Uszy ma takie wielkie jak kapcie

Zawsze lubiłam siebie, w tym i swój wygląd. (Kłamię, nie zawsze, ale naprawdę przez większość życia, a już na pewno przez całą dorosłość.) Przywykłam do tego, brak kompleksów to naprawdę miły stan i bardzo ułatwia życie. Do czasu, bo ostatnio jakoś nie bardzo. I powiem Wam, że mnie to, nieprzyzwyczajoną, nieźle rąbnęło.

Od pewnego czasu co spojrzę w lustro, to rozczarowanie. Nie zachwyca, no nie zachwyca. Cera jakaś nieświeża. Bruzdy na twarzy, no ja rozumiem, że #po30, ale kurwa, bez przesady. Włosy oklapnięte, a że zapuszczam, to jeszcze nieułożone i podkreślają chudość twarzy. Oczka całkiem maciupcie. Ciało znużone. Brzuch, niestety, zdecydowanie jest. A już nie daj Boże, gdy spojrzę na jakieś swoje zdjęcie. No masakra.

Logicznym zdawałoby się w takiej sytuacji zacząć ćwiczyć, używać balsamów i dbać o makijaż. Czy to robię? A skąd. Na myśl o codziennym wklepywaniu w siebie specyfików, malowaniu się, a potem zmywaniu, pilnym dbaniu o odpowiednio skrojony ubiór mam tylko wewnętrzne „meh, na chuj to komu, skoro zamiast tego można spokojnie poczytać książkę”.

No i tak to miało lecieć jeszcze przez parę akapitów, ale w trakcie pisania pochłonął mnie projekt pod hasłem #tydzieńbezniani, a w ciągu tego tygodnia aż dwie kobiety skomplementowały mnie tak miło i gorąco, a co ważniejsze, nieproszone, że jakoś mi lepiej. Wewnątrzsterowność level master, mać, ale grunt, że pomogło.

Następna notka będzie więc o samorozwoju. A mogła być o tłustych włosach.