Bezradność

Jest kiepsko.

Właściwie jest kiepsko cały rok, począwszy od przedłużającego się połogu, przez infekcję, o której pisałam, a z którą wciąż walczę, przez cholerną, niepotrzebną dietę #bezwszystkiego, przez chorobę tarczycy, którą wciąż leczę i która funduje mi okresowe dołki – brak sił, ciągłą senność, walące serce, koszmarny brak cierpliwości – aż po złamaną nogę i unieruchomienie na kanapie.

Zupełnie nie tak sobie to wyobrażałam – sądziłam, że po kilku dniach zacznę kicać o kulach i zasadniczo ze wszystkim sobie poradzę. Tymczasem nie chodzi nawet o to, że wszędzie walają się kolorowe pułapki, Licho wchodzi pod nogi, a Kniaź chwyta mnie za kule, bo też chce się bawić – ale bardziej nawet o to, że każde pięć minut z nogą inaczej, niż w górze, generuje ból tej nogi, a stłuczony nadgarstek nie wytrzymuje ciężaru. Nie spodziewałam się, że nie będę mogła bezpiecznie zostać sama z dziećmi na dłużej niż godzinę. Okazuje się jednak, że nie mogę – literalnie nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem (młodszym, bo z Lichem to jeszcze jakoś działa, chociaż o przyrządzeniu posiłku czy kawy w ekspresie mogę raczej zapomnieć).

Codziennie więc ktoś przychodzi, żeby się nami zaopiekować przez czas, gdy Cain jest w pracy. Zaangażowałam już prawie całą rodzinę i zaczęłam bezwstydnie żebrać wśród znajomych. Gdy Cain wraca, rzucają się na niego dzieciaki, zbite z tropu nagłą zmianą trybu życia, zdenerwowane, że mama nie nosi, nie krząta się i nie zabiera na spacery, speszone ciągłymi wizytami różnych ludzi. Rzucam się ja, spragniona posiłku, leków, chwili odpoczynku, sprzątania, wyniesienia śmieci i przygotowania potworów do snu. Widzę, że facet ma dość, maluchy mają dość i ja też mam dość. Wszystko wymyka mi się z rąk. Cudowni ludzie, którzy do mnie przychodzą, ogarniają wszystkie bieżączki, ale i tak się zbiera. Co ciekawe, okazuje się, że nie mam na nic czasu, choć głównie siedzę. Tę notkę na przykład zaczęłam pisać piętnastego listopada.

No więc jest kiepsko i czuję, jak ogarnia mnie depresja, tym razem chyba nie jesienna, a życiowa. Jeszcze śmieję się do Kniazia, całymi dniami robiąc „a kuku!”. Jeszcze wymyślam na dobranoc bajki z happy endem. Jeszcze śpiewam, robiąc sobie codzienne zastrzyki przeciw zakrzepicy („Mamo, jak masz taką minę przy zastrzyku, to ja się boję”). Ale coraz częściej jest to śmiech i śpiew przez łzy.

Pewnie zacznę chodzić jakoś tak w Święta. Mam nadzieję, że do tego czasu coś ze mnie zostanie.

2 myśli nt. „Bezradność

  1. Krzysztof Staniorowski

    Oczywiście YMMV ale z tymi zastrzykami to bym się dwa razy zastanowił. Gdzieś po trzecim całe pudełko poleciało za okno z wyrazem rozpoczynającym się od K na ustach (koszmarny ból w miejscach ukłuć ustał, efektów ubocznych odstawienia zero). Wiem przez co przechodzisz (swego czasu wypadek dość znacznie unieruchomił mnie na jakiś rok), wyrazy współczucia.

  2. Olga

    Trzymaj się! Nie toń, rzucam koło ratunkowe! No chciałabym rzucić heh.
    Współczuję bardzo. Na szczęście ta sytuacja minie, noga się zrośnie, zdrowie w końcu się poprawi, dzieci podrosną i jeszcze będziesz się z tego śmiała, zobaczysz. Lub cieszyła się, że to już za Tobą, minęło.
    Przesyłam koszyk pozytywnych myśli i sił i słońca.
    Olga

Możliwość komentowania jest wyłączona.