Ludzie, badajcie się.

A zwłaszcza: kobiety, róbcie przegląd podwozia. Sorry, że jak wreszcie wracam po takiej przerwie, to od razu o takich sprawach, ale no. Tak wyszło.

Tak wyszło, że po pojawieniu się na świecie Kniazia czas mijał, a ja wciąż byłam jakaś taka obolała. Znaczy najpierw było super, po paru dniach już śmigałam, a nawet mogłam normalnie siedzieć. Jednak potem minęło sześć tygodni, a ja czułam coś jakby, że to nie to i że jeszcze. Na zwyczajowej kontroli lekarz dał maść, kazał smarować przez tydzień i przyjść na kolejną zwyczajową kontrolę za pół roku.

Po czym czas mijał, a ja nie bardzo jakby. Niewygodnie. Niemiło. Ba, boleśnie. Czasem bardzo. A tu mąż, miłość, te sprawy. Ale boli. Może blizna, no zdarza się, a z lekarzami-mężczyznami doświadczenia mam takie, że mówią: „No proszę pani, to już nie jest ta elastyczna tkanka, proszę kupić sobie parę wibratorów i ćwiczyć”. No spoko, tylko BOLI.

No i tak wyszło, że miłość miłością, ale ręce precz, bardzo proszę. Gdyż boli na samą myśl. Namiętność zero. Nie dotykać, nie przytulać, nie żartować z podtekstem, WON. Fajnie, nie? Myślałam: może seksuolog? Może sobie wymyślam, męża nie kocham, mam traumę, chuj wie co, problemy emocjonalne zamiatam pod dywan, wszak nie ma ludzi normalnych, są tylko niezdiagnozowani. Myślałam: może fizjoterapeutka od tych spraw (wiedzieliście, że jest taki zawód? Jeśli lekarz ginekolog mówi, że nic się nie da zrobić, łże.) Aż wreszcie pomyślałam: najpierw jeszcze lekarz, ale kobieta. Kobieta się wczuje może bardziej, dokładnie zbada, nie oleje mnie. 

Tak wyszło, że mam blisko do przychodni dla kobiet, poszłam, wyjaśniłam, w czym rzecz. I okazało się, że nie wymyślam. Okazało się, że, mając po poprzednim porodzie wspomniane doświadczenia z panem doktorem, sama zlekceważyłam zaawansowaną infekcję. Taką, że lekarka nieco zbladła. Taką, że naprawdę szacun za wszelkie próby alkowiane. Ulżyło mi: nie wymyślam. Naprawdę coś jest nie tak. Mam prawo czuć się źle.

Potem jeszcze tak wyszło, że cztery tygodnie nieskutecznego leczenia, w końcu antybiogram i lepiej dobrane leki, dziesięć dni w upale, nad rzeką, z zakazem pływania; pod prysznic (woda ze studni) osobny kubeczek z czystą wodą do mycia; siedem preparatów do zażywania i aplikowania w ściśle określonej kolejności (oczywiście, że pomyliłam); ból żołądka oraz antybiotykoterapia przy szalejącym w domu wirusie. Dałam radę. I czuję się lepiej, i to cała, ogólnie. Nie taka chora, silniejsza, mniej obolała. Kontrola za parę dni. Chociaż nie powiem, żebym kurcgalopkiem miała lecieć teraz uprawiać finezyjny seks. Kilka miesięcy bólu swoje zrobiło, niestety.

Morał jest taki, oczywiście, że trzeba się badać nie tylko rutynowo, ale zawsze, gdy coś nie styka. I że trzeba dobrze dobierać lekarzy, bo bywa różnie. Wszyscy to wiemy, prawda? Ja też to wiem od lat. Tylko tak jakoś wyszło.