozwolone, można leżeć w pachnącej pianie, szczotkować włosy, kolorować obrazki albo spacerować po rosie. Ma to pomóc w rozpoznawaniu, czego właściwie chcemy i uczyć niespychania tych zachceń na drugi, trzeci, czwarty plan (po zmywaniu, myciu lodówki i rachunkach). Można trenować solo albo w parach.

No więc ja jestem prosta i moje zmysłowe potrzeby też nie są szczególnie wyrafinowane, mianowicie najbardziej kręci mnie wanna. Przyznam się, iż miewam fantazję, że spędzam tam co najmniej dwie godziny dziennie. Staram się praktykować tę zmysłową przyjemność w miarę możliwości codziennie.

W ostatnich miesiącach zrobiłam pewne postępy: czasem wystarcza godzina. Jeśli skończy się książka.

Prezenty dla siebie

Szósta rano. Siedzę na podłodze w salonie. Oczy na zapałki. Obok młody trenuje zabawę na stojąco. (Kiedy ostatnio o nim słyszeliście, ci, co nie zaglądają na mojego  fejsa albo na Who needs sleep, był noworodkiem i ledwo patrzył, a co ważniejsze, spał minimum do 9.00.) Siedzę i myślę o kawie. Parę miesięcy temu kupiłam sobie ekspres ciśnieniowy. To był spontan, impuls – „pierdolę, bez porządnej kawy nie dam rady” – a że akurat miałam kieszonkowe, zajrzałam b. ostrożnie na Allegro, a tam… Panie, co za orgia i rozpusta! Ekspresy za grosze. Kupiłam taki za szalone 88 zł i póki co, z jedną wymianą, działa. Za to ja nie działam bez przynajmniej jednej latte na ryżowym, z trzema łyżeczkami cukru.

Siedzę więc i myślę o tej kawie, ale w sumie może Dzidek jeszcze zaśnie, zresztą dywan w salonie jest całkiem wygodny. I myślę też o tym, że to był fajny prezent, co go sobie zrobiłam. Ten ekspres w sensie. Miło jest robić sobie prezenty, można też kosztowne i kto wie, może kolejnym razem sprawię sobie pakiet w jakimś SPA. Bo w ogóle im bardziej mam się komu poświęcać, tym bardziej staram się dbać o siebie. Czego i Wam życzę, bo nikt tego za Was nie zrobi. 

Zen

W Urlach, na wakacjach, poznaliśmy faceta, który zamelinował się tam z trójką dzieci na całe lato. W sumie biegało ich tam więc, razem z naszymi, siedmioro, bo jeszcze sąsiedzi z drugiej strony. Chyba, że ktoś wpadł w gości, to więcej. No i wracamy któregoś dnia ze spaceru, na trawniku całe to tałatajstwo lata, wrzeszczy, jeździ na rowerze, wspina się na drzewa, nosi małe dzieci na rękach, grzebie w ziemi i tak dalej. A pośrodku tego wszystkiego, w klasycznej pozycji lotosu, jak na obrazkach, siedzi facet i medytuje.

W medytacji chodzi podobno o bycie Tu i Teraz. No więc ja wyznam, że czuję moje Tu i Teraz każdą, mać, komórką ciała, zwłaszcza, gdy dwoje dzieci się po tym ciele wspina. Ale obrazek był bardzo ładny (pozdrawiam Maćka). Przy czym, zaznaczam, NIKT PO MEDYTUJĄCYM NIE ŁAZIŁ.

Ludzie, badajcie się.

A zwłaszcza: kobiety, róbcie przegląd podwozia. Sorry, że jak wreszcie wracam po takiej przerwie, to od razu o takich sprawach, ale no. Tak wyszło.

Tak wyszło, że po pojawieniu się na świecie Kniazia czas mijał, a ja wciąż byłam jakaś taka obolała. Znaczy najpierw było super, po paru dniach już śmigałam, a nawet mogłam normalnie siedzieć. Jednak potem minęło sześć tygodni, a ja czułam coś jakby, że to nie to i że jeszcze. Na zwyczajowej kontroli lekarz dał maść, kazał smarować przez tydzień i przyjść na kolejną zwyczajową kontrolę za pół roku.

Po czym czas mijał, a ja nie bardzo jakby. Niewygodnie. Niemiło. Ba, boleśnie. Czasem bardzo. A tu mąż, miłość, te sprawy. Ale boli. Może blizna, no zdarza się, a z lekarzami-mężczyznami doświadczenia mam takie, że mówią: „No proszę pani, to już nie jest ta elastyczna tkanka, proszę kupić sobie parę wibratorów i ćwiczyć”. No spoko, tylko BOLI.

No i tak wyszło, że miłość miłością, ale ręce precz, bardzo proszę. Gdyż boli na samą myśl. Namiętność zero. Nie dotykać, nie przytulać, nie żartować z podtekstem, WON. Fajnie, nie? Myślałam: może seksuolog? Może sobie wymyślam, męża nie kocham, mam traumę, chuj wie co, problemy emocjonalne zamiatam pod dywan, wszak nie ma ludzi normalnych, są tylko niezdiagnozowani. Myślałam: może fizjoterapeutka od tych spraw (wiedzieliście, że jest taki zawód? Jeśli lekarz ginekolog mówi, że nic się nie da zrobić, łże.) Aż wreszcie pomyślałam: najpierw jeszcze lekarz, ale kobieta. Kobieta się wczuje może bardziej, dokładnie zbada, nie oleje mnie. 

Tak wyszło, że mam blisko do przychodni dla kobiet, poszłam, wyjaśniłam, w czym rzecz. I okazało się, że nie wymyślam. Okazało się, że, mając po poprzednim porodzie wspomniane doświadczenia z panem doktorem, sama zlekceważyłam zaawansowaną infekcję. Taką, że lekarka nieco zbladła. Taką, że naprawdę szacun za wszelkie próby alkowiane. Ulżyło mi: nie wymyślam. Naprawdę coś jest nie tak. Mam prawo czuć się źle.

Potem jeszcze tak wyszło, że cztery tygodnie nieskutecznego leczenia, w końcu antybiogram i lepiej dobrane leki, dziesięć dni w upale, nad rzeką, z zakazem pływania; pod prysznic (woda ze studni) osobny kubeczek z czystą wodą do mycia; siedem preparatów do zażywania i aplikowania w ściśle określonej kolejności (oczywiście, że pomyliłam); ból żołądka oraz antybiotykoterapia przy szalejącym w domu wirusie. Dałam radę. I czuję się lepiej, i to cała, ogólnie. Nie taka chora, silniejsza, mniej obolała. Kontrola za parę dni. Chociaż nie powiem, żebym kurcgalopkiem miała lecieć teraz uprawiać finezyjny seks. Kilka miesięcy bólu swoje zrobiło, niestety.

Morał jest taki, oczywiście, że trzeba się badać nie tylko rutynowo, ale zawsze, gdy coś nie styka. I że trzeba dobrze dobierać lekarzy, bo bywa różnie. Wszyscy to wiemy, prawda? Ja też to wiem od lat. Tylko tak jakoś wyszło.